27. Urlopowy zawrót głowy

Ehh, to już dwudziesty siódmy (czyli jubileuszowy jak każdy inny) wpis z cyklu „Wokół Komina”. Kto by pomyślał, że chłop się tyle nachodzi, żeby jakieś durnowate szmiry wstawiać ku uciesze gawiedzi…

Hihi, nie no taki żarcik. Dziękuję, że jesteście ze mną i czytacie mojego bloga ❤ Po prostu musiałem wspomnieć o dwudziestce siódemce, bo w popkulturze jest to symboliczna liczba. Chodzi o tak zwany „Klub 27”, czyli wielcy artyści, którzy, przeważnie w niewyjaśnionych i tajemniczych okolicznościach zginęli właśnie w tym wieku. Należą do niego między innymi: Jimi Hendrix, Janis Joplin, Jim Morrison, Kurt Cobain czy Amy Winehouse. Sam pamiętam moje dwudzieste siódme urodziny i życzenia: „Wszystkiego najlepszego i żebyś nie dołączył do klubu”!

Ale to tylko taka dygresja. Mam nadzieję, że mój blog nie podzieli ich losu i spotkamy się przy kolejnych wpisach.

Muszę przyznać, że zabierając się za ten wpis, miałem, jakby to powiedział Ferdynand Kiepski „dylemata moralnego”. Do tej każda moja publikacja na blogu, każda jedna wypocina (nie wiem czy istnieje liczba pojedyncza tego rzeczownika, jak nie, to mnie poprawcie) opisywała jedną konkretną wycieczkę. Stanowiła jakby zamkniętą fabułę. Teraz postanowiłem popełnić coś innego, mianowicie streścić kilka wycieczek w jednym wpisie. Skąd taki pomysł? Już objaśniam zagadnienie.

Ci z Was, którzy uważnie śledzą moje wpisy, zarówno na blogu, jak i na Fejsie, pamiętają zapewne, że pod koniec zeszłego roku wstawiłem najlepsze zdjęcia z ostatnich 365 dni wraz z pewnym postanowieniem. Dotyczyło ono przejścia w 2026 roku 1000 km (w zeszłym ta liczba wyniosła „tylko” 825, więc troszkę zabrakło do tej magicznej granicy). Oczywiście nie wliczam w to kilometrów, które pokonuję w drodze z roboty, po robocie i w robocie, gdyż w takim przypadku liczbę tę bym przekroczył już pewnie na wiosnę. Chodzi mi tylko i wyłącznie (jak zwykle bywa w takich przypadkach, jest to celowa tautologia i pleonazm) o trasy nagrane aplikacją Mapa Turystyczna. Jednak w tym roku, z powodu pogody, jak i braku czasu, zadanie to jest troszkę utrudnione. Dlatego postanowiłem, jak to się ładnie mówi „krócej, ale częściej”. Oczywiście nie oznacza to, że całkowicie zarzucam tak zwane „pięćdziesiątki”, nic bardziej mylnego. Po prostu przeplatam je większą ilością „dwudziestek”, „trzydziestek” i temu podobne sprawy.

Mam nadzieję, że nie pomyśleliście, o mnie źle. W sensie nie mam tu na myśli kobiet liczących wymienione ilości wiosen, tylko długości wycieczek.

Jak postanowiłem, tak czynię. Urlop jest ku temu idealną okazją, gdyż można rano wyjść z domu, ogarnąć taką krótszą wycieczkę i zdążyć na obiad. Zatem, po rozwianiu wspomnianych w pierwszym akapicie rozdziale, postanowiłem zebrać kilka tras w jeden wpis. Liczę, że nie będziecie mieli mi tego za złe. Podobnie jak tego, że jak to przeważnie bywa w trasach przydomowych, dużo odcinków pokrywa się z już wcześniej ogarniętymi, Ale uwierzcie mi, że ciężko wydostawać się za każdym razem z dosyć małej mieściny, jaką niewątpliwie jest nasza Brodnica w inny sposób. W związku z powyższym, nawet jeśli kiedyś już szedłem danym drogą/ulicą, powziąłem decyzje, że za każdym razem postaram się wplątać coś nowego. Z resztą wstawię Wam kilka screenów z aplikacji, to zrozumiecie co mam na myśli.

