Rozdział V – Nadwiślańsko Muszelkowy Poradnik Speleologiczny

Jak pewnie zdążyliście zauważyć, ostatnio nosi mnie w kierunku dosyć enigmatycznych i wyszukanych tytułów wpisów. Nie inaczej jest tym razem. Członu „Nadwiślański” chyba nie trzeba tłumaczyć, wiadomo o co chodzi. Praktycznie cała trasa przebiega bliżej lub dalej od najdłuższej polskiej rzeki. Z muszelkowym chyba też się domyślacie. Chodzi oczywiście o Szlak Św. Jakuba, zwany potocznie Camino. A jeszcze bardziej potoczniej, czyli w mojej nomenklaturze, po prostu „Muszelka” od znaczka w tym kształcie, który stanowi drogowskaz.

Za to z poradnikiem speleologicznym wiąże się inna historia. Starsi z moich czytelników (mam na myśli tych, którzy pamiętają minioną „lepszą” epokę) na pewno kojarzą kultową polską komedię „Miś”. Jest tam scena, w której to klientka przychodzi do Kiosku Ruchu i wymawia hasło /sygnał „Politechnik”, po czym dostaje zawinięty w gazetę o tej nazwie Schab. Następnie sprzedawczyni stwierdza, że pojutrze będzie miała „Poradnik Speleologiczny”, co w tym kontekście odnosi się do wątróbki.

No dobrze, wszystko fajnie i pięknie, miło sobie powspominać klasyki polskiej kinematografii. Tylko jaki to ma związek z dzisiejszą wycieczką? I w ogóle co to jest ta cała (no bo przecież nie jej fragment) speleologia? Już spieszę z wyjaśnieniem. Jest to nauka o jaskiniach, ale tym terminem określa się również samą aktywność polegającą na zwiedzaniu takowych wytworów przyrody.

Czyli trudne naukowe terminy mamy wyjaśnione. Ale nadal nie wiemy co mają wspólnego jaskinie z okolicami Brodnicy. No bo przecież gdzie tu jakiś groty? Rozumiem gdyby to była Jura Krakowsko-Częstochowska, Ziemia Kłodzka czy inne Roztocze. Ale w naszym województwie nie ma jaskiń. Nieprawdaż? A tu niespodzianka. Bo okazuje się, że jednak są. A na pewno przynajmniej jedna. Jak tam dotrzeć i co to w ogóle za ewenement przyrodniczy? Dowiecie się w swoim czasie.

Jedziemy z Brodnicy pociągiem do Bydgoszczy, a konkretnie wysiadamy na stacji Bydgoszcz Fzhut (jest to jedno z nielicznych słów w naszym pięknym języku, gdzie można popełnić błąd w każdej literze, więc taka pisownia jest celowa). W tym miejscu byliśmy już w zeszłoroczną majówkę przy okazji wycieczki z Torunia (https://maronwedruje.com/2025/06/12/szlak-czerwony-czarny-niebieski-camino-zielony-zolty-czyli-praktycznie-kazdy-torun-glowny-bydgoszcz-wschod/). Wtedy tu finiszowaliśmy, więc teraz startujemy. Wysiadamy z pociągu i kierujemy się schodami do góry na biegnącą nad peronami estakadę dla tramwajów. Normalny człowiek zszedł by zaraz za torami kolejowymi i poszedł jakoś tam dookoła do ulicy Czesława Lewińskiego. Ale ja, jak to ja, poszedłem prosto wzdłuż torów tramwajowych, po czym (oczywiście nielegalnie, bo zauważyłem, że chodnik się kończy) przebiegłem na drugą stronę jezdni.

