Na samym wstępie chciałem pozdrowić wszystkich maruderów, malkontentów, niszczycieli dobrej zabawy, frustratów, zgorzknialców, roszczeniowców, upierdliwców oraz tych, którzy sieją defetyzm. Wiem co sobie pomyśleliście. Coś w stylu: „No debil. Niedorozwój. Co ten Maron znowu za kretyńskie i skomplikowane tytuły wymyśla. Niedługo będą one dłuższe niż sama treść wpisu!”. A ja na to: „Jak na lato, potrzymaj mi piwo”. Hihi. Nie no, żartuję. Jeszcze nie ten etap. Ale muszę przyznać, że wymyślanie długich i enigmatycznych tytułów sprawie mi jakąś taką dziwną frajdę. Tak że nie dość, że jestem Ewangelikonekropoliofilem, to jeszcze na dodatek Wpisotytułowymyślaczem. Same zalety.

Więc jak widzimy tytuł jest długi. Ale bardzo prosty. Większość jego członów stanowi nazwę geograficzną lub jakieś tam odniesienie do takowej. Pozwólcie, że wytłumaczę każde słowo po kolei. Ale nie wszystko we wstępie bo było by za nudno. Będę rozszyfrowywał je w miarę postępu trasy.

Pierwsze dwa człony, czyli „Zryta” i „Zabłocona” odnoszą się do wsi Rytebłota. W sumie ciężko to nazwać wsią. Bardziej jest to osada. Według Cioci Wikipedii nie posiada nawet stałych mieszkańców. I w sumie słusznie, bo nawet nie ma tam domów mieszkalnych. Jest tam pole namiotowe oraz Ośrodek Rytebłota Resort Spa, które łączy aleja pomników przyrody. Oba, nazwijmy to miejsca wypoczynku leżą nad jeziorem Zbiczno. Oprócz nich jest jeszcze przystanek autobusowy. Tak też w te miejsce dotarłem. Tylko tutaj malutka uwaga: autobusem dojedziemy tu tylko w dni powszednie, bo w sobotę nic nie jeździ. Jeśli ktoś lubi długo pospać, to idealnym połączeniem będzie wyjazd o godzinie dziewiątej. Ale ponieważ ja jestem ranny ptaszek, to pojechałem „Godzina piąta, minut trzydzieści, kiedy pobudka zagrała…” To znaczy zagrała o czwartej dwadzieścia sześć, o piątej trzydzieści odjeżdżałem już z dworca PKS.

Zatem z przystanku idziemy troszkę w kierunku północnym, w prawo odchodzi fragment żółtego szlaku. Ten akurat jest z tej wycieczki (https://maronwedruje.com/2023/07/20/szlak-zolty-czesc-2-ostrowite-brodnica/), my zaś maszerujemy około trzystu metrów dalej szosą w kierunku Cichego, gdzie skręcamy w prawo w wyraźną szutrową ścieżkę. Około półtora kilometra nasza trasa biegnie samotnie na północ, a potem dochodzi do nas zielony szlak z tej trasy (https://maronwedruje.com/2023/07/19/szlak-zielony-2-bobrowiska-lakorz-biskupiec/). Niedaleko przebiega również wypad sprzed dwóch lat (https://maronwedruje.com/2024/04/10/wokol-komina-9-jablonowo-ciche-brodnica/). Zieleń towarzyszy nam tylko przez chwilę, bo zaraz potem robimy kilka zakrętów w lewo i w prawo. Ale zaprawdę powiadam Wam, że dzisiaj jeszcze kilka razy się na nią natkniemy. Po kilku kolejnych kilometrach docieramy od południa do drogi z Cichego do Nowego Miasta Lubawskiego. I tu mamy rozwiązanie trzeciego członu naszego tytułu. Wieś Ciche. Muszę dodać, że miałem plan żeby „zaliczyć” ją bezpośrednio, jednak jak to zwykle bywa zamyśliłem się i poszedłem inną drogą. W sumie nie chodziło mi o samą miejscowość, tylko o cmentarz. Oczywiście ewangelicki, który znajduje się zaraz za współczesnym katolickim (to akurat jest częsta przypadłość). W związku z tym, że troszkę wyszedłem na nekropolię z innej strony oraz z faktem, że (jak za pewne wiecie) nie lubię zawracać, musiałem zaliczyć pętelkę i wspomnianą wyżej szosą począłem kroczyć na wschód. Po prawie trzech kilometrach docieramy do mojego głównego dzisiejszego celu, to jest do Jeziora Wielkie Partęczyny. A skoro są Wielkie, to zapewne też są Małe, ale o tym później. Przy okazji tych trzech kilometrów, znowu napotykamy zielony szlak, a poza tym na południe (czyli dla niewtajemniczonych po prawej ręce. A dla jeszcze bardziej nierozgarniętych – prawa noga to jest ta, gdzie duży palec jest po lewej stronie. A prawa ręka znajduje się nad prawą nogą. Mam nadzieję, że pomogłem) widzimy Jezioro Dębno. Natomiast z drugiej strony, czyli z…. lewej (?) mamy drugi akwen wodny (celowy pleonazm) o nazwie Okonek. Stanowi on rezerwat przyrody.


