Rozdział VI – Grudziądz Mniszek – Terespol Pomorski. Czyli Kobieca Zwariowana Nadwiślańska Włóczęga. I prawie „Riders on the storm”.

No witam. I znowu mamy do czynienia z enigmatycznym tytułem. Ale chyba już się przyzwyczailiście 😀 Jak zawsze wszystko wyjdzie w praniu. Chyba że ktoś nie ma pralki.

Dzisiejszy wpis jest dziełem przypadku. To znaczy przepraszam, źle się wyraziłem. Wpis nigdy nie jest dziełem przypadku. Tylko powstaje pod wpływem weny. Bo według mnie lepiej przez jakiś czas pomilczeć, nic nie wstawiać i poczekać na świeży przypływ, niż bezmyślnie wstawiać jakieś szmiry. Jeśli weny nie ma, to polecam przewietrzyć głowę, zawsze pomaga.

Chodziło mi bardziej o to, że opisywana w tym poście wycieczka, to czyste dzieło (albo można pokusić się nawet o stwierdzenie dziecko) przypadku oraz spontanu. I to podwójnego. Dlaczego aż podwójnego? Już tłumaczę. W pierwotnym założeniu chciałem pojechać do Grudziądza i dokończyć zaczęty kilka lat temu szlak żółty z tej wyprawy (https://maronwedruje.com/2023/11/16/ostrowite-grudziadz/). Bo wtedy był listopad, dzień krótki i zaczęło się ściemniać, więc stwierdziłem, że zakończę swój marsz na stacji kolejowej Grudziądz Owczarki, a do dworca głównego dojadę autobusem. Pomyślawszy, tak uczyniłem. I w sumie dobrze wyszło, zwłaszcza, że owy szlak ciągnie się po całym mieście jak, za przeproszeniem, smród po gaciach. No ale kiedyś trzeba go dokończyć, więc postanowiłem, że to będzie ten dzień. To znaczy z taką myślą kładłem się spać o godzinie dwudziestej drugiej. Jednak rano, po przebudzeniu o godzinie piątej, doszedłem do takich przemyśleń: „Nie no, nie ma co przy świętej niedzieli narażać tylu niewinnych grudziądzan (i turystów z resztą) na oglądanie mojej niewyjściowej mordy”. A z drugiej strony nie miałem zamiaru ciągle zerkać na aplikację z mapą (jak wspominałem bodajże w ostatnim poście, strasznie dużo żre baterii), bo owego szlaku nawet nie ma w tej apce, a znaki na drodze pozostawiają wiele do życzenia.

No ale postanowiłem jednak pozostać w klimatach około grudziądzkich. Druga opcja była taka, żeby dokończyć odcinek nadwiślańskiej muszelki od Świecia na północ (czyli w tym przypadku do Dragacza). Ale tu z kolei było troszkę za blisko, zostawię to sobie na inny termin. Zrealizowałem dopiero trzecią opcję, to jest ze stacji Grudziądz Mniszek (dla niewtajemniczonych, jest to ostatni przystanek w mieście na południu na szlaku do Torunia) udałem się przez… No właśnie. O tym później.

Tak że mamy wyjaśniony pierwszy spontan, czas teraz na drugi. Chodzi tu akurat o przypadkową zmianę trasy. Przypadkową, czyli oczywiście jak zwykle chodzi o moje zagapienie i zamyślenie. Ale po kolei.

Jedziemy Arrivką (no bo jakim innym pociągiem) do Grudziądza, znaczy do Mniszka. Akurat pierwsza dzienna chyba jako jedyna nie jedzie do Grudziądza, czy do Laskowic, ale do bezpośrednio do Torunia, także jak wsiądziemy w Brodnicy, to na spokojnie like a boss bez przesiadki wysiądziemy sobie we wspomnianym Mniszku.

