26… Cóż… są różne kominy

Na wstępie mojego listu… a nie czekaj, to nie to. Na początku tego wpisu chciałem przeprosić Was za mało zachęcający tytuł. Bo pewnie każdy z Was oczekuje w kolejnym wpisie czegoś innego, jakichś nowych doznań, widoczków, miejsc i przeżyć. A to nie ma tak, że dobrze, albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej, powiedziałbym, że ciszę. Ciszę, która towarzyszy mi kiedy sobie nie radzę, kiedy mam problemy…. Dobra, nieistotne. Taka mała filmowa parafraza. Wracamy do meritum.

Ta wycieczka była, jak to często bywa dziełem przypadku i niedzielnego lenistwa. Po prostu obudziłem się za późno, żeby gdzieś jechać pierwszym dziennym, ale jednak dosyć wcześnie. I zobaczyłem, że jest ładna pogoda (w sensie chodzi o to, że nie ma padać i nie zapowiadają upałów, a to we wakacje bardzo ważne). Miałem w planach odwiedzić jedno miejsce znane nam już z dwóch wycieczek (https://maronwedruje.com/2023/12/03/wokol-komina-6-do-dlugiego-mostu-i-dawnej-zwirowni/, https://maronwedruje.com/2025/03/26/wokol-komina-14-naddrweczno-nadbryniczno-nadpissiakowo-dwustuosemkowa-niedzielna-impresja-o-poranku/), lecz tym razem nie tylko w celach turystycznych, ale musiałem również dokonać tam pewnych pomiarów. Więc tak też uczyniłem.

Tak że przepraszam za ten niechlubny tytuł, ale wynika on stąd, że wszystkie dzisiejsze drogi mamy już ogarnięte, także w tym wpisie będzie „nihil novi”. Ale jak wiadomo, w lesie o każdej porze roku jest pięknie, więc lecimy temacik.

Dzisiejsza trasa idealnie wręcz wpisuje się w kategorię „Wokół komina”. Zwłaszcza słowo „Wokół” jest tu słowem klucz. Bo w sumie wyszło takie kółeczko (w sensie nie dosłownym, bo raczej ciężko by było wytyczyć tak trasę, żeby wyszła jakaś tam figura geometryczna, zwłaszcza idealny okrąg, chyba że by pochodzić po rondzie). Słyszałem oczywiście o takich zboczeniach, że ziomeczki w ramach oświadczyn przejeżdżają na rowerze trasę w kształcie serca, albo dla funu robią inne kształty, ale mi nie takie rzeczy w głowie. Nie wyszło kółeczko, tylko… takie coś, z takim czymś, bez takiego czegoś. Z resztą dołączam screena z mapką, oceńcie i nazwijcie ten kształt sami.

Jak jak już wyżej wspomniałem, wszystkie trasy już były ogarniane, ale tak dla porządku powiem Wam co i jak. Wychodzimy ulicą Lidzbarską, za łagodnym zakrętem w prawo przy kapliczce skręcamy w lewo w ulicę Boczną. Która to ulica, jak sama nazwa wskazuje znajduje się… z boku. Po mniej więcej kilometrze docieramy do przejazdu kolejowego z linią kolejową nr 33 Kutno – Brodnica. Po kolejnych dwóch i pól kilometra przechodzimy obok ścieżki dydaktycznej i wieży na Bobrowiskach, ale tym razem (chyba pierwszy raz w mojej wędrówkowej karierze) omijamy tę drewnianą konstrukcję. Maszerujemy dalej do skrzyżowania z zielonym szlakiem przy figurce. W lewo doszlibyśmy przez żelazny most na Drwęcy do Tamy Brodzkiej, a my idziemy w prawo do toru. Tym razem jest to linia najbliższa mojemu sercu, czyli dwieście ósemka z Działdowa do Chojnic. Po kilku kolejnych kilku kilometrach i paru przejazdach kolejowych w jedną i w drugą docieramy do miejsca postojowego niedaleko Madery (nie, nie chodzi mi o tę portugalską wyspę na Atlantyku, tylko o taki przysiółek). W tym miejscu odbijamy od toru i po kolejnych kilku (mniej więcej dwóch) kilometrach docieramy do mojego dzisiejszego głównego celu, czyli do zrujnowanego mostu kolejowego.

No właśnie, tu zaczyna się cały problem, który trapił mnie od dawna. Ponieważ na mapach owy most jest oznaczony jako WĄSKOTOROWY. Specjalnie udałem się w te miejsce z miarką, żeby udowodnić wszystkim, że owy most jest NORMALNOTOROWY. Więc jeśli jeszcze raz usłyszę gdzieś kiedyś od kogoś o wąskotorówce, to danego delikwenta czeka kastracja i dekapitacja. I to w tej kolejności, żeby zdążył sobie bezjajecznie pocierpieć.