Teraz pytanie czemu Jezioro Wielkie Partęczyny jest moim głównym celem? Otóż jest to największy zbiornik na naszym pojezierzu – ma trzysta czterdzieści hektarów powierzchni. Jest ono dosyć rozbudowane, posiada liczne zatoki, półwyspy, a nawet jedną wyspę. Poza tym jego brzegi są zalesione i strome (jak to przy jeziorze rynnowym), więc stanowi idealne miejsce dla wędkarzy, kajakarzy i innych turystów szukających wytchnienia od zgiełku. Niestety (albo stety) Wielkie Partęczyny co prawda leżą na naszym pojezierzu, ale administracyjnie całkowicie znajdują się w województwie warmińsko-mazurskim. Nawet sama granica przebiega brzegiem.

A skoro jest to największe jezioro u nas na pojezierzu, postanowiłem je obejść, bo stwierdziłem, że będzie to ładna wycieczka, zwłaszcza że patrząc na mapę doszedłem do wniosku, że prawie cała trasa w większości przebiega całkiem blisko od brzegu, ale w pewnym momencie oddala się na jakieś cztery kilometry. Tak że kilometry się nabijają ❤ W sensie nie, że się śmieją, tylko że ich liczba się powiększa.

Nie wspomniałem o etymologii nazwy jeziora. No bo w sumie… nic na ten temat nie wiem 😀 Może ktoś mnie olśni? Mogę Wam tylko powiedzieć o swoich skojarzeniach. W moich stronach zamiast tradycyjnej długiej nazwy używa się skrótu „Partki. „Jedziem na Partki”. Może tu należy szukać pochodzenia? Partki, a zatem takie małe Party. Czyli po prostu impreza. Może tu odbywają się najlepsze imprezy na pojezierzu? Hihi. Nie no, żartuję oczywiście. Cytując mój ulubiony ostatnio tekst-projekt na tatuaż: „Nie byłbym sobą, gdybym był inny” i nie sprawdził u źródła o co tu chodzi. Skorzystałem z pomocy czatu GPT i otrzymałem ciekawą odpowiedź. Cytuję: „Nazwa Partęczyny (oraz Partęciny) to toponim o pochodzeniu słowiańskim. Pochodzi od staropolskiego słowa pospolitego oznaczającego >partę< (rodzaj ubogiego płótna, partacz – rzemieślnik :o)” Koniec cytatu. Czyli przy okazji poznaliśmy źródłosłów określenia „partacz”. Tak że jest szansa, że kiedyś zamieszkiwali tu robotnicy, którzy wykonywali swoją robotę nieumiejętnie, niechlujnie i jak to się dzisiaj ładnie mówi „na odpierdol”.

No dobra, ale żaden ze mnie polonista, ani tym bardziej etymolog. Przemyślenia zostawiam Wam.

Z innych ciekawostek na temat Partęczyn należałoby wspomnieć, że nie ma tu jako takiej miejscowości o tej nazwie. Podobnie z resztą jak miało to miejsce w Rytychbłotach. Wieś Partęczyny znajduje się nieco na północ, znamy ją z wycieczki z Jabłonowa do Iławy (https://maronwedruje.com/2025/03/17/wokol-komina-13-aczkolwiek-troche-szlakami-z-jablonowa-do-ilawy/). Tylko tam nie ma jeziora, a tu ono jest. To nawet w miejscowości Bachotek są trzy domy, a tu nic, kompletnie nic. Czyli historia podobna jak z Mamą Muminka. Zastanawialiście się kiedyś jak miał Ona na imię? No właśnie. Nikt tego nie wie, bo funkcja jaką pełni, jest ważniejsza niż Jej imię. W tym przypadku mamy analogię. Nikt nie wie gdzie jest wieś Partęczyny, bo funkcja turystyczna jest ważniejsza niż mieszkalna. Czy jakoś tak. Chyba powinienem zmienić dilera, albo brać o połowę mniej…

