Nie no, ja wszystko jestem jestem w stanie zrozumieć. Jakieś śmieszne, enigmatyczne tytuły, dłuższe niż sam wpis. Jakieś dziwne wstawki i aluzje popkulturowe. Albo nawet te dwuznaczne podteksty. Ale ten tytuł? „Minus dwa”? Co ten Maron, próbuje zagiąć prawa fizyki? Oczywiście, matematyka zna takie określenia jak: „liczby ujemne”, „liczby niewymierne”, czy nawet „liczby urojone”. Przedmiot ten na poziomie szkolnym jest bardzo abstrakcyjny i teoretyczny. Nie ma nic wspólnego z praktyką. Dlatego zawsze mnie śmieszą te zadania ze szkoły podstawowej typu: „Stasiu kupił dwadzieścia arbuzów, po czym rozdał każdemu z dziadków po dwie sztuki. Ile ma Stasiu arbuzów teraz?” Wyobraźcie sobie teraz siedmiolatka, który taszczy do domu dwadzieścia gigantycznych zielonych owoców. Gdzie każdy waży pewnie z 10 kg. To jest fizycznie niemożliwe dla dorosłego, a tym bardziej dla dziecka. No ale to tylko teoria, przecież nikt nie pójdzie do sklepu i nie zrobi takich zakupów. Tak samo nie jesteś w stanie kupić ujemnej ilości czegokolwiek. Możesz mieć debet na koncie (oczywiście jeśli masz taką opcję, bo w normalnych przypadkach po prostu wydasz cały hajs tyle z Twoich zakupów). Ale pewnych wielkości po prostu nie da się wyrazić w ilościach ujemnych. Wiem, w tym miejscu odezwą się fani zespołu Lady Pank. No jak to nie da rady. Przecież w piosence „Mniej niż zero” wyraźnie pada: „Chodź to fizyce wbrew, wskazówka cofa się!” Taaaa.

Więc nawiązując do poprzedniego akapitu, o co chodzi z tym, że „szlak żółty minus dwa”? Że na plusie oznakowanie jest takie: dwa białe paski, w środku żółty; a na minusie dwa żółte paski i biały w środku? Nic z tych rzeczy.

Zapewne pamiętacie (chociaż w sumie możecie też nie pamiętać, bo to było dosyć dawno) wstawiałem kiedyś wpisy z żółtego szlaku przechodzącego przez Brodnicę. Jest to ta słynna dłuuuga droga prowadząca z Samborowa pod Ostródą do Torunia. Ogólny jej przebieg to z północnego wschodu na południowy zachód. Prowadzi ona dosyć równolegle (to znaczy w mniejszej lub większej odległości) do drogi krajowej nr 15, oraz linii kolejowej nr 353. Często gęsto też razem z „żółcią” prowadzi nasza (to znaczy moja) ulubiena „muszelka”. Więc ta minus dwójka, to po prostu nawiązania do tamtych wpisów i tamtejszego podziału żółtego szlaku. Po prostu idąc ze wschodu na zachód, po kolei numeruję te wycieczki. A że żółty szlak, jak wspomniałem, ma swój początek w Samborowie, tam też zaczyna się numer 1. Wszystko co na wschód jest na minusie, a na zachód na plusie. Na opak niż na osi liczbowej. Czego nie rozumiesz? Ktoś pewnie zapyta: „A co Ty, ciapaty jesteś? Czytasz od lewej do prawej? Czemu tak, a nie odwrotnie? Z zachodu na wschód?” Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta. Jak już wyżej wspomniałem, szlak w dużej mierze pokrywa się z Drogą Św. Jakuba. A owa trasa zdecydowanie zaczyna się na wschodzie, a kończy się na zachodzie, więc numeracja przede wszystkim nawiązuje do tego.