W tym miejscu czas na małą refleksję/poradę/dygresję (nie mylić z dysleksją). W dniu pisania tego posta (czyli 8 czerwca 2026 roku) pociągi z Brodnicy do Grudziądz kursują normalnie. Jednak już od przyszłej niedzieli, czyli od 14 czerwca, odcinek Jabłonowo – Grudziądz zostanie zamknięty na pół roku z powodu remontu. W tym czasie będzie kursować tu zastępcza komunikacja autobusowa. Ale w sumie dobrze, remont tu jest potrzebny. Zwłaszcza, że od grudnia zostanie uruchomiony nowy przystanek w Brodnicy (Brodnica Południowa) na linii nr 33 wraz z pociągami do Rypina. Tak że przypuszczam, że po renowacji czas przejazdu z Grudziądza do Rypina będzie wynosił mniej więcej godzinę i pięć minut. Wspomnicie moje słowa!

Fajnie, pięknie, dygresje zawsze są potrzebne. No ale wracajmy jednak do Mniszka. Ze stacji maszerujemy dalej na południe. W sensie mamy tu do czynienia z peronem wyspowym, więc idziemy do jego końca, po czym na przejściu kolejowym skręcamy w lewo w ulicę o wdzięcznej nazwie „Droga Metalowców. Jednak tylko do pierwszego skrzyżowania, gdzie wybieramy Drogę Pomorską. Tam napotykamy szlak w kolorze nieba.

W tym miejscu czas na wyjaśnienie mojego roztargnienia. W pierwotnym założeniu miałem iść tym błękitem, by potem „przesiąść” się na czerwień i dotrzeć do Chełmna od strony południowo-wschodniej. Pierwsze dwa kilometry szło mi nawet dobrze. Jednak później zamiast pójść prosto, skręciłem w prawo. Wszystko przez to, że droga w prawo była główna, a prosto podporządkowana, więc stwierdziłem w swojej małej główce, że lepiej iść główniejszą.

Ale zanim dotarłem do feralnego skrzyżowania, wróćmy do Drogi Pomorskiej (tak, tak nazywa się ta ulica). Maszerujemy ją na południe około pięciuset metrów, cały czas przybliżając się do toru. Nie wspomniałem, że mamy tu do czynienia z linią kolejową nr 207 Toruń Wschodni – Malbork. Ale to tylko takie oczko dla miłośników i fanatyków. Po drodze po lewej stronie mijamy sklep sieci z owadem w nazwie oraz w miarę nowy kościół pw. Św. Józefa Oblubieńca. Po wspomnianym pół kilometrze szlak skręca w prawo przez tor, a my razem z nim. Zaraz za przejazdem docieramy do wylotówki w kierunku Torunia. Jest to ulica…. Szosa Toruńska. Jak zawsze włodarze nie umieją w oryginalne nazewnictwo. W tym miejscu mamy ostatni sklep w mieście, ale na spokojnie, na wsiach również są. Dosłownie sto metrów od tego miejsca mamy zielone tabliczki graniczne z napisem „Grudziądz”. Jeśli ktoś jest germanofilem, to raczej powie „Graudenz”. Po kolejnych trzystu metrach skręcamy wraz ze szlakiem pod kątem czterdziestu pięciu stopni w prawo. Na wprost widzimy cmentarz żołnierzy armii radzieckiej, jednak nie wiedzieć czemu jest on zamknięty, hihi. Zaraz za zakrętem mamy kolejną tabliczkę z nazwą miejscowości. Tym razem są to Pieńki Królewskie. Ciekawa zbieżność nazw, zwłaszcza, że ulica którą wędrujemy również nazywa się Królewska. Początkowo wędrujemy przez „Osiedle Leśne” (Nie wiem czy tak się ono oficjalnie nazywa, to jedynie moja swobodna interpretacja). Doszedłem do takiego wniosku, bo mamy tu między innymi ulice takie jak: Brzozowa, Grabowa, Morwowa, Wiązowa (Pozdro dla miłośników filmu „Koszmar z ulicy wiązów), Topolowa czy Akacjowa. No i przede wszystkim Leśna, która nawet prowadzi do lasu. Toż to szok!

Po mniej więcej kilometrze od skrzyżowania Szosy Toruńskiej z Królewską docieramy do sławetnego rozwidlenia, gdzie to pomyliłem trasy. Jednak jak się później okazało wyszło to mi (i Wam chyba w sumie też) na dobre. Dlaczego? Zaraz Wam opowiem. A żeby nie być gołosłownym, wstawiam Wam screena z trasą, którą miałem zamiar przejść oraz z ostateczną wersją drogi.