No ale wróćmy na ziemię. Kiedy po lewej stronie skończy się największe jezioro na pojezierzu, wybieramy ścieżkę do ośrodka o bardzo niespodziewanej nazwie… „Partęczyny”. Muszę przyznać, że miejsce to robi wrażenie, ciągnie się na długości prawie trzech kilometrów. Znajduje się tam kilka strzeżonych plaż, restauracji, hoteli i tak dalej. O domkach nawet nie wspominam, bo pewnie jest ich ze trzysta. Oprócz tego widziałem również kilka placów zabaw, boisko do siatkówki plażowej, sklepiki spożywcze, a nawet kebaba. Także infrastruktura jest bardzo bogata. Aha, zapomniałem wspomnieć o najważniejszej kwestii Ten autobus, którym rano przyjechałem do Rytychbłot, w dalszej swojej trasie przejeżdża koło tego ośrodka, także w tygodniu dojazd jest bardzo dogodny i bezproblemowy. A w weekend, no cóż…. radźcie sobie sami :*

Jak ktoś się zmęczył, to może sobie przycupnąć na którejś z ławeczek, albo na pomoście. Do wyboru do koloru. Ja jednak nie lubię tłumów, więc postanowiłem cały ośrodek przejść jednym tchem. Zaraz za końcowym szlabanem zaczyna się troszkę bardziej dziki zarośnięty odcinek trasy. W sumie przypomniała mi się zeszłoroczny marsz nad jeziorem Kamionkowskim z tej wycieczki (https://maronwedruje.com/2025/04/21/szlak-niebieski-zolty-czerwony-z-gronowo-przez-chelmze-do-kornatowa/). Bardzo podobne klimaty. O swoistej dzikości tego fragmentu, niech świadczy fakt, że pierwszy raz spotkało mnie „oszczekanie” przez lisy. Widocznie wszedłem na ich włości. To się więcej nie powtórzy, przepraszam 😦 Wędrujemy dalej wzdłuż linii brzegowej, po drodze mijamy wiele półwyspów i zatoczek (szkoda, że nie są one nazwane, jak w przypadku Jezioraka, ułatwiłoby to mi i przy okazji Wam orientację. No ale cóż. Widocznie jezioro jest za małe na takie ceregiele). Nawet wyspa na jeziorze nazywa się… Wyspa na Jeziorze Partęczyny. Bardzo oryginalna nazwa. Widać warmińsko-mazurskie nie umie w nazewnictwo, albo po prostu jest do za duże zadupie. W każdym bądź razie bynajmniej nad najbardziej na północ wysuniętą zatoką znajduje się kolejny ośrodek. Tym razem dużo mniejszy i spokojniejszy. W założeniu miałem przejść przez sam środek, nie odstraszyła mnie nawet tabliczka „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. Kiedy widzę napisy w takim stylu, albo inne typu „Nie ruszać”, mam ochotę zrobić tylko jedno. W pierwszym przypadku wejść, a w drugim ruszyć. Taki ze mnie rebel. Po co takie rzeczy pisać? No ale dobrze, nieistotne. Nie wszedłem na teren ośrodka, ponieważ według mapy ścieżka nie prowadziła przezeń, tylko go omijała. Także miałem okazję zrobić kółeczko i obejrzeć cały ten przybytek ze wszystkich trzech stron (ciężko byłoby od czterech, chyba że z jeziora). Dopiero w domu sprawdziłem, że jest to ośrodek zakładów Cedrob 😮 Mówi to Państwu coś? Rypin i te sprawy. Na miejscu nie ma żadnej wzmianki na ten temat, także dobrze się kamuflują.