a) Wieczorne Lisa na pełnej kurwie

Z góry przepraszam za użyty w tytule wycieczki wulgaryzm. Jeśli czytają to dzieci, to zapomnijcie o tym epitecie. Ale oddaje on idealnie sens tej krótkiej, bo prawie 23 kilometrowej przebieżki. Z resztą widać w statystykach prędkości, że ostro zapieprzałem. Lisa Młynu chyba nie trzeba przedstawiać. A tym bardziej gdzie to miejsce się znajduje i tak dalej. No ale jeśli ktoś w tym momencie dołączył do wiernych czytelników mojego bloga (hahaha, wątpię w takie okoliczności przyrody, ale jak to mówią… „nie chwal… wiadomo czego wiadomo przed czym”), to objaśnię. Z Brodnicy można tam dotrzeć na dwa podstawowe sposoby. Ja zwykle zaczynam lewym brzegiem jeziora Niskie Brodno, ale tym razem postanowiłem zacząć prawym, czyli ulicą Wczasową, którą to przebiega elegancka ścieżka rowerowa prowadząca do samego Zbiczna, a właściwie obecnie prawie zakończyła się jej rozbudowa dalej na północ, bo aż prawie do wsi Ciche. No właśnie, prawie jest tu słowem klucz. Bo z tego co zauważyłem przejeżdżając przez te rewiry, ścieżka owa nie dochodzi do samej wsi, tylko urywa się w połowie drogi za Rytymi Błotami, jak to mówią Anglicy „In the middle of nowhere”. Ktoś by mógł pomyśleć: „A chuj tam, pewnie w tym miejscu jest granica gmin. Przecież wielokrotnie w takich miejscach kończy się asfalt, albo pogarsza się jego jakość.” Otóż nie. Ciche leży w tej samej gminie Zbiczno, więc nie wiem co autor miał na myśli. Może ktoś mnie oświeci?

Ale wracając jeszcze do samej ścieżki rowerowej, nie można nie wspomnieć tu o smutnych okolicznościach jej powstania. Trasa owa wśród lokalsów nosi nazwę „Jaśkowa Droga”. Pierwszy człon wziął się od Jasia, który kilkanaście lat temu zginął na Wczasowej pod kołami samochodu. Wówczas jego zrozpaczona Mama postanowiła zawalczyć o bezpieczeństwo okolicznych dzieci (ale dorosłych w sumie też) i założyła Stowarzyszenie Miłośników Turystyki Pieszo-Rowerowej „Jaśkowa Droga”. To właśnie dzięki Jej staraniom powstał owa ścieżka dla cyklistów. Czyli jak to w Polsce często bywa, musi się coś stać, ktoś musi zginąć, żeby władze dostrzegły problem.

Dobra, wystarczy już tego pesymizmu. Ulicą Wczasową przez skraje wsi Karbowo docieramy do Żmijewa, gdzie za gotyckim kościołem pw. Św. Jakuba Apostoła skręcamy w szutrową ścieżkę prowadzącą wśród pól kukurydzy. Mniej więcej po półtora kilometra dochodzimy do skrzyżowania. Pieszym polecam dalej iść prostu z górki stromym wąwozem, jednak rowerzyści wybiorą pewnie łagodny objazd w lewo. Na dole naszym oczom ukazuje się panorama jeziora Wysokie Brodno, a po kolejnym kilometrze widzimy młyn właściwy. Za młynem nasza trasa skręca w lewo i kolejnym wąwozem pod górkę osiągamy skrzyżowania z niebieskim szlakiem, gdzie skręcamy w lewo. Wędrując około 5 kilometrów na południe dochodzimy po raz drugi do Niskiego Brodna, a konkretnie do tak zwanej starej plaży, gdzie pętla się zamyka.