Od tego miejsca „Osiedle Leśne” ustępuje miejsce „Osiedlu Kwiatowemu”. Bo szlak niebieski prowadzi Tulipanową, a droga którą ja omyłkowo wybrałem wiedzie Margaretkową. A oprócz tego mamy tu do czynienia z: Lawendową, Malwową, Azaliową, Bławatkową oraz Szarotkową. Także mniej więcej w tym samym czasie opuszczamy Pieńki Królewskie i wchodzimy do Małego Rudnika. Kojarzy Wam się z czymś ta nazwa? Podczas tej (https://maronwedruje.com/2024/05/12/szlak-czerwony-zielony-z-grudziadza-przez-melno-do-bursztynowa/) wyprawy przechodziliśmy nad grudziądzkim jeziorem Rudnickim Wielkim. Z ciekawostek warto podkreślić, że nie znalazłem nigdzie informacji na temat zarówno jeziora Rudnickiego Małego, jak i miejscowości Wielki, czy też Duży Rudnik. Jedynie nad wymienionym wyżej akwenem jest dzielnica Rudnik. To pewnie taka kolonia. Czy tam suburbia. Wiecie co to są suburbia? Słyszeliście w swoim życiu taki długi wyraz? W sumie to jest on dosyć krótki. Dłuższe jest słowo, od którego pochodzi, czyli suburbanizacja. Przepraszam, musiałem zaczerpnąć wiedzy u źródła. Zatem pierwsze były suburbia (z łacińskiego „sub-urbium” – pod miastem), a od tego dopiero powstała suburbanizacja. Jest to proces wysiedlania się ludności z terenów miejskich na tereny pod miastem. Akurat Mały Rudnik, Pieńki Królewskie oraz inne pozostałe okoliczne miejscowości są idealnym tego przykładem.

Ale wracamy na ziemię, bo znowu odpłynąłem. Niedługo za „Osiedlem Kwiatowym” droga skręca lekko w prawo, by wiaduktem przeciąć autostradę A1, zwaną górnolotnie „Bursztynową”. Za wiaduktem wracamy do pierwotnego przebiegu i wchodzimy do wsi Szynych. Mijamy ją na piątym biegu, gdyż poza kościołem pw. Św. Mikołaja Biskupa, nie uświadczymy tam niczego specjalnego. W sumie przepraszam, zwracam honor. Może nie tyle w samym Szynychu, ale ogólnie od tego miejsca do samego Chełmna mamy do czynienia z ciekawym zjawiskiem. Nie wiem czy tylko ja tak to interpretuję, czy jest tak na prawdę. Chodzi o to, że jakby lewa i prawa strona drogi żyły swoim życiem. Bo po jednej są jedne zielone tablice miejscowości, a po drugiej inne. Jakby szosa była swoistą granicą. A może to przypadek? A może słońce za mocno przygrzało w łysiejącą łepetynkę? W każdym razie polecam odwiedzić te rejony i sprawdzić.

Kolejną wsią na trasie jest Sosnówka. W tym przypadku tablice są po prawej stronie, a po lewej jest Brankówka. W tej drugiej też w sumie nie ma nic ciekawego. Za to Sosnówka. No, muszę powiedzieć, że mi zaimponowała. Z daleka zauważyłem wzgórze i jakieś groby. Myślę sobie: „Pewnie tradycyjnie cmentarz ewangelicki”. A gówno. Bo tu się okazuje, że to owszem nekropolia, ale menonicka. Kojarzycie Menonitów? Była o nich mowa podczas trasy ze Smętowa do Grudziądza (https://maronwedruje.com/2024/06/09/szlak-czarny-zielony-camino-ze-smetowa-dolina-wisly-przez-nowe-do-grudziadza/). Z tego można bardzo szybko wysunąć wnioski, że osiedlali się na terenach nadwiślańskich. Wynika to z faktu, że znali się na osuszaniu bagien. Czyli coś w stylu starożytnych Egipcjan, którzy byli mistrzami w irygacji. Przyznaję, że zaskoczenie było spore. Zwłaszcza, że zachowało się sporo grobów wraz z tablicami po niemiecku. Z kolei brama wejściowa została odrestaurowana i możemy na niej wyczytać, że początki cmentarza datuje się na 1691 rok. Czyli kawał czasu. Muszę stwierdzić, że jest to jak do tej pory najstarsza nekropolia, na której byłem.