Okej, ale idziemy dalej. W ostatniej zatoczce znajduje się wypływ rzeczki Skarlanki. Właściwie to wpływ, ale nieważne. Jak zapewne wielokrotnie już o tym wspominałem, jest to dosyć długa rzeka, która wypływa (jak sama nazwa wskazuje) z jeziora…. Skarlińskiego, nad którym to jeziorkiem leży wieś…. (Tak jest, dobrze zgadliście) Skarlin. Tradycyjna zbieżność nazw własnych, czy jakoś tak. Z ciekawostek mogę dodać, że podczas ostatniej wycieczki (https://maronwedruje.com/2026/06/03/deutsch-eylau-hoheneck/) przechodziłem dokładnie mniej więcej czterysta metrów za końcem tego akwenu. Czyli jakby na krańcu Pojezierza Brodnickiego.

Zatem mamy od północy Skarlińskie, dalej Wielkie Partęczyny. A potem to już wszystko w naszym województwie: Dębno, Robotno, Kurzyny, Strażym oraz Bachotek i ujście do Drwęcy niedaleko Tamy Brodzkiej. Cała rynna. Polecam spływ kajakowy tą trasą.


Ale wracamy do Partęczyn. Znaczy w sumie już dotarliśmy na północny skrawek, więc droga powinna iść dalej wzdłuż brzegu. Ale, jak już wyżej wspomniałem, to jest to miejsce, gdzie nie ma przejścia bezpośrednio przy wodzie, tylko trzeba się oddalić o prawie dwa kilometry. Tam oto znajduje się most… No właśnie. Tu mamy wyjaśnienie kolejnego członu nazwy. Sam się zdziwiłem, bo pierwsze słyszę o takim czymś. Mianowicie chodzi tu o „Most na Białym”. Pierwsze moje skojarzenie, to oczywiście piosenka zespołu Nocny Kochanek „Koń na białym rycerzu”. Tak jakby zabrakło w nazwie tego czegoś co jest białe. Skoro to most, to może biały… strumyk? Ciek? Akwen? Dopiero na drugim brzegu zobaczyłem tablice informacyjne na ten temat. Mianowicie kiedyś była tu osada rzemieślnicza o nazwie Białe. Jednym z budynków był tam między innymi młyn, po którym zostały jedynie betonowe fundamenty. Jednak prawdopodobnie Sowieci wymordowali okoliczną ludność podczas drugiej wojny światowej. I obecnie nie ma Białego (ehhh, kolejne muzyczne skojarzenie). Mam na myśli jeszcze dwie inne rzeczy, ale być może czytają nas niepełnoletni, to zostawię je dla siebie.




Za Białym (a właściwie zgodnie z zasadami deklinacji „Białem”) skręcamy na południowy zachód i ponownie zbliżamy się do naszego głównego jeziora. Przechodzimy przez osadę Iwanki, a następnie obok użytku ekologicznego „Iwanki-Zgniłki”. Tu mamy wyjaśnienie kolejnego członu nazwy. I faktycznie, troszkę tam wali zgnilizną. Pewnie jest to jakiś rodzaj torfowiska, bo znajduje się ono na terenach podmokłych. Przechodzimy przez drewnianą kładkę na rzeczce, na której po raz nie wiem który dziś natrafiamy na zielony szlak.

Kolejną miejscowością na naszej trasie jest…. Kuchnia. Tak, dobrze słyszycie. Po prostu Kuchnia. Chociaż miejscowość to bardzo górnolotne określenie. Naliczyłem tu dwa domki. Ale przy okazji wyjaśnił się „kuchenny” człon nazwy (nie mylić z Kuchennymi Rewolucjami). Wszędzie mamy do czynienia ze skojarzeniami z popkulturą, albo muzyka, albo telewizja. A to jeszcze nie koniec na dziś. Ale wszystko w swoim czasie.


Kręty i podmokły odcinek pomiędzy Iwankami a Kuchnią znowu pokonujemy brzegiem jeziora. Zatem znowu maszerujemy granicą województw. Parafrazując komunistycznego klasyka: „Tu, gdzie idę ja, jest kujawsko-pomorskie. Tam, gdzie jest jezioro, stało ZOMO” A nie, czekaj, to inaczej było. „Tam, gdzie jest jezioro, jest warmińko-mazurskie”. Od Kuchni kilka kolejnych kilometrów pokonujemy w województwie z tablicami rejestracyjnymi zaczynającymi się na „C”. Ale tylko przez jakiś czas. Na końcu wpisu podam jak to procentowo wygląda. Ile było „Całkowitego Braku Rozumu”, a ile „M&M’s-ów”.