b) Poranne Bobrowiska i Tama

Tę szesnastokilometrową trasę pokonałem dwa razy podczas urlopu. Raz w jedną stronę, raz w drugą. Polecam zacząć od strony ulicy Bocznej. Jednak wcześniej musimy dotrzeć do niej Lidzbarską. Boczna prowadzi nas wzdłuż działek do toru linii kolejowej nr 33. Na przejeździe widzimy po lewej stronie most na Drwęcy. Chwilę za przejazdem asfalt się kończy i ustępuje miejsca szutrowej ścieżce. Po mniej więcej kilometrze mamy mały las, w którym to często gęsto rośną jadalne grzyby, nawet poza sezonem. Widocznie lokalne warunki są tam bardzo sprzyjające. Za lasem dochodzi z prawej strony przedłużenie ulicy Krańcowej (która jak sama nazwa wskazuje, znajduje się w centrum miasta, hihi. Nie, no taki żarcik). Teraz szeroką drogą idziemy jeszcze nieco ponad kilometr, kiedy do po lewej stronie mamy znaną zarówno Wam jak i mi wiatę. Jest to oczywiście parking leśny, który stanowi początek ścieżki edukacyjnej prowadzącej do słynnej wieży na Bobrowiskach, z której rozciąga się bajeczny widok na Bagienną Dolinę Drwęcy. Piszę to z wielkich liter, gdyż jest to nazwa obszaru Natura 2000, powstałego w celu ochrony siedlisk lęgowych wielu gatunków ptaków. Pewnie już kiedyś o tym pisałem, bardziej zainteresowanych konkretnymi gatunkami, odsyłam jak zawsze w czeluście internetu.

Z wieży wracamy niestety tą samą drogą do głównej ścieżki przy wiacie, bo inaczej się nie da. Co prawda na mapie jest trasa alternatywna, ale przeważnie jest ona zalana, więc nie polecam. Wędrujemy jeszcze w kierunku północno-wschodnim (jest to oczywiście duże uproszczenie, bo po drodze pokonujemy sporo zakrętów i serpentyn) około dwa kilometry i z prawej strony mamy kapliczkę, a przed nami skrzyżowanie. Jest to zielony szlak z Górzna do Łąkorza. Znamy go już z kilku wycieczek (na przykład https://maronwedruje.com/2023/07/15/szlak-zielony-gorzno-brodnica/, https://maronwedruje.com/2023/07/19/szlak-zielony-2-bobrowiska-lakorz-biskupiec/, link). Jeśli pójdziemy w prawo to po kilkuset metrach przetniemy tor linii kolejowej nr 208. Natomiast jeżeli pójdziemy w lewo, to…. po kilkuset metrach przetniemy tor linii kolejowej nr 208. Mało tego. Wybierając obie trasy, dokonamy tego kilkukrotnie. Idąc na wschód – cztery, a idąc na zachód – trzy. Akurat dziś wybieramy opcję z piosenki zespołu Pet Shop Boys, czyli „Go West!”. Po drugim przecięciu torów kilkaset metrów pokonujemy mniej więcej równolegle, gdyż po drodze mamy most kolejowo-drogowy. Oczywiście na Drwęcy. Za mostem mijamy po raz ostatni na zielonym szlaku (ale nie por aż ostatni dziś) torowisko i docieramy do drogi krajowej nr 15. Uwaga, ruch jak widać spory. Na szczęście krajówką wędrujemy tylko chwilę, do stacji kolejowej Tama Brodzka. Po drodze dociera do nas szlak żółty, a zielony skręca w prawo w nadbachockie lasy (Trudne słowo. Chodzi o lasy nad jeziorem Bachotek).