Sosnówka jest ostatnią wioską w powiecie grudziądzkim. Za niedługo mamy granicę z chełmińskim. Od tego momentu aż do samej stolicy powiatu towarzyszy nam elegancka ścieżka rowerowa. Widać któremu samorządowi zależy na turystach, a którym nie. Pierwszą miejscowością w powiecie chełmińskim jest Podwiesk. Nie mylić z Małym i Dużym Półwieskiem w okolicach Radzik z tej wycieczki (https://maronwedruje.com/2023/07/23/szlak-zolty-czesc-3-golub-brodnica/).

Kojarzycie taki znak, który wskazuje nam drogę do miejsca pamięci? Takie pionowy biało-czarny trapez z dwoma mieczami i pod spodem zniczem? Jeśli nie, to pod spodem wstawiam jego zdjęcie. Także w Sosnówce miałem z nim do czynienia. Co prawda był on troszkę przekrzywiony i podupadły. No ale stwierdziłem, że raczej dobrze pokazuje. Więc zobaczywszy go, niewiele myśląc udałem się w kierunku, który pokazywał. Jakież było moje zdziwienia, jak okazało się, że tam nic nie ma! Po prostu nadłożyłem prawie kilometr drogi. No ale trudno się mówi, przynajmniej nabiło się troszkę kilometrów. Przy okazji natrafiłem na ślady zgryzów bobrowych nad „francuskim” zbiornikiem. Czemu francuskim? Odpowiedź jest banalnie prosta. (Nie, bobry, które tam mieszkają nie mówią po francusku. Tym bardziej ryby. Ani nie jest to miejsce uprawiania miłości francuskiej. Chociaż w sumie tego drugiego nie mogę wykluczyć, bo nie znam obyczajów tutejszej ludności. Nawet w sumie by się do tego nadawało, romantycznie nad wodą wśród drzew). Ehhh, znowu bredzę. Wy tu o rybkach, a ja o pipkach. Po prostu, ów zbiornik na mapie swoim kształtem przypomina nieco (podkreślam, tylko nieco) kontury Francji. I tyle. Bez żadnych podtekstów i niedopowiedzeń. Nie wierzycie mi? Wstawiam screena z mapki oraz kontury kraju nad Sekwaną. Oceńcie sami.

W każdym razie wniosek z powyższej historii jest taki, że nie zawsze warto ufać tego typu znakom. Lepiej przedtem sprawdzić w odmętach Internetu.

Jak wyżej wspomniałem, znajdujemy się w Podwiesku. Wieś jak wieś. Nic specjalnego. Chodzi i o samą nazwę. Bo potem zrobiło się zabawnie i troszkę jakby… kobieco. O co tu chodzi? Już spieszę z wyjaśnieniem. Kolejna miejscowość to… Dolne Wymiary. Tak, dobrze widzicie. To jedna z tych wsi, która pokaże Wam się jak wpiszecie w wyszukiwarkę „Najśmieszniejsze nazwy miejscowości w Polsce”. A jak wiadomo, skoro są Dolne Wymiary, to muszą być i Górne. Oczywiście. Zaraz potem. A najlepsze, że za oboma wymiarami mamy… Nowe Dobra. Tu też skojarzenie jest dosyć oczywiste. No chyba, że chodzi tu o dobra materialne, albo duchowe. Każdy interpretuje po swojemu. Także mamy do czynienia ze swoistym „Kobiecym” Trójmiastem, czy tam Trójwsią. A jakby się człowiek uparł i dalej chciał bawić się w skojarzenia, to w okolicy są również Klamry (również raczej atrybut kobiecy niż męski. W sensie chodzi mi o klamry do włosów, a nie do prania. Nie chcę tu siać antyfeminizmu) oraz Dołki. No Dołeczki, wiadomo o co chodzi. Na twarzy podczas uśmiechu, albo na innej części ciała. Chyba, że chodzi o to, że tutejsi mieszkańcy są cały czas przygnębieni i zdołowani. Albo trzecie wytłumaczenie, chyba w sumie najbardziej logiczne. Po prostu miejscowość leży w dole. Jak zawsze każdy widzi to co chce. Ale jeśli moja teoria jest słuszna, to mamy tu do czynienia nie z Trójmiastem, a wręcz z Pięciomiastem Kobiecym. Czy mówią ładnie po grecku – Pentapolis.