Podniósłszy oczy ku niebu, odmówiwszy modlitwę dziękczynno-przebłagalną za grzechy nasze i całego świata oraz finalnie dokonawszy pomiarów, udajemy się około kilometra na północ w stronę właściwej żwirowni. A raczej tego, co po niej pozostało. Stare betonowe konstrukcje na pierwszy rzut oka przypominają posągi na Wyspie Wielkanocnej, ewentualnie Stonehenge. Ale nic bardziej mylnego. Służyły one do transportu i wydobywania żwiru, który to materiał dalej wywożono przez wspomniany wyżej most do dawnej stacji kolejowej w Długim Moście. W sensie to nazwa wsi, a nie, że określenie na naszą przeprawę. Gdzie ona długa, ma może ze dwadzieścia metrów.

No ale to tylko taka dywagacja z mojej strony. Bo jak się później dowiedziałem ze źródeł niepisanych (czyli z ustnych przekazów okolicznych mieszkańców) nazwa wsi wzięła się od innego mostu, a właściwie grobli, którą to zaraz się przejdziemy. Ale po kolei.

Po minięciu „wyspiarskich” dźwigarów betonowych docieramy do pierwszego skrzyżowania, na którym to powinniśmy udać się w lewo. Jednak najpierw w odwrotnym kierunku, mniej więcej około trzystu metrów po prawej stronie znajdujemy (to dobre określenie, bo podczas ostatniego pobytu w tym rejonie nie udała mi się ta sztuka) dawny Obelisk Goltza (Nie, nie chodzi tu o tych słynnych jąkających się i grających na trąbkach braci piosenkarzy z Milówki). We wspomnianym wyżej wpisie na tym blogu znajduje się link to smutnej historii Barona Goltza, także zaciekawionych tą tematyką odsyłam bezpośrednio tamże.

Wracamy do drogi, która to ścieżka po krótkiej chwili skręca w prawo i po mniej więcej kilometrze docieramy do wspomnianej wyżej grobli, od której pochodzi nazwa Długi Most. Tam skręcamy w lewo, po czym kolejnym kilometrze docieramy do niebieskiego szlaku, który prowadzi z Górzna do Bachotka. Jak wiadomo, jest on przez nas już ogarnięty i to nie raz. No ale cóż, czasami warto spojrzeć na pewne rzeczy kilkukrotnie z innej perspektywy. W tym wypadku mam na myśli perspektywę kilku lat.

Kolejne pięć kilometrów szlaku prowadzi przez kilkanaście zakrętów, serpentyn nad jeziorem Sopień oraz okolicznymi stawami. Polecam trzymać rękę na pulsie, gdyż łatwo się tu zgubić. Zwłaszcza jest jedno takie miejsce, gdzie przez środek drogi „strumyk płynie z wolna, rozsiewa zioła maj…”. A nie, czekaj. W tym przypadku nie rozsiewał, bo to był sierpień. No ale nieważne. W każdym razie zaraz po minięciu (czy w tym przypadku przeskoczeniu) tej rzeczki, główna droga prowadzi dalej prosto, a szlak skręca ostro w lewo, o czym oczywiście nie informują nas żadne znaki, ani na niebie, ani na ziemi. Więc warto posiłkować się nawigacją.

Udało się wyjść z lasu? To dobrze. Zatem dotarliśmy do drogi krajowej nr 15 w miejscowości Topiele. Skręcamy w lewo, przechodzimy przez most nad Drwęcą niedaleko miejsca postojowego dla kajaków. Następnie przecinamy się z trasą chyba najdłuższej jak do tej pory mojej wycieczki (https://maronwedruje.com/2025/10/12/19-meandrujacy-pajak-kantylsko-swiecki-a-w-dalszej-czesci-zbiczenska-petla-z-mykologia-w-tle/), po czym wraz ze szlakiem skręcamy w prawo zgodnie z drogowskazami do Szramowa. My jednak aż tak daleko nie dochodzimy, bowiem po kilkuset metrach błękit skręca (rzecz jasna nie informując nas, jak to zwykle bywa w takich przypadkach) ostro pod górkę lewo. Po podejściu docieramy do wsi Kuligi, gdzie to znajduje się zabytkowy pałac i prawdopodobnie pozostałości po Państwowym Gospodarstwie Rolnym.

Za Kuligami po chwili orientujemy się, że z prawej strony towarzyszy nam zarośnięty krzakami i trawami pas. To oczywiście jedna z naszych ulubienych dawnych linii kolejowych, czyli 251 z Tamy Brodzkiej do Iławy. Nie muszę chyba przypominać, że w roku 2024 miałem przyjemność (chociaż na niektórych odcinkach wręcz przeciwnie, bo do tej pory pamiętam te poparzenia po pokrzywach i rany po kolcach) przejść całym starotorzem aż do Iławy (link). Tu akurat mamy jeden z nielicznych fragmentów, że torowisko jest tak bardzo zarośnięte, że jednak musiałem iść obok.