Przeto mamy już: Numer 0/-1 https://maronwedruje.com/2024/05/15/szlak-zolty-czesc-0-1-olsztyn-lubajny/, Numer 1 – https://maronwedruje.com/2024/05/19/szlak-zolty-czesc-1-ilawa-lubajny/, Numer 2 – https://maronwedruje.com/2023/07/17/szlak-zolty-czesc-1-ilawa-ostrowite-kolo-jablonowa/, Numer 3 – https://maronwedruje.com/2023/07/20/szlak-zolty-czesc-2-ostrowite-brodnica/, Numer 4 – https://maronwedruje.com/2023/07/23/szlak-zolty-czesc-3-golub-brodnica/, Numer 5 – https://maronwedruje.com/2024/05/11/szlak-zolty-5-golub-dobrzyn-torun/ oraz (troszkę oszukany) Numer 6 – https://maronwedruje.com/2025/11/22/szlakiem-zoltym-czy-aby-na-pewno-z-torunia-do-inowroclawia/. Mam nadzieję, że wyjaśniłem Wam dokładnie te zagadnienie.

Jeśli czytacie ze zrozumieniem (wierzę, że jest tu kilka takich osób), to wiecie, że Numer 0/-1 zakończył się (a właściwie rozpoczął) na stacji Olsztyn Zachodni. Paradoksalnie, stacja, która ma w nazwie „Zachodni” jest jak do tej pory najbardziej wysuniętym miejscem na wschód, w którym byłem z buta. To znaczy była. Do tej wycieczki.

Jak dojechać do Olsztyna z Brodnicy, żeby być tam o przyzwoitej porze (w sensie najpóźniej 7-8 rano?) Kilka lat temu jeździły jeszcze autobusy, ale obecnie nasze brodnickie KPTS (dla niewtajemniczonych – Kujawsko-Pomorski Transport Autobusowy) praktycznie nie prowadzi żadnych kursów poza województwo. Wyjątkiem jest chyba jedynie Lidzbark oraz Nowe Miasto Lubawskie. Podobnie jak na kolei, samorządy przejęły transport publiczny, a dzięki miłościwie nam panującemu Panu Marszałkowi (bez nazwisk, ale wszyscy widzą o kogo chodzi) kolej oraz autobusy w kujawsko-pomorskim „leżą i robią po siebie”.

Zatem dojechać do stolicy województwa warmińsko-mazurskiego jest faktycznie ciężko. No chyba, że będziesz tam po 9, ale to troszkę późno na taką wycieczkę, bo trzeba jeszcze wrócić. Na szczęście ja poradziłem sobie (tu muszę zacytować Joe Cockera, a właściwie to zespół The Beatles, jednak angielski siwobrody zaśpiewał to lepiej niż słynna czwórka z Liverpoolu) „With a little help from my friend”. Czyli mówią prosto i po chrześcijańsku, miałem transport do Iławy na 5 rano, skąd mogłem sobie elegancko podjechać dalej pociągiem. Chciałem podobnie jak wtedy zacząć od dworca zachodniego, ale pokusiły mnie Majtki. Przepraszam, ehhh, znowu bredzę w amoku. Dajtki, chodzi mi o Dajtki. Olsztyn Dajtki. Dzielnica taka. A konkretnie, to nie sama ta nazwa, tylko ścieżka z tego przystanku między torami oraz Jeziorem Kortowskim (tak, to jest to słynne jezioro, nad którym odbywają się według wielu najlepsze w kraju juwenalia, czyli Kortowiada. Ja osobiście podczas swojej studenckiej kariery, ani zaraz po niej, nie miałem przyjemności w nich uczestniczyć, to się nie wypowiem). Wiadomo, że jako miłośnik pociągów, oraz jezior nie mogłem przegapić takiej szansy.

Więc wysiadamy i maszerujmy dalej wzdłuż torów bezimienną ścieżką, która po jakichś pięciuset metrach okazuje się nazywać ulicą Jagiellończyka. Podobnie jak w niedawnej wycieczce do Wejherowa (https://maronwedruje.com/2026/10/22/rozdzial-vii-pesymistyczna-nadrzeczna-kalwaryjska-oszukana-tulaczka-ze-wzgorza-do-wejherowa/), również w Olsztynie mamy do czynienia z osiedlem, można to nazwać „nasienno/kwiatowym”. I podobnie jak w Trójmieście, zapewniam Was, że takich tematycznych „dzielni” będzie dziś jeszcze kilka.