Idziemy dalej tą ulica, po prawej stronie w początkowej fazie towarzyszą nam tory kolejowe. Jest to linia nr 201 łącząca Nową Wieś Wielką z portem w Gdyni. Sam odcinek od Nowej Wsi przez Bydgoszcz Emilianowo oraz Bydgoszcz Wschód i dalej do Maksymilianowa stanowi towarową obwodnicę stolicy naszego województwa. Pomimo, że nie jest to Magistrala Węglowa (która to przebiega przez główną stację w tym mieście), to właśnie tędy przejeżdża tranzytem większość pociągów towarowych z południa na północ kraju i odwrotnie. Z „Dwieście jedynką”, czy jak kto woli ze „Starą Magistralą” mieliśmy już do czynienia podczas zeszłorocznej wycieczki z Laskowic do Wierzchucina (https://maronwedruje.com/2025/07/12/rozdzial-iv-od-131-przez-208-do-201/). W tamtym wpisie znajduje się też krótka geneza tej linii, więc nie będę się tu na ten temat rozpisywał, odsyłam do linku.

Po około sześciuset metrach równoległego przebiegu, tory odchodzą lekko w prawo, a ulica skręca w lewo i teraz prowadzi prosto w kierunku północnym Niedługo później docierają do nas dwa szlaki w ukraińskich barwach (jak nie trudno zgadnąć, chodzi o błękit i żółć). I od tej chwili wędrujemy we trójkę, razem z muszelką. Ale nie na długo, bo za mniej więcej osiemset metrów skręcamy w lewo w ulicę Jasiniecką, a za kolejne sto pięćdziesiąt „ukraińskie barwy” odchodzą drogą pożarowa nr 6 na zachód, a my (w sensie „muszelka”) dalej samotnie i dumnie podążamy przez las na północ.

Po następnym tysiącu pięćset metrach z lewej strony docierają kolejne szlaki „flagowe”. Wcześnie była barwy naszego sąsiada ze wschodu, a teraz spotykamy się z zielenią i czerwienią, czyli jak nic Portugalia. Te dwa kolory będą nam jeszcze towarzyszyć prze jakiś czas, a konkretnie ponad dwa kilometry. W między czasie ulica Jasieniecka krzyżuje się z Księdza Zygmunta Trybowskiego, Sybiraków oraz Pod Skarpą, by po tym ostatnim skrzyżowaniu zmienić się z asfaltowej drogi z chodnikiem w leśną szutrową ścieżkę pod górkę.

Przepraszam, w zeszłym akapicie wkradł się mały chochlik. Szlak czerwony faktycznie nas opuszcza i „tyle go widzieli”, ale zielony towarzyszy nam praktycznie przez całą trasę. Raz bliżej, raz dalej, ale zawsze w zasięgu. Jednak na tym skrzyżowaniu, na którym szlak w kolorze krwi skręca w prawo, mamy również drogowskaz do Leśniczówki Jastrzębie. I nie, nie jest to te Jastrzębie z okolicy Brodnicy.

Od wymienionego wyżej rozstaja dróg maszerujemy kolejne cztery kilometry w kierunku północno – zachodnim (ze zdecydowanym wskazaniem na północ), po czym docieramy do pierwszej dziś miejscowości, to jest do Jarużyna. Niestety (albo dla niektórych stety, zależy jak na to spojrzeć) od Jarużyna praktycznie do końca wycieczki (powiedzmy, że bez ostatnich trzech kilometrów oraz kilku „zboczeń”) towarzyszy nam asfalt. Właściwie jest to nadwiślańska trasa rowerowa, którą również biegnie nasza odnoga muszelki. Na szczęście na większości mamy albo rzeczoną ścieżkę rowerową, albo chodnik, więc nie jest tak źle.

Macie deja vu? Kojarzy Wam się to z czymś? Ścieżka rowerowa wzdłuż Wisły w raz ze Szlakiem Świętego Jakuba? Nie? To przypomnijcie sobie trasę z 2024 roku ze Smętowa do Grudziądza (https://maronwedruje.com/2024/06/09/szlak-czarny-zielony-camino-ze-smetowa-dolina-wisly-przez-nowe-do-grudziadza/) Tam również końcowy fragment tak wyglądał. Tylko że wtedy szliśmy na południe, więc rzeka była po lewej a wzgórza Doliny Wisły po prawej. Teraz sytuacja wygląda zupełnie odwrotnie, czyli wzgórza są po prawej, a rzeka po lewej? A nie, czekaj, te drugie odwrotnie. Rzeka jest po prawej, a w wzgórza po lewej. I wtedy owe, nazwijmy to pagórki były wysokie maksymalnie na pięćdziesiąt metrów, a teraz deniwelacje dochodzą nawet do stówy. Dla niewtajemniczonych, deniwelacja to po prostu wysokość między najniższym, a najwyższym punktem na danym terenie, czyli innymi słowy różnica wysokości.