Z Tamy Brodzkiej wychodzimy piaszczystą ścieżką, na szczęście nie jest ona tama miękka jak by się wydawało. Po prawej stronie prześwituje nasza droga krajowa, a po lewej w bliższej odległości pozostałości zachodniej głowicy stacyjnej Tamy Brodzkiej. Dla zapominalskich przypomnę tylko, że kiedyś była to stacja węzłowa! Bo oprócz naszej ukochanej „dwieście ósemki”, odgałęziała tu nasza równie, albo nawet jeszcze bardziej ukochana (nie, nie jestem Wam w stanie powiedzieć która linia jest moją ulubieną. Po prostu kilka linii jest bardzo bliskich mojemu sercu i mam do nich szczególny sentyment. To tak jakbyście spytali matki, które dziecko kocha najbardziej) „dwieście pięćdziesiątka jedynka” do Iławy, której to pozostałościami, jak za pewnie pamiętacie, miałem okazję się przejść w 2024 roku (https://maronwedruje.com/2024/06/16/wokol-komina-12-sladem-dawnej-linii-kolejowej-nr-251-do-ilawy/).

Po kolejnych dwóch kilometrach przecinamy (tym razem już na prawdę po raz ostatni) linię nr 208, a po lewej stronie widzimy jezioro Ostrów, zwane również nie wiedzieć czemu Śliskim. Następnie po lewej stronie mamy odnogę do naszej brodnickiej dzielnicy willowej, do naszego Uptownu, do naszego burżuazyjnego osiedla. Czyli mówiąc w skrócie, do Kałaski.

Wchodzimy ponownie do lasu, po prawej prześwitują nasze zakłady przemysłowe przy ulicy Sikorskiego. Dalej mijamy wieżę ciśnień kolejową, przechodzimy przez tory (ej, no przecież już miał być ostatni raz). Owszem, 208 ostatni, ale tu mamy do czynienia z linią 33. Także przez całą krótką trasę przechodzimy przez torowisko aż pięciokrotnie.

Dalej ulicą Świerkową przechodzimy obok cmentarza wojskowego ze słynnymi lwami, na których chyba każde małe dziecko ma zdjęcie. Gdzieś tam pewnie w archiwach rodzinnych mam i ja. Przy okazji troszkę bardziej dogłębnie zwiedziłem ową nekropolię, bo szczerze mówiąc człowiek mieszka tu ponad 30 lat, a nigdy nie przyglądał się pomnikom i temu co jest na nich napisane. Przechodzimy skrótem przez las, docierając do siedziby Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej. A dalej chyba nie trzeba tłumaczyć. Starówka i tak dalej.

c) Anielewo. Kruszynki itd.

W sumie tej wycieczki mógłbym tu nie opisywać. Bo w dużym stopniu pokrywa się ona z podpunktem A, czyli z Lisa Młynem. Ale tu postanowiłem jednak troszkę bardziej zaszaleć i dać się ponieść wyobraźni. W sensie, nie aż tak żeby ogarnąć „pięćdziesiątkę”, bo musiałem wrócić do domu przed 11. Ale zgrabne ponad 26 km się z tego ukręciło.

Żeby nie iść znowu tą samą ulicą Wczasową, postanowiłem dotrzeć tam w inny sposób. Lidzbarską przez Mazurską, koło Jana Pancerza, zwanego Jezuskiem, dalej przez Park Wolności…. Przepraszam. To dawna nazwa. Obecnie obiekt nosi nazwę Park Jana Pawła II. I tu zachodzi pytanie. Dlaczego pomnik papieża nie znajduje się w parku? Czekam na Wasze przemyślenia na ten temat.

Przechodzimy przez kładkę na Drwęcy do drugiego parku, czyli Parku Anny Wazówny, później przecinamy ulicę Zamkową i wchodzimy do trzeciego dziś tego obiektu. Czyli Parku Chopina. Normalnie bym sobie tę trasę odpuścił, ale ponieważ niedawno zakończyła się renowacja, musiałem z dziennikarskiego obowiązku popełnić kilka jego zdjęć. Kamionką wchodzimy na Dworcową, przez tory do Ronda Olsztyńskiego, na którym skręcamy w Sikorskiego. Później przy przystanku komunikacji miejskiej w lewo po schodach do góry na tak zwane „Łyska”, czyli Łyskowskiego. Kolejne ulice jakie mijamy, to: Osiedlowa, Kolejowa, Graniczna, którą to osiągamy wreszcie Wczasową, mniej więcej na wysokości luksusowych apartamentów nad Niskim Brodnem

Teraz kolejne kilka kilometrów pokrywa się z wycieczką „lisamłyńską”, więc nie będę się zbytnio rozdrabniał na ten temat. W Żmijewie idziemy dalej prosto przez Żmijewko, jednak do Zbiczna nie docieramy. Przed wsią skręcamy w lewo w ulicę, której nazwa od razu napawa nas optymizmem. A brzmi ona po prostu „Doły”.