Po następnym kilometrze ulica imienia naszego króla skręca lekko w prawo, krzyżuje się z bocznicą kolejową prowadząca do 2 Regionalnej Bazy Logistycznej i docieramy do szerszej, dwupasmowej arterii, to jest Armii Krajowej. Po drodze, zaraz za torem po prawej stronie mijamy sklep o bardzo interesującej nazwie. Mianowicie brzmi ona „Albo”. Nie wiem czy jest to jakiś skrótowiec, czy właściciele brali jakiś kwas. Albo (słowo klucz) po prostu są niedorozwinięci. Czasami lepiej nie wnikać w szczegóły. W każdym bądź razie bynajmniej, w Internecie można bez problemu znaleźć informacje, że jest to sklep z…. meblami sklepowymi. Taka sklepcepcja. Wchodzisz do sklepu, a tam puste półki. Normalnie komuno wróć.

Ale wracamy z tej komuny. To znaczy w sumie idziemy do przodu, do czasów współczesnych. Przecinamy wspomnianą ulicę Armii Krajowej i wchodzimy na Szarych Szeregów. Po lewej stronie mijamy cmentarz wojskowy. Dalej krzyżując się z I Dywizji Wojska Polskiego, Zawiszy Czarnego oraz Księcia Witolda (bardzo militarno/historyczna dzielnica) docieramy pod Dworzec Zachodni z naszego poprzedniego pobytu tutaj. W tym miejscu, jeśli komuś się nudzi, jest głodny wrażeń i ma czas, to może pomaszerować zgodnie ze wskazaniami „muszelki”, bo prowadzi ona prze Stare Miasto. Ja co prawda miałem troszkę czasu, ale wiedziałem, że czeka mnie długa wędrówka, więc pognałem na skróty ulicami: Nowowiejskiego przez Most Młyński, 11 Listopada oraz Dąbrowszczaków (to znaczy tę ostatnią powinienem pójść, jednak jak to zwykle bywa, zamyśliłem się i musiałem nadłożyć troszkę trasy idąc równoległą doń Kopernika). Wtedy dotarłem do Placu Generała Józefa Bema. Stąd można prosto dojść do Dworca Głównego (warto w tym miejscu wspomnieć, że ów obiekt przeszedł niedawno trwającą grubo ponad pięć lat modernizację i już nie przypomina zasyfiałego, obszczanego bastionu komuny. Kto był przed remontem, ten wie), a my przechodzimy w lewo nad torami Wiaduktem Powstańców Węgierskich 1956, za którym skręcamy wraz z muszelką w prawo w ulicę Marii Zientary-Malewskiej. Przechodzimy przez osiedle Zatorze (która jak sama nazwa wskazuje znajduje się z drugiej strony torów). Później mijamy Osiedle Quatro (nazwa rozwala system) i przez osiedle „owocowe” (to znaczy normalnie byśmy przez nie nie szli, tylko jak zawsze pobłądziłem i zapuściłem się w osiedle domków) wchodzimy do lasu. Ale bynajmniej to jeszcze nie koniec miasta.

Początkowo chciałem całą trasą pokonać tak jak Pan Jezus powiedział, po Bożemu, skromnie za to bez wygód, czyli całość Szlakiem Świętego Jakuba. Jednak z obliczeń wynikało, że będzie to ponad 70 km. Teoretycznie, kondycyjnie może by chłop dał radę, ale gorzej z czasem. Więc musiałem szukać skrótów. Teraz przyszedł czas na pierwszy z nich. Oczywiście wszystko jak zawsze dokumentuję Screenami, żebyście sobie nie pomyśleli, że coś ściemniam. No tak było. Nie zmyślam.