Co ciekawe, warto również wspomnieć, że dzisiejsza trasa i ta z poprzedniego akapitu, to jest dokładnie ten sam odcinek Camino. Dwa punkty na obu trasach dzieli około trzydziestu kilometrów, więc wszystko jest do nadrobienia podczas jednego wypadu. Także na spokojnie.

No ale wróćmy do Jarużyna. Kojarzy Wam się z czymś ta nazwa? Jeśli ktoś pamięta dawne minione „lepsze” czasy, to może mu to przynieść na myśl Pana Generała Jaruzelskiego. Który to pewnego grudniowego poranka sprawił, że był sobie Teleranek, ale nagle się urwał. Mnie natomiast kiedy słyszę „Jarużyn”, to zaraz przychodzi mi do głowy kultowy polski film „Psy”, a właściwie jego druga część „Psy 2: Ostatnia krew”. Jednym z głównych rosyjskich antagonistów był tam Jakuszyn. Oczywiście, jak to w takich filmach, nasz ziomeczek zza wschodniej granicy ginie od kulki głównego bohatera. Bo przecież zaraz po upadku komuny, w polskich filmach (podobnie z resztą jak w amerykańskich z lat osiemdziesiątych) Rosja, jak i cały wschodni blok, był ten zły, niedobry i ogólnie „bebe”. Wystarczy spojrzeć na serię Rambo. W sumie dzisiaj przez pewne wydarzenia polityczne sytuacja wygląda podobnie 😀

Sama wieś jako taka nie wyróżnia się niczym specjalnym. Jedynym ciekawym obiektem jest tam Magazyn Produktów Spożywczych Caritas Diecezji Bydgoskiej. Oczywiście ciekawym nie w sensie turystycznym/krajoznawczym/zabytkowym, tylko w takim, że to zawsze coś innego. Można się pośmiać, albo ewentualnie zrobić włam. W sumie okraść złodzieja to żadne przestępstwo, więc odważnym polecam.

Kolejną miejscowością są Strzelce Górne. Tu podobnie jak poprzednio raczej niczego nie uświadczymy. Ewentualnie krzyżyk Jezuskowy oraz kościół pw. Św. Stanisława Kostki. Który to Święty jest patronem ludzi z(a)łamanych. Znaczy się tych, co skręcili kostkę. Czy jakoś tak. No tak było. Nie zmyślam. Przechodzimy przez skrzyżowanie z ulicą Długą i po kolejnym ponad kilometrze docieramy do kolejnej wsi. Tym razem jest to Gądecz. Z pozoru również niczym się nie wyróżnia. Jednak nic bardziej mylnego.

Po mniej więcej siedmiuset metrach od zielonej tabliczki, po prawej stronie mamy drogowskaz do… jaskini.

Ale jak to? Chwila… Zaraz… Moment… Czekaj Pan. Jakiej jaskini? Wspominałem we wstępie, że w naszym województwie jest na pewno jeden obiekt tego typu. I to jest właśnie to miejsce. Ja oczywiście, jak to zwykle bywa byłem tak pochłonięty i podniecony trasą, że pomimo minięcia po prawej stronie wyraźnej i szerokiej tablicy informacyjnej, poszedłem dalej jeszcze prawie pół kilometra. Dopiero wtedy skumałem, że coś tu nie pasuje. Także musiałem zawrócić.

Ale wróćmy do samej groty. Nazywa się ona „Bajka”. Skąd taka nazwa? Nie mam pojęcia. Może wynika to z faktu, że skoro jest to jedyny na tym obszarze tego typu ewenement, to człowiek znudzony trudem codziennego życia może tu zajść i poczuć się jak w bajce? Nie wiadomo. W końcu są różne bajki i nie wszystkie się dobrze kończą. W każdym razie ta baśń jest dosyć krótka i ciasna. Bo każdy człowiek słysząc o jaskini, ma przed oczami długi na kilka kilometrów (albo przynajmniej kilkaset metrów) tunel otoczony skałami. I różne inne rozwidlenia, labirynty, spadki, podejścia, wspinaczki, stalaktyty, stalagmity, stalagnaty i temu podobne. Tu jednak tego nie uświadczymy. Dziura ma szerokość około dwóch metrów, głębokość może z metr osiemdziesiąt. A o wysokości nawet nie wspominam bo nie ma co. Powiem tylko tyle, że żeby dostać się do środka, to trzeba się wczołgać.