Ale pewnie chcecie widzieć w którym miejscu dokładnie skręcić, żeby nie pomylić drogi? Powiem Wam tak. Za Rysiem w lewo. Jeśli ktoś jeszcze nie skumał co jest pięć, to mam tu na myśli dom słynnego polskiego piosenkarza, którego nie wymienię z nazwiska, ale wszyscy Brodniczanie wiedzą o kogo chodzi. Nie wymieniam Go z nazwiska, bo opinie są o nim różne i nie chcę mu robić złego PR-u. Ostatnio było o Nim dosyć głośno z kilku powodów, ale to nie Jego wina, że miał życie jakie miał. Ja ze swojej strony pragnę nadmienić, że bardzo szanuję Go jako artystę i człowieka.

A kolejnym ułatwieniem jest drogowskaz do Barbary. Czyli do Zacisza Zbiczno. Mniej więcej trzysta metrów za tym obiektem, postanowiłem skrócić sobie drogę idąc w lewo przez Foluszek, czyli osadę, gdzie stoi gród będący wierną rekonstrukcją średniowiecznego tego typu obiektu. Bo szczerze mówiąc tyle lat tu mieszkam, ale nigdy tam nie byłem, więc postanowiłem to zmienić,. Mapa pokazywała, że da radę tędy przejść, jednak jak to zwykle bywa w takich przypadkach, aplikacja swoje, a teren swoje. Po dwustu metrach musiałem zawrócić, bo oczywiście teren prywatny. Ale przy okazji odwiedziłem malowniczo położony mostek (jeśli oczywiście mostek można odwiedzać) nad Brodniczką, czyli nad rzeczką, która stanowi połączenie zachodniej rynny jeziornej naszego pojezierza. W odróżnieniu od Skarlanki, która pełni tą samą funkcję, tylko na wschodniej rynnie.

No ale mówi się trudno, musiałem zawrócić. Przy okazji za potem zrobiłem zdjęcia kilku ładnym sowom (w sensie grzybom, a nie ptakom). Tak że wracamy do naszego Dołu. Czy tam Dołów. Ale tylko na pół kilometra, bo wtedy docieramy do naszego niebieskiego szlaku. Był on już tyle razy przeze mnie eksploatowany, że tego nie zliczę i nie będą Was tym zanudzał. Ale linki zawsze można wstawić (nie ma to jak autopromocja). https://maronwedruje.com/2023/07/16/szlak-niebieski-ostrowite-kolo-jablonowa-brodnica/ (tu akurat w całości)

Błękitem idziemy nieco ponad 3 kilometry, przeważnie w kierunku południowym. Wtedy to docieramy do wsi o wdzięcznej nazwie Anielewo. Najpierw było „Highway to Hell”w postaci Dołów, a teraz mamy „Stairway to Heaven” z anielską westchnieniem. Czyli zawsze jakiś postęp. „Always look on the bright side of life”. W takim wypadku nie polecam pokonywać tej trasy w drugą stronę, bo można dostać „Communication Breakdown” albo nawet stać się „Basket Case”. Ehhh, czy ja zawsze muszę wplatać te muzyczne, albo filmowe wstawki? Muszę. W tym wypadku nawet troszkę psychologiczne.