Z Kulig docieramy do Jajkowa, gdzie to mijamy dawny przystanek kolejowy z czerwonej cegły z ledwie zachowaną nazwą. Zaraz potem przecinamy torowisko i skręcamy w prawo, a po kolejnych czterystu metrach wraz ze szlakiem udajemy się w lewo prosto w kierunku zachodnim. A dokładniej mówiąc w kierunku Marianów. Tam spotykamy się z naszym ulubionym żółtym szlakiem relacji Toruń – Samborowo przebiegającym przez Brodnicę i okolice. Ten szlak (jak właściwie chyba wszystkie) też mamy ogarnięty w kilku etapach. Ten akurat tutaj odnosi się to tego linku (https://maronwedruje.com/2023/07/20/szlak-zolty-czesc-2-ostrowite-brodnica/).

Od Marianów wędrujemy na północ w kierunku jeziora Bachotek i najsłynniejszego ośrodka nad tym akwenem, czyli Stanicy Wodnej PTTK. Niestety, z uwagi na wakacje miałem tę nieprzyjemność, że było tam pełno ludzi, także planowany odpoczynek nad wodą musiałem sobie troszkę przesunąć w czasie do przodu. W tym miejscu chciałem pochwalić lokalny sklepik, który działa w sezonie w ośrodku. Jest on bogato zaopatrzony, widziałem na półkach zarówno pieczywo, jak i dodatki w stylu serki, wędliny, a nawet warzywa. Nie wspomnę tu o środkach wyskokowych, bo to logiczne. Wiadomo, że skoro jest to jedyny sklep w okolicy, to ceny są jakie są, no ale cóż… Właściciel w tym przypadku „sam sobie sterem wędkarzem i rybą” i może nakładać marże jakie mu się żywnie podoba. Ja za zerówkę, czekoladę oraz wodę gazowaną zapłaciłem dwadzieścia pięć złotych. Tanio, drogo, oceńcie sami. Matematykę zostawiam Wam.

No ale maszerujemy dalej, bo troszkę już przeszliśmy, a wspomniałem o o obiecanym odpoczynku. Przechodzimy przez ośrodek w kierunku północnym (w sumie gdyby nie konieczność tych zakupów, to można przed główną bramą skręcić w prawo i po prostu obejść cały obiekt dookoła, z resztą tak jak prowadzi szlak) i docieramy do bramy wyjściowej. Teraz towarzyszy nam wąska ścieżka wzdłuż brzegu jeziora, ale po jakimś kilometrze witamy się z zielenią i przechodzimy przez tak zwany Mostek Jadwigi. W sumie nie znalazłem nigdzie informacji dlatego owa przeprawa nosi właśnie imię polskiej królowej. Może jakaś Jadźka się tu utopiła? Jeśli ktoś wie, to zapraszam do podzielenia się.

Za mostem przechodzimy obok pomnika pomordowanych mieszkańców w trakcie drugiej wojny światowej w kształcie orła. W sensie pomnik jest w kształcie orła, a nie że mieszkańcy byli. Druga wojna światowa również nie przybrała takich kształtów. Obok pomnika znajduje się również miejsce postojowe z parkingiem oraz ławeczkami, a że akurat było wolne, to grzechem było nie skorzystać. Sto razy lepiej posiedzieć tu niż na tej zatłoczonej, pełnej kaszojadów, czy tam pięćsetplusów. Przepraszam za te obraźliwe, wulgarne i żartobliwe określenia na nasze latorośle, ale tak często bywa, że nie potrafią się one zachować w takich miejscach.

Po chwili odpoczynku udajemy się dalej zielonym szlakiem na południe wzdłuż zachodniego wybrzeża jeziora. Czyli praktycznie obchodzimy cały akwen dookoła. A jako że jest to zbiornik sporych rozmiarów to dojście do jego końca zajmuje nam prawię godzinę. Wtedy to znajdujemy się w Tamie Brodzkiej, gdzie mijamy poraz kolejny drogę krajową nr 15, skręcamy w prawo, mijamy dwie konkurujące ze sobą restauracje (które tak na prawdę stanowią dwie trzecie wszystkich zabudowań w tej miejscowości) i schodzimy na piaszczystą drogę wzdłuż torów. Znowu mamy do czynienia z liną 208, którą to po jakimś czasie przecinamy docierając nad jezioro Ostrów, zwane nie wiadomo dlaczego Śliskim. Śliski to może być wąż, albo typ. Nie mam pojęcia o etymologii.

Od tego niewielkiego (w porównaniu z Bachotkiem) jeziorka po kolejnych dwóch kilometrach po prawej stronie oczom naszym ukazuje się kolejowa wieża ciśnień. Jeszcze kilka lat temu można było się wspiąć do góry, jednak ostatnio troszkę podupadła. Za wieżą mijamy już ostatnie dzisiaj tory. W sumie jeden to linia nr 33, a drugi to po prostu tor wyciągowy. Później ulicą Świerkową docieramy do miasta. A dalej chyba nie trzeba tłumaczyć. Jesteście dorośli, traficie.

W tym miejscu zawsze wstawiałem mapkę całej wycieczki, ale już to uczyniłem na początku. Zatem nie pozostaje mi nic innego, jak napisać, że długość trasy wyniosła 44,5 km

Opublikowane przez Maron_wędruje

Pochodzę z Brodnicy w kujawsko-pomorskim, lubię piesze wycieczki po okolicy i nie tylko

Dodaj komentarz