Fantastycznie, cudownie, pośmialiśmy się z nazw wsi. Hihi, Boże jak śmiesznie. Ale poza tym to co ciekawego można tam zobaczyć? Już spieszę z wyjaśnieniem. Otóż nic. Jedynie w Górnych Wymiarach stoi kościół pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa.

Wspomniałem troszkę wyżej, że do samego Chełmna towarzyszy nam ścieżka rowerowa. Jednak troszkę się pomyliłem. Przed miastem mamy skrzyżowanie z drogą krajową nr 91. Jest tam rondo, od którego prawie kilometr należy pokonać poboczem.

Chełmno. Cóż można o nim powiedzieć? Kilka ciekawych rzeczy. Po pierwsze jest to historyczne miasto z siedmioma kościołami. Od niego wzięła nazwę historyczna kraina Ziemia Chełmińska, oraz mezoregion Pojezierze Chełmińskie. Jest jeszcze jeden kontekst z przeszłości. Mianowicie mam tu na myśli prawo chełmińskie, na mocy którego ulokowano wiele miast na terenach ówczesnego państwa zakonu krzyżackiego. Po co tu o tym wspominam? Bo między innymi nasza Brodnica dostąpiła tego zaszczytu.

Kolejną sprawą jest fakt, że Chełmno jest nazywane miastem zakochanych. Przypuszczalnie wzięło się to stąd, że w kościele farnym, według legendy przechowane są relikwie Św. Walentego. Który to Święty, jak powszechnie wiadomo jest patronem zakochanych. Przy okazji warto wspomnieć, że jest też on patronem ludzi psychicznie chorych. W sumie zakochanie nie wyklucza obłędu, a wręcz przeciwnie. Często idzie to ze sobą w parze, zwłaszcza jak mamy do czynienia z miłością nieodwzajemnioną. Jest nawet takie powiedzenie (no dobra, oficjalnie ono pewnie nie istnieje, ale idealnie się rymuje) Święty Walenty jest…. dopowiedzcie sobie sami. Ale śmiesznie się składa, że jest on patronem akurat tych dwóch wąskich grup społecznych. Bowiem po jednej stronie Wisły mamy miasto zakochanych. A po drugiej? Zaraz do tego dojdziemy. Dosłownie i w przenośni.

Wchodzimy do Chełmna ulicą Podgórną, która jak sama nazwa wskazuje prowadzi pod… górkę. Chyba że maszerujemy w drugą stronę, wtedy jest z górki. To czyli co w takim przypadku. Trzeba zmienić nazwę ulicy na „Zgórną”? Czy lepiej by brzmiało „Wdolną”? Na skrzyżowaniu Podgórnej z Kamionką (w Brodnicy też mamy do czynienia z ulicą o tej nazwie i też znajduje się ona w centrum) dochodzi z prawej strony szlak czerwony, którym to bym przybył, gdyby nie moje wspomniane wcześniej „zapomnienie się”. Od tego miejsca idziemy po schodach do góry ulicą Studzienną i przez Planty (chyba wychodzi tu chęć upodobnienia się do Krakowa) docieramy do Bramy Grudziądzkiej. Z tego miejsca ulicą… Grudziądzką docieramy do Rynku. Tu również widzimy podobieństwo (przynajmniej ja je widzę) do stolicy województwa małopolskiego. Tylko, że tam z każdej pierzei (ehhh, kolejne trudne słowo. Według Wikipedii „jest to ciąg frontowych elewacji budynków ustawionych w szeregu po jednej stronie ulicy”) głównego placu wychodzą po trzy ulice, a tu są po dwie. Ale podobieństw jest jeszcze kilka. Ratusz na środku, hejnał w południe (akurat miałem tę przyjemność go usłyszeć), pomnik na środku, fontanna. W grodzie kraka przy rynku lekko pod kątem stoi kościół mariacki, a tu jest Kościół pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Maryjocentryzm (czytaj dewocja, zacofanie i zabobony) jak nic. W jednym i drugim przypadku. No i przede wszystkim oba miasta leżą nad Wisłą. Przypuszczam, że jakby człowiek się uparł, to znalazłby więcej podobieństw. No ale nie czas i miejsce, tyle powinno Wam wystarczyć.