Dobrze, czasami można wstawiać, ale wracamy do meritum. Anielewo pokonujemy eleganckim asfaltem, mniej więcej połowie wsi droga skręca praktycznie pod kątem prostym w lewo. Od tego momentu za jakieś 600 metrów docieramy do kolejnego skrzyżowania. Na nim to nasz szlak w kolorze nieba (chociaż to kwestia złudzenia optycznego, bo niebo tak naprawdę jest przezroczyste) skręca w lewo, a my idziemy dalej prosto. Po dosłownie kilku minutach po prawej stronie widzimy dziwne czerwone coś, co przypomina obelisk. A u góry ma jakieś „Trójkąty i kwadraty”… A nie, czekaj. Nie chodzi mu tu o piosenkę Pana, któremu mleko Zsiadło. Soczewka w trójkącie, a dookoła jakby promienie słoneczne. Jest to albo Oko opatrzności, albo symbol Masoński. Można to interpretować na kilka sposobów. Zostawiam to Wam. W każdym razie obok jest tabliczka.

Po następnym kilometrze pojawiają się pierwsze zwarte zabudowania. Są to Kruszyny Szlacheckie. Nie mylić z Kruszynkami, ani z Kruszynami. Tę wieś oczywiście też znamy, przeszedłszy przez nią na pełnej piździe dochodzimy do kolejnego szlaku, tym razem w kolorze krwi. Też szliśmy nim wielokrotnie (https://maronwedruje.com/2023/07/15/szlak-czerwony-brodnica-jablonowo-pomorskie/, https://maronwedruje.com/2025/03/17/wokol-komina-13-aczkolwiek-troche-szlakami-z-jablonowa-do-ilawy/, https://maronwedruje.com/2026/03/11/22-z-wabrzezna-po-prostu/). W tym miejscu należy wspomnieć o ciekawym/śmiesznym incydencie, który miał miejsce w tych rejonach 24 sierpnia bieżącego roku. Mianowicie po obfitych opadach deszczu zostało podmyte torowisko na linii do Jabłonowa. Przez to aż do 24 października na tym odcinku kursuje zastępcza komunikacja autobusowa. Zapytacie co w tym takiego śmiesznego? Już odpowiadam. Po pierwsze wyrwa ma długość może 3-5 metrów i to trochę dziwne, że naprawa tak krótkiego fragmentu potrwa aż dwa miesiące. Zapewne 80 procent tego czasu trwają procedury przygotowawcze, pozwolenia, podpisy i tak dalej. A sama „robocizna” zajmie 2 do 3 dni. A druga sprawa jest taka, że niedalej jak w grudniu 2025 linia z Brodnicy do Jabłonowa przeszła gruntowną renowację, która to trwała bite pół roku. Czyli, jak to w Polsce bywa, typowi budowlańcy. U siebie rób jak u siebie, a u obcego na odpierdol. Wystarczy jedna większa ulewa i 6 miesięcy pracy jak krew w piach. Taa, krew od razu.

Za Kruszynkami docieramy do miejsca przecięcia drogi z dawną linią kolejową nr 209 z Brodnicy do Bydgoszczy. Rzecz jasna tu też szliśmy w zeszłym roku (https://maronwedruje.com/2025/07/19/17-sladem-dawnej-linii-kolejowej-nr-209-do-kowalewa/). Dalej ulicą Niskie Brodno… a z resztą pisałem już o tym przy Lisa Młynie. W sensie normalnie bym tak poszedł, ale (tu pada moje klasyczny cytat nadający się na tatuaż, czyli „Nie byłbym sobą, gdybym był inny”), czyli wybrałem zgoła odmienną trasę. Zamiast przy Niskim Brodnie przejść przez tory, poszedłem w prawo w ulicę Rataja. Jakoś w jej połowie (po prawej strony mamy zajebiste pagórki z pięknym widokiem na miasto. Kiedyś można było tam normalnie wejść, bo teren nie był zagospodarowany, niestety obecnie jest tam prywatne pole) skręciłem w lewo w ulicę Sucharskiego i dalej przez grunwaldzkie (w sensie dzielnica Grunwald, a nie że miejsce bitwy z Krzyżakami z 1410 roku) dotarłem do Ronda Warszawskiego przy ulicy Sądowej. Po drodze zahaczyłem jeszcze o dawny cmentarz ewangelicki, gdzie szczerze mówiąc oprócz mogiły w kształcie piramidy, w której to spoczywa doktor Leopold Friedrich Dittmer, nie ma nic ciekawego, wróciłem grzecznie do domu.