Ale co ja będę gołosłowny, nie musicie sobie tego wyobrażać. Poniżej zamieszczam Jutubowego linka do mojej eksploracji (bardzo górne i szumne określenie). Żeby filmik nie był za krótki, dodałem jeszcze zejście po schodach, wejście z powrotem oraz zwiedzanie terenów powyżej wraz z wejściem na szczyt pobliskiego wzgórza. Znalazło się tam też troszkę „parkoura”.

No, ale czas wracać do żywych, w sensie na ziemię. Mijamy na biegu Hutną Wieś i dalej docieramy do… Włók? Włóków? Nie wiem jak to się odmienia. W mianowniku Włóki. Tu nad życiem swym zamyślamy się przez dłuższą chwilę. Przy okazji po prawej stronie mamy malutki drewniany kościółek pw. Św. Marii Magdaleny.

Ale o co mi chodzi z tym zamyślaniem? Jak widzimy na powyższej mapce, szlak zielony wraz z Muszelką idą sobie grzecznie elegancko górą prosto na wschód. Ja oczywiście nie byłbym sobą, gdybym był inny (kiedyś tę filozoficzną maksymę wytatuuję sobie na czole, albo w innym mało istotnym miejscu, na przykład Żurominie, hihi). Nie no, żartuję oczywiście. Pozdrawiam serdecznie wszystkich moich fanów i czytelników z Żuromina (może znajdzie się chociaż jedna taka osoba). Ale faktycznie nie byłbym sobą, gdybym poszedł utartym szlakiem. Spojrzałem na owy fragment mapki i zobaczyłem, że zamiast wędrować jak człowiek prosto, można zejść sobie krętym odcinkiem drogi wojewódzkiej nr 256, obok zakładów przemysłowych Vitroflora nad Wisłę i potem wrócić „like a boss” ścieżką do szlaku. No bo po pierwsze, co to za „Nadwiślańska” wycieczka, skoro nawet nie widzieliśmy najdłuższej rzeki w Polsce, ewentualnie jakiś tam jej cień, albo przez trzy minuty przejeżdżając przez most kolejowy w Toruniu. A po drugie, skoro w aplikacji jest wyraźna droga powrotna, to w terenie też powinna ona być, nieprawdaż? Ehhh, jaki ja byłem głupi, że dałem się zwieźć cyfrowej mapce. No ale po kolei.

Wspomnianą wyżej drogą nr 256 zszedłem serpentynami na dół. Przechodziłem przez Trzęsacz. Mówi Państwu to coś? Wieś o tej nazwie znajduje się nad naszym polskim morzem. Słynie ona z tego, że na wysokim urwiskowym brzegu stoją ruiny ceglanego kościoła z z czternastego wieku. Jednak określenie kościół jest w tym przypadku bardzo na wyrost. Pozostała zaledwie jedna ściana, gdyż morze pod wpływem abrazji stopniowo podmywa brzeg, powodując powolne wdzieranie się wody na ląd, tym samym zabierając ze sobą coraz to większe fragmenty świątyni.