Przeto, tak jak wynika z mapki, omijamy Karolin oraz Zalbki i wędrujemy dalej wspomnianą już wyżej ulicą Zientary-Malewskiej. W sumie nie mam co żałować, bo przy okazji przechodziłem obok (a przynajmniej otarłem się o ślad) dwóch chyba największych i najbardziej znanych zakładów przemysłowych w tym mieście. Wiadomo, klimaty postindustrialne (ale w sumie industrialne również), to jeden z moich koników, o czym mogliście się już przekonać, między innymi tu (https://maronwedruje.com/2025/12/05/szlak-czerwony-kopernikowski-z-grudziadza-do-kwidzyna-albo-jak-kto-woli-w-zoltych-plomieniach-lisci/) oraz tu (https://maronwedruje.com/2026/06/04/rozdzial-v-nadwislansko-muszelkowy-poradnik-speleologiczny/). Pierwszym z takich przedsiębiorstw jest Michelin, czyli dawny Stomil. Wiecie o co chodzi. Producent opon, ten słynny ludzik, z którym to porównują się niektórzy otyli osobnicy. Oraz, co ciekawe, Przewodnik Michelin, który to wręcza gwiazdki najbardziej znamienitym lokalom gastronomicznym na świecie. W sumie nie wiem co ma wspólnego gastronomia z oponami, ale niech tak będzie.




Właściwie tego zakładu nie mijamy, bo leży on prawie pięć kilometrów na południe. Jedynie napotykamy na bocznicę prowadzącą doń. Ale druga firma, działająca w branży spożywczej znajdowała się dosłownie na wyciągnięcie ręki. Najbliżej w sumie był sklep firmowy. Chodzi mi o Indykpol, czyli parówkową krainę.

Poza tym aż do następnej wioski nie spotkało mnie w sumie nic ciekawego. Chyba że można tu zaliczyć roboty drogowe i wahadłowy ruch jednopasmowy, co pozwoliło mi ominąć stojące w korkach samochody.

Dopiero po 11 kilometrach od startu opuszczamy Olsztyn, o czym informuje nas zielona tablica z przekreśloną nazwą. Wchodzimy do Nikielkowa. Na początek sądziłem, że nazwa wzięła się od tutejszych złóż metalu, ale jak się okazuje, były to płonne nadzieje. Po prostu, założycielem był niejaki Mikołaj z Wopów (nie mylić z WOT-ami), co po łacinie brzmi mniej więcej „Nicolao de Wopen”. I czar prysł. Poza tym to wieś jak wieś, nic ciekawego tu nie ma. Warto jedynie wspomnieć, że w 2023 został tu otwarty przystanek kolejowy. Oczywiście mówimy cały czas o linii nr 353. Będzie nam ona towarzyszyć aż do końca dnia. Ale zapewniam Was, że będą też inne. Wszystko wyjdzie w praniu.

Opuszczamy Nikielkowo i udajemy się dalej naszym ukochanym asfaltem na północny wschód. Mijamy Kanał Elżbiety (nie, nie chodzi tu o nieżyjącą już Królową Angielską) i docieramy do Łęgajnów. W mianowniku Łęgajny (nie mylić z Gęgajny, bynajmniej nie chodzi tu o odgłosy wydawane przez gęsi, tylko o targowe powiedzenie „Ile Pan za to gęgasz?”). Typowa nazwa dla tych okolic. Końcówki ”-ajny” i ”-ejny”. Takie trochę staropruskie. Dziś byśmy powiedzieli, że litewskie. No bo skąd Litwini wracają?

Jednak jeszcze przed wsią powraca do nas nasza „muszelka”. Około kilometra wędrujemy zatem razem. Przed stacją kolejową główna droga przechodzi przez tory, a my po betonowych płytach wędrujemy dalej wzdłuż torowiska w stronę peronów. Owa ulica nazywa się Wierzbowa. Stacja w Łęgajnach nie wyróżnia się niczym specjalnym, oprócz tego, że stanowi swoisty skansen. W sensie w dalszym ciągu możemy tu podziwiać czynne semafory kształtowe. Nawet udało mi się uchwycić na zdjęciu podniesione ramię jednego z takowych obiektów. Poza wymienionymi semaforami, mamy tu również do czynienia z naprężaczami zewnętrznymi. Nie wiecie co to jest? Podobne metalowe gunwa przypominające szyby naftowe znajdują się w Radoszkach (https://maronwedruje.com/2025/03/26/wokol-komina-14-naddrweczno-nadbryniczno-nadpissiakowo-dwustuosemkowa-niedzielna-impresja-o-poranku/), albo w Jamielniku (https://maronwedruje.com/2023/07/28/wokol-komina-4-do-jamielnika/). W sensie należy wejść w link i odnaleźć odpowiednie zdjęcie 😀 A wracając, do naprężaczy, to urządzenia mechaniczne scentralizowane pełną parą.