Na Rynku odpoczywamy chwilkę, kupujemy magnes (nie magnez z apteki, jak to niektórzy twierdzą, tylko taki na lodówkę), obchodzimy cały plac dookoła i opuszczamy go ulicą Rybacką wraz ze szlakami w kolorach czerni, czerwieni i błękitu. Póki co będziemy się kierować tą ostatnią barwą, ale to za chwilę. Najpierw muszę wspomnieć o tym jak prawie dałem się nabrać na megalomanię i zarozumialstwo władz Chełmna. Bowiem zobaczyłem na mapie miejsce o szumnej nazwie „Najpiękniejszy widok na świecie”. Myślę sobie: „Taa, jasne. Na pewno jest wiele ładniejszych widoków, nie tylko na świecie, ale pewnie nawet w Polsce”. No ale nie ukrywam, troszkę mnie ta nazwa zaintrygowała. A że miałem troszkę czasu, w związku z tym postanowiłem przejść się tam. Pochodzę na skraj urwiska i widzę co? Jakieś drzewa, a za nimi bloki. Nic specjalnego. Ale potem myślę sobie. Przecież to Świecie. Miasto Świecie. Nad Wisłą. I faktycznie. Chodzi tu o najpiękniejszy widok na Świecie. Przez wielkie „Ś”. Jedna mała, acz jaka istotna różnica. No ale nawet a tym się nie mogę zgodzić, bo w dalszej drodze było sporo lepszych widoków na owe miasto. Ale po kolei.

Jak wspomniałem kilka akapitów wyżej, Święty Walenty jest patronem ludzi zakochanych oraz psychicznie chorych. Dlaczego to jest takie śmieszne? Bo przecież jak nie od dzisiaj wiadomo, na drugim brzegu Wisły, czyli właśnie w Świeciu znajduje się Wojewódzki Szpital Zdrowia Psychicznego imienia Doktora Józefa Bednarza. Przypadek? Nie sondzem. Tak że jak ktoś się w Chełmnie nieszczęśliwie zakocha, to ma blisko do „Wariatkowa”.

Opuszczamy lewy brzeg Wisły mostem drogowym i przechodzimy na prawą stronę. Jednak do Świecia jeszcze troszkę. Najpierw schodzimy z przeprawy niebieskim szlakiem (oczywiście jak zawsze musiałem coś odwalić, gdyż szlak biegł drugą stroną mostu i musiałem w jego połowie przeskakiwać przez barierki). Tam dołącza też szlak w kolorze nadziei i lasu. Razem wędrujemy kolejne jakieś cztery kilometry przez Żurawią Kępę (niestety nie spotkałem tam żadnego żurawia) i docieramy do kościoła farnego w Świeciu. Nawet kiedyś tam byłem na mszy. Tak mniej więcej z dwadzieścia lat temu. Przy świątyni szlak skręca w ulicę Mostową i dalej idziemy przez… most. Ale nie na Wiśle, tylko na jej dopływie Wdzie. W sumie ujście znajduje się całkiem niedaleko od tego miejsca. Za mostem szlak prowadzi dalej prosto na rynek. Ale ja nie mogłem przegapić takiej okazji. W sensie nie mogłem będąc w tym mieście nie zahaczyć o wspomniany szpital. Oczami wyobraźni widziałem już te przypominające więzienie mury, druty kolczaste, wszechobecny monitoring i tak dalej. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem otwarty dla wszystkich parkowy teren, gdzie młodzi ludzie przesiadują na ławeczkach, starsze pary przechadzają się z pieskami. A biegacze biegają. Widać władze szpitala (a może jest to odgórny nakaz?) uznały, że resocjalizacja przyniesie lepszy efekt w otwartym terenie? Może to i lepiej, nie ma co zabraniać. W każdym razie, cytując klasyka polskiej kinematografii (wiem, że lubicie te moje wstawki, ja też): „Byle frajer może sobie ot tak tutaj wejść” W sumie nie byłem w pomieszczeniach szpitalnych, możliwe, że tam są słynne pokoje bez klamek, kaftany bezpieczeństwa i tak dalej. Jeśli ciekawi Was sprawa okratowania okien, to faktycznie są, ale nie wszędzie.