Czyli przypuszczam, że ta nazwa nie znalazła się tu przypadkiem. Zapewne ma tu miejsce ten sam proces, tylko pewnie na mniejszą skalę. Ale wróćmy do trasy. Pierwotna moja koncepcja prowadziła obok widocznej na mapie Krainy Dolnej Wisły, czyli swoistego zoo z alpakami, osłami i lamami. W tym przypadku znowu na mapie wyraźnie można przejść tą białą ścieżką. Jednak w terenie okazało się oczywiście, że droga przebiega przez środek zoo, były tabliczki „teren prywatny, wstęp wzbroniony”, et cetera, et cetera. Więc nie pozostało mi nic innego, jak wybrać trzecią opcję, czyli nad samym brzegiem rzeki. W sumie fajnie, blisko wody, a jak nie od dzisiaj wiadomo „od zawsze koił mnie szum odwiecznych fal”. Do brzegu dotarłem bez najmniejszych problemów. Za to powrót… No, tu jest gorzej. W tym momencie zaczęły się schody. Chciałbym uroczyście i oficjalnie przeprosić z tego miejsca wszystkie schody i stopnie z tego świata. Przede wszystkim tę à la drabinkę na naszej brodnickiej wieży krzyżackiej, której tak się bałem przez całe życie; po drugie słynne górzeńskie schody płaczu, które tak przeklinałem, wracając z pełnymi koszami grzybów na autobus oraz na trzecim miejscu schody w kościele mariackim w Gdańsku. Kto był ten wie, o czym mówię.

Już nigdy w życiu nie powiem, że schody są za strome albo za długie. Za prawdę powiadam Wam, w tym momencie oddałbym wszystko nawet za rozgrzane od słońca stopnie o wysokości pół metra każdy. Bo jak się (znowu) okazało, drogi nie było. Oczywiście mógłby Chłop wrócić do wsi Włóki, ale w tym momencie to byłoby już pięć kilometrów. Czyli jednak troszkę za długo. Przy okazji na mapce był też zaznaczony stary cmentarz ewangelicki (czyli wiadomo, że moje ulubieny typ nekropolii). Dziś w sumie są jeszcze po nim ślady, mam tu na myśli charakterystyczne gęste drzewa. Tylko, jak się okazało obecnie znajduje się on na terenie prywatnym. Także współczuję mieszkańcom, zaraz skojarzyła mi się gra The Sims, gdzie na jednej działce też były groby i jeśli się w ciągu dnia nie opłakiwało zmarłych, to potem w nocy duchy straszyły niczego nie świadomych śpiących domowników. Ehh, to byli czasy. Teraz to nie ma czasów. Aż troszkę nostalgłem.

Fajnie, fajnie, tylko jak zawsze oddałem się wspomnieniom z dzieciństwa. A tu trzeba zachować czujność. I czekany by się przydały. Bo za cmentarzem dalej nie ma drogi, a najbliższą droga na górę prowadzi po stromym grzbiecie nadwiślańskiej doliny. Cóż począć, powspinamy się troszkę. Ale stok nie był w tym przypadku jedyną przeszkodą. Bo znowu okazało się, że teren prywatny, więc musiałem znaleźć dziurę w płocie, który w tym miejscu bardziej przypominał drut kolczasty. Na szczęście ciężko w takim terenie dokładnie taki płot zaplanować i postawić, więc udało mi się zmieścić w jednej z dziurek. Ale co przy okazji pobrudziłem ręce i paznokcie od piachu, to moje.

W tym miejscu dodaję naprędce zmontowany filmik pokazujący nachylenie stoków podczas mojej wspinaczki (w dolnej części) Jak widzimy miejscami przekracza ono trzydzieści procent, ale to i tak nie oddaje tego trudnego krajobrazu. Najlepiej byłoby nagrać filmik, ale niestety miałem obie ręce zajęte 😮

Po wejściu na górę dalsza część dotarcia do szlaku to była czysta przyjemność. Niczym Kargul i Pawlak poszedłem około trzystu metrów po miedzy w kierunku północnym, po czym dotarłem do głównej trasy. A tam jak nasz słynny Polak „Rzułty Papierz” ucałowałem ziemię. Tę ziemię.

Zatem po kolejnym (dzisiaj już drugim) powrocie do żywych, myślałem, że w tym dniu to już koniec przygód. Dotarłem do Kozielca (nie mylić z Kozielskiem w Rosji), minąłem kościół pw. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny (na mapce obok świątyni również był stary cmentarz ewangelicki, jednak miałem już dość podobnych atrakcji). Na przeciwko jest też Szkoła Podstawowa im. Ligi Obrony Kobiet. Czy tam Ligi Polskich Kobiet. Something like that. Za szkołą i kościołem główna droga prowadzi prosto, a my wraz z naszymi szlakami skręcamy w prawo. Z resztą ciężko się zgubić, bo stoi tam drogowskaz. Schodzimy na dół w stronę Wisły i prostą droga docieramy do Grabowa. Jest to dosyć popularna nazwa w naszym kraju, więc pewnie mogliście gdzieś kiedyś już tam być.