Po Kuchni chwilę wędrujemy nad Małymi Partęczynami (skoro są duże, to logiczne, że muszą być też małe, o czym wspominam wyżej). Jednak jak sama nazwa wskazuje, są one dużo mniejsze, można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że maluśkie. Za jeziorkiem docieramy do leśniczówki Grabiny, gdzie znajduje się sporej wielkości miejsce postojowe, oraz zaczyna się ścieżka edukacyjna. A co do samej nazwy, to cóż… znowu mamy skojarzenie „telewizyjno-serialowe”. Jak ktoś oglądał „M jak Miłość”, to wie o czym mówię. Tylko tam mieliśmy do czynienia z liczbą pojedynczą, czyli z Grabiną (nie mylić z Drabiną). Kojarzycie? Baśka z Luckiem oraz Marysia, Mareczek, Martusia wraz z Gosią, zwana Myszką. Jak ktoś nie zna, to polecam w wolnej chwili nadrobić braki.

Jeśli ktoś ma więcej czasu i chęci, to polecam przejść się ową ścieżką edukacyjną. Ja i owszem, czas miałem, ale chęci nie za bardzo, więc po chwili posiedzenia na bułeczki i wodę, ruszyłem dalej w kierunku południowo-zachodnim do Ładnówka. A właściwie to na północne jego krańce, bo już był totalny las. Minąłem szosę z Brodnicy do Łąkorza i dalej przez las, po mniej więcej trzech kilometrach (licząc od szosy) osiągnąłem jezioro Głowińskie. Wielokrotnie już tu byłem, ostatni raz dwa lata temu podczas powrotu z Jabłonowa do Brodnicy przez Ciche. Ten link jest już wyżej w tym wpisie, więc nie będę się powtarzał. A samo jezioro jest „In my honest opinion” najbardziej, jakby to ładnie ująć, burżuazyjne na naszym pojezierzu. Stoją tu najbardziej okazałe i luksusowe chaty. I praktycznie dziewięćdziesiąt procent aut ma blachy warszawskie. Także stolica się tu bawi.





Od jeziora wędrujemy dalej na północ i przekraczamy po raz kolejny (obiecuję, że dziś już ostatni) granicę i wchodzimy do „warm-mazu”. Przez nieco ponad kilometr maszerujemy żółtym szlakiem z tej eskapady (https://maronwedruje.com/2023/07/17/szlak-zolty-czesc-1-ilawa-ostrowite-kolo-jablonowa/) i docieramy do Osetna. Niestety od tego momentu, praktycznie do końca towarzyszy nam asfalt. Za Osetnem mamy Wardęgowo, której znane jest jako sanktuarium Maryjne, gdzie co roku dzień po Zielonych Świątkach organizowane są pielgrzymki z okazji odpustu. W tym miejscu znowu nasza trasa pokrywa się z wycieczką sprzed kilku lat (https://maronwedruje.com/2023/07/28/wokol-komina-4-do-jamielnika/), aż do skrzyżowania. Tylko wtedy poszliśmy w prawo na Łąkorz, a dziś wędrujemy prosto do Lipinek, czyli przystanku osobowego na linii 353. Zatem mamy wyjaśnienie kolejnego członu nazwy, gdyż owa linia kolejowa (jak zapewne wiecie, jest to jedna z moich ulubienych. Nie licząc oczywiście 208, 209, 251, 33 oraz 131) towarzyszy nam jeszcze przez kilka kilometrów. Bowiem w tej wsi przechodzimy przez tory, mijamy kościół pw. Świętych Piotra i Pawła, za którym skręcamy w prawo i po sześciu kilometrach, maszerując cały czas w mniejszej lub większej odległości od kolei docieramy do Bielic. Czyli tak właściwie do Biskupca Pomorskiego, gdzie kończymy wycieczkę.



W sumie chciałem jeszcze iść kolejne dziesięć kilometrów do Jamielnika, ale spojrzałem na zegarek i wyszło mi, że dotrę tam albo na styk, albo lekko się spóźnię, także wolałem nie ryzykować. Kolejnym planem było przejście pętelki po wsi i zajście do Dino, jednak szybko sprawdziłem, że za niecałe dwadzieścia minut odjeżdża pociąg do Jabłonowa. A jak wiadomo, lepiej siedzieć dwie godziny w Jabłonowie niż w Biskupcu.