Po szpitalu dotarłem wreszcie na wspomniany wcześniej rynek. I tu stanąłem przed dylematem. Czy iść ruchliwą drogą wojewódzką nr 272 do Laskowic Pomorskich, znanej nam już powszechnie (ta trasa: https://maronwedruje.com/2025/06/15/rozdzial-i-laskowice-smetowo-morzeszczyn/ i ta: https://maronwedruje.com/2025/07/12/rozdzial-iv-od-131-przez-208-do-201/) wioski. Czy też wybrać opcję marszu żółtym szlakiem do Terespola. Tam byliśmy całkiem niedawno (https://maronwedruje.com/2026/06/04/rozdzial-v-nadwislansko-muszelkowy-poradnik-speleologiczny/), ale trasa wydała się mniej uczęszczana. Odległościowo wyglądało to mniej więcej po równo, może było tam z czterysta metrów różnicy. Zatem wybrałem opcję Terespol. Z rynku idziemy ulicą Klasztorną i Gimnazjalną (wiem, nie ma już gimnazjów, ale nazwa pozostała. I bynajmniej nie chodzi tu o debilny sztuczny wytwór reformy systemu edukacji z 1999 roku, tylko o przedwojenne gimnazjum męskie), którą to docieramy do ważniejszej arterii, to jest Wojska Polskiego. Za mniej więcej czterysta metrów po prawej stronie naszym oczom ukazuje się Biedronka i dworzec PKS, który kiedyś stanowił również dworzec kolejowy. I tu czas na kolejną refleksję.

Zarówno Świecie jak i Chełmno nie posiada dziś dostępu do kolei. Pierwsze miasto utraciło je w 1996 roku (pamiętam jak przez mgłę, jak raz przyjechałem tu pociągiem z Terespola), a drugie w 1991 roku (czyli tego raczej nie mogę pamiętać). No ale, jakie z tego wnioski? Że oba, jakby nie patrzeć powiatowe miasta cierpią z powodu komunikacyjnego wykluczenia kolejowego. Dotyka to wielu ludzi, pozostaje albo autobus, albo transport indywidualny. Może kiedyś coś się zmieni w tej sprawie? Chyba prędzej w Świeciu, bo tam do odbudowania jest tylko około kilometra torów. Ale znając miłościwie nam panującego marszałka C. (Nie będę pisał nazwiska, ale ten kto ma wiedzieć o kogo chodzi, to wie) raczej nic z tego, gdyż ów człowiek jest bardzo antykolejowy. Nie wiem kto go namówił na powrót pociągu do Rypina. Gruby hajs musiał tam pójść, nie ma co.