Za stacją przecinamy tory (przy okazji troszkę zostałem wyprowadzony w pole, a właściwie, to sam się wyprowadziłem, gdyż tutejszy prawie kilometrowy odcinek „muszelki” prowadzi dosłownie po miedzy). Na szczęście szybko wróciłem do żywych (w sensie na asfalt) i dotarłem do centrum wsi. Wędrujemy teraz tą samą drogą, która to przeszła na drugą stronę torowiska kilometr wcześniej. Nie wiedzieć czemu owa ulica nazywa się Olsztyńska. No bardzo ciekawe. Może prowadzi ona do Olsztyna?

Ogólnie to wieś nie wyróżnia się niczym szczególnym. Chyba że lubicie Lego, to możecie podziwiać drewniane ludziki, kształtem do złudzenia przypominające te produkowane przez duńską firmę klockową. Wędrując cały czas Olsztyńską, mijamy sklep Dino, po czym przechodzimy obok drogowskazu. Prosto mamy drogę na Bark (bardzo oryginalna nazwa), w lewo do Augustowa, a w prawo z powrotem do stolicy województwa. Co ciekawe, mamy tu do czynienia z drogą krajową nr 16 z Dolnej Grupy (tak, tej koło Grudziądza), przez między innymi Kisielice, Iławę, Ostródę aż do rzeczonego miasta w województwie podlaskim, o którym to Maria Koterbska śpiewała, że noce tam są parne, gorące i zamglone. Posłuchajcie sobie całości na „JuTubie”


Ja oczywiście jak zawsze miałem pecha i trafiłem na roboty drogowe. Ostatnio zdarza mi się to dość często (https://maronwedruje.com/2025/06/12/szlak-czerwony-czarny-niebieski-camino-zielony-zolty-czyli-praktycznie-kazdy-torun-glowny-bydgoszcz-wschod/ oraz https://maronwedruje.com/2026/08/18/red-black-yellow-blue-amber-czyli-wycieczka-osiemnastkowo-nadwislansko-sanatoryjno-katastroficzno-architektoniczna/). Według mapy turystycznej, mój szlak prowadzi poboczem, które akurat było w remoncie. Co prawda, po drodze była tablica zakaz wjazdu, ale no sorry, szlak to świętość. Z resztą w dosłownym tego słowa znaczeniu, no bo przecież to Droga ŚWIĘTEGO Jakuba. Więc Bóg wybaczy mi ewentualne grzechy.


Od tego momentu ponad dwa kilometry prowadzą rzeczonym poboczem. W sumie spoko wyszło, bo widoczki również się zrobiły ciekawe. Mianowicie kolejna miejscowość, a właściwie to miasto, czyli Barczewo znajduje się głęboko w dołku (w sensie, nie że mieszkańcy są zdołowani, przynajmniej nie wyglądali na takich), tylko leży ono poniżej otaczających je terenów, podobnie jak nasza Brodnica. Po dwóch tysiącach metrów napotykamy jeszcze na osadę Wrócikowo i wchodzimy Olsztyńską (co za przypadek) do miasta. Plątaniną ulicy, w sensie na zmianę w prawo oraz w lewo i tak kilka razy, przedzieramy się na drugi skraj miejscowości. Rzecz jasna cały czas prowadzi nas nasza muszelka, więc nie ma spiny, że się zgubimy.


Z Olsztyńskiej skręcamy w Obrońców Warszawy, przechodzimy mostem nad Pisą (jest to dosyć popularna nazwa dla rzeki, dla nas najbardziej znanym ciekiem jest dopływ Rypienicy zwany potocznie Pisiakiem); następnie docieramy ulicą Mickiewicza do czegoś w rodzaju rynku. Jednak dla zmylenie przeciwnika, nie nosi on tej nazwy, tylko „Plac Ratuszowy”. Warto wspomnieć, że stoi tu również Kamień Świętego Jakuba wraz mapą Drogi na terenie Warmii, Mazur i Suwalszczyzny.