d) Antki, ale tylko trochę, bo się trochę cykam

Znowu jakiś dziwny tytuł. W sumie to podtytuł, ale co tam. Antki, to wiadomo o co chodzi. Dawne ziemie zaboru rosyjskiego, czyli tak zwanej kongresówki. Ten temat jest szczególnie bliski naszym sercom, bo zaledwie kilka kilometrów na południe znajdowała się dawna granica. Konkretnie zaraz za Gorczenicą.

A fragment „bo się cykam” to nawiązanie do słynnego hitu internetów, gdzie dwójka młodych ludzi (nawet bardzo młodych, myślę, że około 10 lat) postanawia urządzić sobie wycieczkę starą rurą kanalizacyjną do dawnej oczyszczalni. Niestety dosłownie po kilku metrach jeden z nich dochodzi do wniosku, że wraca bo… no właśnie, tu pada te słynne zdanie.

Ala co to ma do tej wycieczki? Związek jest taki, że nie zapuszczałem się za bardzo w zagraniczne rejony, tylko cały czas balansowałem blisko granicy. Oczywiście nie dlatego, że się „cykałem” (bo w moim wieku takie rzeczy jak stare rury nie przerażają, są inne leki i zmartwienia), tylko dlatego, że taki był plan wycieczki.

Dobrze, ale do rzeczy. Wychodzimy z naszego pięknego miasta ulicą Podgórną, która prowadzi prosto na południe. Mijamy Rondo Warszawskie, dalej prowadzi nas elegancka ścieżka rowerowa. Kilka lat temu już tu szedłem (https://maronwedruje.com/2023/07/23/wokol-komina-1-do-osieka/) W pierwotnej wersji chciałem dojść aż do jej końca, czyli do Osieka i dalej przez Wrzeszewo do Łapinóżka. Ale po drodze stwierdziłem, że trzeba ogarnąć jakąś inną opcje. Dlatego minąwszy Gorczenicę i zostawiwszy za sobą tutejszy ładny gotycki kościółek pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Świętego, przeszedłem przez dawną granicę (miejsce to nadal jest widoczne, gdyż dołem przepływa coś, co szumnie zwie się rzeczką, a przy drodze stoi stara ceglana strażnica/cieciówka). Inną wskazówka, że „to już tu” są niebieskie tabliczki graniczne gmin Brodnica oraz Osiek. W każdym bądź razie bynajmniej mniej więcej 300 metrów od tego miejsca, w prawo mamy drogowskaz na Jeziórki. I tam też się udajemy.

W pierwotnej wersji miałem zamiar po prostu przejść przez tę wieś nie oglądając się za siebie. Jednak w jej centrum przykuła moją uwagę tabliczka z napisem „Cmentarz ewangelicki” skierowana w prawą stronę. Wiadomo, że jako Ewangelikonekropoliofil nie mogłem odpuścić sobie takiej okazji. Zwłaszcza, że było to pozytywne zaskoczenie, bo oczywiście na mapie tego obiektu nie ma. Bez większego zastanowienia udałem się kolejne dwieście metrów w tym kierunku i…. przyznam, że doznałem lekkiego szoku. Bo tu teren ogrodzony drutem kolczastym. Myślę sobie: „To cmentarz, czy obóz koncentracyjny? Ziomeczki odrutowali teren, bo co? Bali się, że zmarli uciekną? Bez sensu”. No ale trudno się mówi, co kraj to obyczaj. Przez pierwsze kilka chwil szukałem miejsca żeby wejść na teren cmentarza, nie narażając na szwank moich okolic prokreacyjnych. Na szczęście jakoś się udało (później dostałem info, że co prawda brama wygląda z daleka na zamkniętą, ale jest otwarta). Za późno. Jak to mówią, na przypale, albo wcale. No damage, no fun. Odkryłem przy okazji, że rosło tam sporo prawdziwkopodobnych grzybów, tylko były już troszkę przestarzałe i nadgnite.