No ale znowu oddałem się marzeniom, a zarazem wspomnieniom. Wracamy do Świecia, ale w sumie tylko na chwilę, bo zaraz je opuszczamy. Do tej pory szliśmy na zachód, a od wspomnianego dworca PKS kierujemy się na północ. Początkowo pod górkę, potem po schodach, za którymi warto się obejrzeć za siebie (wbrew temu co mówi staropolskie przysłowie „Nie oglądaj się za siebie, bo Ci z przodu ktoś przyjebie”), gdyż widoki na Wisłę i Chełmno są piękne na zabój. Docieramy do skrzyżowania z ulicą Sienkiewicza, tam skręcamy w nienazwaną ulicę ze ścieżką rowerową, którą kierujemy się do przejścia podziemnego pod trasą szybkiego ruchu nr 5. Nie musimy się bać o oznakowanie szlaku, gdyż jest ono dosyć częste i wyraźne, także jedno zmartwienie odchodzi. Po minięciu drogi wędrujemy prosto na zachód w kierunku lasu. Po prawej stronie mamy piękny widok na kominy zakładów Mondi. Akurat w tym miejscu zaczęły przede mną pojawiać się burzowe chmury, więc widoczki tym bardziej zapierały dech w piersi. Na szczęście deszcze praktycznie mnie ominęły, jedynie pod sam koniec spadło na mnie kilka kropel. Ale nie może tu być mowy o żadnej ulewie. Po niecałych dwóch kilometrach (licząc od tunelu pod trasą S5) nasza szutrowa ścieżka dociera do eleganckiej asfaltowej drogi ze ścieżką rowerową. Nią maszerujemy kolejne tysiąc pięćset metrów do skrzyżowania we wsi Kozłowo. Później pokonujemy zaporę na Wdzie, gdzie po prawej stronie widzimy słynny most kolejowy na linii nr 131. Dla Was może nie jest on zbyt słynny, ale dla Mikoli i fanów Trainspottingu stanowi on jeden z bardziej charakterystycznych motywów do focenia i nagrywania w tych okolicach.

Za tamą czy jak kto woli jazem, skręcamy w lewo. Tam droga tworzy kształt litery „U”, mniej więcej w połowie krzyżujemy się z drogą wojewódzką nr 240, a za jakieś dwieście metrów wiaduktem ponad nami prowadzi linia kolejowa nr 240 z Terespola do Świecia. Nie, nie mamy tu do czynienia z literówką. Zarówno linia kolejowa jak i droga wojewódzka mają w tym miejscu ten sam numer. Ehh, co za przypadek. I tu znowu cytat z innego wielkiego polskiego filmu: „A kto powiedział, że to był przypadek?”

Ale jak to? Przecież przed chwilą napisałem, że tam nie ma torów. No bo to prawda. Do samego miasta nie ma. Ciągną się one do zakładów Mondi, a druga odnoga do innego obiektu przemysłowego, to jest Cargill. W jego sąsiedztwie znajduje się też dawny przystanek Świecie Przechowo.

Od tego miejsca maszerujemy jeszcze niecałe dwa kilometry. Niedługo po prawej stronie zaczynamy dostrzegać ceglane kolejowe budynki. Czyli cel jest blisko. Ale jeszcze troszkę. Mijamy odnogę, gdzie ulica Szkolna znika wiaduktem pod torami. I za czterysta metrów docieramy do naszego miejsca docelowego.

Zapomniałem w sumie wytłumaczyć Wam ostatniego członu tytułu, czyli „Riders on the storm”. Jest to tytuł piosenki The Doors, ostatniej nagranej z legendarnym wokalistą Jimem Morrisonem. W wolnym tłumaczeniu oznacza to tyle co „Jeźdźcy burzy”. A czemu prawie? No bo było blisko, ale rozeszło się po kościach. Czy tam przeszło bokiem. Jeden pies.

Cała trasa. Wyszło 45,33 km. A współczynnik asfaltyzacji? Ostatnio obiecałem, że obliczymy go wspólnie. Zatem do dzieła:

Ze śladu trasy nagranego za pomocą aplikacji Mapa Turystyczna wypisujemy odcinki pokonane asfaltem:

2,97-4,82

5,24-6,19

6,35-8,74

9,21-10,19

23,65-24,67

32,79-30,71

34,27-33,94

37,72-37,38

39,95-38,58

43,47-42,57

44,31-43,81

Obliczamy długość wszystkich odcinków i dodajemy wszystkie sumy.

1,85+0,95+2,39+0,98+1,02+2,08+0,33+0,34+1,37+0,9+0,5=12,71 km

Obliczoną sumę asfaltu dzielimy przez długość trasy i mnożymy razy 100 %

(12,71/45,33)*100%=28,04 km

Mam nadzieję, że powyższa lekcja matematyki przyda Wam się w życiu :*

Opublikowane przez Maron_wędruje

Pochodzę z Brodnicy w kujawsko-pomorskim, lubię piesze wycieczki po okolicy i nie tylko

Dodaj komentarz