W Grabowie jest kolejny cmentarz ewangelicki. Tym razem był on bezpośrednio przy drodze, więc bez chwili zawahania obszedłem ten teren. Znajduje się tu również kapliczka z 1616 roku.

Ładna ta wieś. Cmentarz z kapliczką, dawne Państwowe Gospodarstwo Rolne. Myślałem, że to już koniec atrakcji. A gówno. Bo na końcu wsi (no dobra, to w sumie w jej mniejszej wersji o nazwie Grabówko) mamy coś co szumnie zwie się „Nawis skalny”. Pomyślałem sobie: „Eeee tam, co mi szkodzi się przejść zobaczyć”. Zwłaszcza, że wyczytałem, że jest to piaskowiec-zlepieniec 😮 Czyli podobniej jak Jaskinia Bajka, rarytasik na naszych terenach.

Początkowo droga wydawała się łatwa, prosta i przyjemna. Nawet zauważyłem małe tabliczki informacyjne. Czyli pewnie łatwo dotrę do celu. Nie muszę chyba mówić, że nie wiem który raz dzisiaj się zawiodłem. Okazało się, że mam do czynienia z Parowem Cieleszyńskim. Jeśli ktoś nie wiem czym jest parów, to polecam uzupełnić braki. To taki rodzaj wąwozu. Akurat ten jest dosyć stromy i zarośnięty. Po drodze mamy pełno zwalonych pni drzew (które raczej nie ułatwiają chodzenia), a środkiem przepływa rzeczka o wdzięcznej nazwie Struga Niewieścińska. Faktycznie skojarzenie z niewiastą jest tu słuszne. A właściwie z dziewicą. Istotnie, tereny dziewicze. Praktycznie nienaruszone przez człowieka, nie licząc wspomnianych już kilku tabliczek informacyjnych po drodze oraz na końcu. Rany, poparzenie i zadrapania gwarantowane. Polecam, Maron Ziemba.

Dobra, koniec atrakcji na dziś. Chyba. Znaczy koniec takich ekstremalnych. Pozostało zwykłe chodzenie po płaskim. Ewentualnie niewielkie przewyższenia można jak najbardziej. Ale bez przesady. Idziemy dalej. Przechodzimy przez Topolno obok kościoła pw. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Następnie mamy Topolinek z grodziskiem „Talerzyk” (nie, nie poszedłem tam, ale chętnym polecam). W tej samej wiosce, tylko dwa kilometry dalej na północ jest kolejny cmentarz ewangelicki. Przy drodze, więc oczywiście wdepnąłem tam.

Ostatnią miejscowością przed końcem nasze wędrówki jest Gruczno. Nawet spora wioska. Tam również mamy parów (Rezerwat Przyrody Ostnicowe Parowy Gruczna), grodzisko i inne tego typu atrakcje. Mamy również Biedronkę, Dino oraz kilka sklepów spożywczych. Czyli, cytując klasyka polskiej kinematografii: „Tu jest jakby luksusowo”. Cała miejscowość od tabliczki do tabliczki ciągnie się przez ponad siedem kilometrów. Cały czas po prawej stronie na drugim brzegu Wisły majaczy jakieś zbiorowisko gotyckich wież. Też się przez jakiś czas zastanawiałem co to jest. W końcu mnie olśniło. No przecież, że Chełmno. Miasto zakochanych i tak dalej. Poza tym znajduje się tam siedem kościołów 😮 Warto się wybrać, tylko ciężko tam dojechać pociągiem. No ale jak to zawsze powtarzam „wszystko przed nami”. Z ciekawostek jest tam jeszcze drogowskaz do… Kosowa. Czyżbyśmy nagle znaleźli się w latach dziewięćdziesiątych w środku Kotła Bałkańskiego. Na szczęście nie. To tylko taka nazwa. Może mieszka tu jakaś mniejszość z tamtych stron? Patrząc na tamtejsze domki, przypominające swoim klimatem brodnicką Kałaskę, ta teoria zdaje się być bliska prawdy.