Za rynkiem… przepraszam, za Placem Ratuszowym skręcamy w ulicę Smętka (znaczy się, że ktoś jest smętny, czyli może jednak coś być w tym, że ludzie są tu zdołowani). Na szczęście jest ona bardzo krótka i później docieramy do Kopernika, przy której to stoi kościół pw. Św. Anny i Św. Szczepana. Następnie idąc ulicą Nowowiejskiego, po prawej mijamy staw. Początkowo myślałem, że jest on bezimienny, jednak widok wysokiego muru z drutem kolczastym na drugim jego brzegu uzmysłowił mi, że przecież w Barczewie znajduje się tak zwane „Sanatorium dla niegrzecznych”. Stąd nazwa Staw Więzienny. Teraz nabrało to sensu. Zmieniam zdanie. Zdecydowanie mieszkańcy są tu smutni oraz smętni. Dalej po lewej stronie mijamy dawny cmentarz ewangelicki (a właściwie to, co z niego zostało, czyli tabliczkę informacyjną). Troszkę się załamałem, bo liczyłem na więcej, ale cóż poradzisz.


Kolejne ulice, jakimi idziemy to: Kraszewskiego, Lipowa, Słowackiego. Ostatecznie opuszczamy miasto Wiśniową, którą to przechodzimy pod naszą droga krajową nr 16 i wchodzimy do Ruszajen (Ruszajn? Ruszajnów) W każdym bądź razie w mianowniku Ruszajny. Ehhh, kolejna litewska nazwa. Nieubłaganie zbliżamy się do północnego wschodu. Przez wieś przechodzimy ulicą Michała Kajki. A kim był ów Michał Kajka? Takim warmińsko-mazurskim Florianem Ceynową. A kim był ów Florian Ceynowa? Takim kaszubskim Michałem Kajką. No. I czego nie rozumiecie?

Za Ruszajnami zaczyna się mój ulubieny i według mnie najciekawszy i najprzyjemniejszy fragment, mianowicie chodzi o leśny szutrowy dukt. Zero asfaltu, ruch praktycznie znikomy, a dodatkowo cały czas po lewej stronie w mniejszej lu większej odległości linia kolejowa nr 353. Po prostu żyć nie umierać.


Przez lekko ponad siedem kilometrów wędrujemy naszą muszelką, po czym zbaczamy z niej na prawo. W tym miejscu akurat nie chodziło mi o skrót, tylko o jezioro Da…daj. Nie, nie jąkam się w piśmie. Jedynie zdarza mi się czasami w mowie. Jezioro faktycznie nazywa się Dadaj. Jest to dosyć sporej wielkości akwen, ma on 1004 ha (dla porównania, największe jezioro na naszym pojezierzu, czyli Partęczyny z tej wycieczki (https://maronwedruje.com/2026/06/06/25-zryta-zablocona-cicha-biala-zgnila-kuchenna-nadjeziorna-miedzywojewodzka-pobozocielna-trzystapiecdziesieciotrojkowa-serpentyna-skolopendra-wokol-wielkich-parteczyn/) są prawie 3 razy mniejsze, bo zajmują „zaledwie” 324 ha). Jak się okazało, nie przechodziłem bezpośrednio przy wodzie, jedynie prześwitywała mi ona przez zarośla i domki, podobnie jak to miało miejsce rano z kortowskim. No ale coś tam zobaczyłem.