Wróciłem na główną drogę i udałem się dalej w trasę w kierunku Łapinoża oraz jego mniejszej wersji czyli Łapinóżka. Skądinąd, etymologia tych nazw mówi wszystko o historii okolicznych terenów. „Łap za nóż!” Czyli partyzantka i tak dalej, et cetera i temu podobnie.

Za Łapinóżkiem wszedłem do Radzik Małych i tam złapał mnie deszcz (nie mylić z dreszcz). Na szczęście nie była to jakaś wielka ulewa, tylko raczej tak zwany kapuśniaczek, i po kilkudziesięciu minutach ustąpił. Skoro są Radziki Małe, to wiadomo, że muszą też być Duże. Tak też się stało po kolejnych dwóch kilometrach. W Dużych doszedłem do głównego skrzyżowania we wsi i od tego momentu znowu wycieczka pokrywa się z ogarniętymi trasami. No ale mówi się trudno, w Polsce jest ładnie o każdej porze roku. Na rzeczonym skrzyżowaniu po prawej stronie widzimy ruiny dawnego zamku, a po lewej kościół pw. Św. Katarzyny Aleksandryjskiej (czyli taka sama patronka, jak w przypadku naszej fary). Skręcamy tu w prawo w żółty szlak oraz muszelkę. Po pięciu kilometrach (kiedy szedłem tędy kilka lat temu, wydawało mi się troszkę bliżej, ale pewnie to kwestia wieku) przez liczne serpentyny, zawijasy, obok żwirowni docieramy do mostu na Drwęcy. Obok znajduje się Malinowa Stanica w Kupnie, czyli miejsce rozpoczęcia i zakończenia wielu spływów kajakowych.

Przechodzimy przez przeprawę i zaraz za nią szlak skręca w prawo, a my razem z nim. Od tego momentu przez kolejne 10 km mamy cały czas naszą rzekę w mniejszej lub dalszej odległości. Już po dwóch mijamy pierwszą wieś, to są Słoszewy. Można poznać te miejsce bez problemu, bo nagle szutrowa ścieżka zmienia się w kostkę. Można było dalej wędrować żółcią, jednak ja postanowiłem zaznać troszkę egzotyki i poczuć się jak we Włoszech.

Ale skąd tu Włochy? Co ma wspólnego śródziemnomorski kraj w kształcie buta z okolicami Brodnicy? Już wyjaśniam zagadnienie. Otóż znajduje się tu osada o ciekawie brzmiącej nazwie Florencja. Nie wiem co autor miał na myśli, co spożywał albo zażywał, ale troszkę poniosła go fantazja. Za Florencją wracamy na szlak, by po kolejnych kilku kilometrach dotrzeć do Mszana. A tu to byliśmy…. nie zliczę ile razy. Jak zawsze wstawiam link: https://maronwedruje.com/2023/07/23/szlak-zolty-czesc-3-golub-brodnica/

Skoro tyle razy tu byłem, to chyba nie trzeba dalej opisywać drogi? No dobra, niech stracę. Przechodzimy obok kościoła pw. Św. Bartłomieja Apostoła, dalej przy cmentarzu w prawo (prosto doszlibyśmy do górnej części Szabdy), troszkę z górki, gdzie na dole docieramy do dolnej części tej wsi. Później przechodzimy niedaleko dawnej stacji kolei wąskotorowej (https://maronwedruje.com/2025/06/18/16-sladami-dawnej-waskotorowki-linia-nr/), dochodzimy do obwodnicy, zwanej w tym miejscu Aleją Józefa Piłsudskiego. A dalej wiadomo jak. Jesteście dorośli, traficie.

Opublikowane przez Maron_wędruje

Pochodzę z Brodnicy w kujawsko-pomorskim, lubię piesze wycieczki po okolicy i nie tylko

Dodaj komentarz