Pozostało mi jedynie wyjaśnić resztę nierozwiązanych do tej pory części tytułu, ale chyba nie ma takiej potrzeby. „Nadjeziorna”? Wiadomo o co chodzi, większość trasy przebiega nad różnymi zbiornikami wodnymi. Aczkolwiek zdecydowanie największa część nad Wielkimi Partęczynami. „Pobożocielna”? Wycieczkę odbywałem w piątek po Bożym Ciele, więc pasuje tu jak ulał. „Międzywojewódzka”? No proste, że logiczne. Rozumie się samo przez się.

Zostały nam „Serpentynka” oraz „Skolopendra”. Tego pierwszego nie trzeba tłumaczyć. A to drugie? To taki fajny podzielony na segmenty jadowity skorpionowąż z nóżkami i różkami. Bardzo przyjemne zwierzę. Jak ktoś nie zna, to niech sobie wygoogluje.

Pewnie pomyśleliście sobie w tym momencie: „No dobrze, dziękujemy Ci Maronie za tę lekcję biologii oraz garść tych bezcennych informacji, ale my mamy to w dupie”. Bo pozostaje pytanie co ma serpentynka albo jakiś tam dziwny robako nie wiadomo co do tej wycieczki. W sumie to niewiele. Tylko tyle, że ślad GPS nagrany na trasie wygląda jak faktyczna serpentynka. Pasowałoby tu jeszcze określenie „Tasiemiec”, albo „Dżdżownica”. Ale jest szansa, że niektórzy z moich czytelników przeglądają ten blog podczas obiadu, więc daruję Wam te szczegóły. Myślę, że skolopendra jest i tak wystarczająco creepy.


W ostatnim wpisie były słówka geograficzne, a w tym będzie (o czym wspomniałem wyżej) powtórka z matematyki. Zatem obliczmy razem ile procent trasy było w jakim województwie. Jedziemy.
Dane:
Kuj-Pom: Od km 0,00 do 7,46; dalej od km 20,47 do 27,77
Warm-Maz: Od km 7,46 do 20,47; dalej od km 27,77 do 41,85
(Dla niewtajemniczonych, te dane pochodzą bezpośrednio z aplikacji Mapa Turystyczna i zostały one spisane ze śladu trasy)
Po dodaniu wychodzi nam:
Kuj-Pom: 7,3+7,46=14,76
Warm-Maz: 13,01+14,08=27,09
Zatem z proporcji można bardzo łatwo obliczyć:
(14,76/41,85)*100%≈35,27%
To wynik dla kuj-pomu, a żeby otrzymać go dla warm-mazu, należy odjąć tę liczbę od całości.
100%-35,27%=64,73%
Odpowiedź: 35,27% trasy przebiega w województwie kujawsko-pomorskim, a 64,73% w województwie warmińsko-mazurskim. Oczywiście zaokrąglając do dwóch miejsc po przecinku. Czyli tłumacząc jak przysłowiowej „krowie na rowie”, troszkę ponad jedna trzecia w kuj-pomie, a troszkę poniżej dwóch trzecich w warm-mazie. No, i czego nie rozumiecie? Nie na darmo mówi się, że „Podróże kształcą”. I to praktycznie w każdej dziedzinie życia i nauki.

Cała trasa. Jak wspomniałem w powyższym zadaniu matematycznym, długość wynosi 41,85 km. A Współczynnik Asfaltyzacji? 33,31 %. Czyli taki lekkopółśredni (jak na razie dwudzieste szóste miejsce na pięćdziesiąt cztery wycieczki). Przy następnym wypadzie postaram się Wam wyjaśnić jak obliczyć ten Współczynnik. I będziecie mogli zrobić to sami. Czego się nie robi dla fanów i czytelników :* Na dzień dzisiejszy mogę Wam tylko powiedzieć, że w sumie oblicza się go również na podstawie śladu GPS. Tylko trzeba pamiętać gdzie dokładnie był asfalt. Zatem lepiej liczyć go na świeżo.
Żydowski nagrobek z krzyżem????
Google Lens twierdzi the Armenian name Nshan (ՆՇԱՆ)
the Armenian name translates to „sign,” „token,” or „mark”.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Wiem, chciałem po prostu włożyć kij w mrowisko
PolubieniePolubienie