Napisałem w poprzednim akapicie, że ostatnią miejscowością jest Gruczno. Jednak w tym miejscu muszę to troszkę skorygować. Dalej jest jeszcze Dworzysko oraz Wielki Konopat. Ten ostatni to już prawie Świecie. I nie, tym razem nie chodzi ani o Świecie nad Osą z tej (https://maronwedruje.com/2023/11/16/ostrowite-grudziadz/) albo z tej (https://maronwedruje.com/2025/03/17/wokol-komina-13-aczkolwiek-troche-szlakami-z-jablonowa-do-ilawy/), ani o Świecie nad Drwęcą z tej wycieczki (https://maronwedruje.com/2025/10/12/19-meandrujacy-pajak-kantylsko-swiecki-a-w-dalszej-czesci-zbiczenska-petla-z-mykologia-w-tle/). Tu mam na myśli te właściwe, jedyne i największe Świecie nad Wisłą. Nie muszę chyba mówić z czego jest znane. No dobra, powiem. Znajduje się tam spory szpital dla nerwowo i psychicznie chorych. Uwierzcie mi, że po dzisiejszych przygodach, wspinaczkach, zgubieniach i skaleczeniach miałem potężną ochotę udać się tam i zostać na dłużej. Ale pewnie by mnie zobaczyli i stwierdziliby: „Ehhh, daj spokój. Nie rokujesz, wypierdalaj do domu”.

Szpital zostawiłem nieco w tyle (znaczy w sumie przed sobą, ale nieważne). Za to przechodziłem bezpośrednio obok innego znanego przybytku. Mam tu na myśli zakłady przemysłowe Mondi. Czyli taka celulozownia. Macie jakieś skojarzenia? W zeszłym roku szliśmy do Kwidzyna (https://maronwedruje.com/2025/12/05/szlak-czerwony-kopernikowski-z-grudziadza-do-kwidzyna-albo-jak-kto-woli-w-zoltych-plomieniach-lisci/) i był tam podobny industrialny obiekt. Tylko wtedy się troszkę pogubiliśmy i szliśmy na skróty (hihi, bo to pierwszy raz), a tu wiedziałem od razu, że trzeba cały ten kompleks obejść od strony południowej. Jednak zapachy i odgłosy praktycznie takie same. Więc dalej przechodzimy wiaduktem nad trasą szybkiego ruchu nr 5. Dalej przez las po kilku zakrętach docieramy do Terespola. Ehhhi tu znowu te skojarzenia i zbieżność nazw. Przecież Terespol leży na granicy z Białorusią. Gdzie minie tu poniosło tak daleko na wschód. Uspokoję Was. To jest Terespol Pomorski (w końcu jesteśmy na Pomorzu). Jest to przystanek kolejowy na naszej ulubienej linii 131, czyli na magistrali węglowej. W sumie to jest to stacja węzłowa, po oprócz tego prowadzi tędy linia 240 do wyżej wymienionego Mondi. Także (kolejny raz muszę zacytować klasyka kinematografii, tym razem francuskiej): „Ruch jak widzę spory? A tak spory, dziękować”.

Sam dworzec w Terespolu jest bardzo ciekawy architektonicznie, stanowi on zabytek z czerwonej cegły.

Na koniec, niczym podczas lekcji języka obcego, powtórzmy sobie nowo poznane trudne słówka geograficzne. To znaczy dla Was są one nowe, ja je doskonale znam 😀

Speleologia

Deniwelacja

Abrazja

Piaskowiec

Zlepieniec

Nawis skalny

Parów


A już na sam, samiuśki, samiuteńki koniec – mapka całej wycieczki. Wyszło 52,4 km. A współczynnik asfaltyzacji? 27,9 %. Czyli poniżej średniej krajowej.

Opublikowane przez Maron_wędruje

Pochodzę z Brodnicy w kujawsko-pomorskim, lubię piesze wycieczki po okolicy i nie tylko

Dodaj komentarz