Przechodzimy przez zabudowania wsi Wilimy, po czym wchodzimy do Droszewa. Ale nie dokonujemy tego jakąś tam pierwszą lepszą byle drogą, tylko starotorzem linii nr 224. Obecnie linia jest wykreślona z ewidencji, z prostego powodu, została ona zaorana, czyli fizycznie nie istnieje. Jednak w przeszłości prowadziła między innymi przez Lidzbark Warmiński (nie mylić z naszym Lidzbarkiem Welskim z tej wycieczki https://maronwedruje.com/2024/04/14/wokol-komina-10-linia-208-do-gorzna/) do Korniewa na granicy z Obwodem Kaliningradzkim. Ponad dwukilometrowy odcinek starotorza rozpoczynamy malowniczym wiaduktem pod linią 353, a kończymy na stacji węzłowej Czerwonka. Trochę nietrafiona nazwa, ma raczej pejoratywne zabarwienie. I nie, nie chodzi mi tu o barwę, w sensie, że kojarzy się z kolorem czerwonym, który jest w sumie spoko. Po prostu jest to homonim (kolejna lekcja naszego ojczystego języka – słowo, które ma takie samo brzmienie lub pisownię jak inny wyraz, ale zupełne inne znaczenie). W sensie oprócz wsi, jest to również nazwa choroby. I to nie byle jakiej choroby, bo zakaźnej i prowadzącej do śmierci w przypadku nieleczenia.

W sumie jakby się nad tą sprawą głębiej zastanowić, to jednak ma to jakiś wspólny źródłosłów. Zacznijmy od schorzenia. Jednym z jego objawów są krwiste biegunki. Krew jaką ma barwę, każdy widzi, nie wymaga to jakoś specjalnie wysoce rozwiniętej inteligencji. A jeśli chodzi o miejscowość, to sprawdziłem również niemiecką nazwę i brzmi ona „Rothfließ”. Czyli po prostu, w wolnym tłumaczeniu „czerwony ciek”, albo „strumyk”. Też pasuje. Od „fließen” czyli „pływać” pochodzi również nasze słowo „flisak”. Niestety nie znalazłem tam informacji, czy ten „czerwony strumień”, to krew czy po prostu jakaś dziwnie zmineralizowana woda. Z rubinami czy coś. Możemy się tylko domyślać. Skoro wcześniej był nikiel, to może teraz faktycznie rubin? Z resztą interpretację zostawiam Wam.

No dobra, ale koniec tego filozoficznego bajdurzenia. Wracamy na ziemię. Czy tam na trasę. Docieramy do dworca PKP, jednak przedtem po prawej stronie mijamy wieżę ciśnień. Niby nic szczególnego, normalka przy większych węzłowych stacjach. Jednak w tym przypadku moją uwagę zwrócił inny kolor elewacji na samym dole oraz wymienione okna. Okazuje się, że wieża jest najwyraźniej zamieszkana. Muszę przyznać, że pierwszy raz zetknąłem się z takim zjawiskiem w mojej wędrówkowej karierze. A zaręczam Wam, że przeszedłem już wiele i widziałem w swoim życiu sporo tego typu obiektów. Bardzo łatwo zapamiętać, gdyż adres tego osobliwego „domu” to Czerwonka numer 111.

Z innych rzeczy trzeba wspomnieć, że Czerwonka, podobniej jak wcześniej Łęgajny również jest skansenem kolejowym z „kształtówkami”. I tu też udało mi się uchwycić te zabytki w trakcie pracy. Dochodzimy do drogi krajowej nr 57, gdzie skręcamy w prawo. Jednak wędrujemy nią tylko przez nieco ponad kilometr. Wtedy to skręcamy w lewo według drogowskazów na Zarębiec. Przechodzimy obok stadionu drużyny piłkarskiej LZS Orzeł, występującego obecnie w rozgrywkach warmińsko-mazurskiej klasy „A”. Czyli kilka poziomów niżej niż nasza Sparta Brodnica. Ale paradoksalnie trybuny mają podobnych rozmiarów, albo nawet ciut większe.

Akurat była sobota i pora popołudniowa, a skoro stadion, to mecz. Zatrzymałem się na chwilę w lokalnym sklepie spożywczym, tak zwanej „spółdzielni” w celu uzupełnienia płynów. I tu usłyszałem formę językową, o której sądziłem że występuje duużo dalej na wschód, czyli na Suwalszczyźnie albo na Podlasiu. Ale jak widać (czy raczej słychać), wpływy sięgają troszkę dalej na zachód. Chodzi o słynne „dla” używane zamiast celownika. O co chodzi? Już objaśniam zagadnienie. Jak wiadomo (a jeśli ktoś nie wie, to polecam odświeżyć sobie wiedzę z języka polskiego na poziomie szkoły podstawowej, a konkretnie odmianę przez przypadki: Jak to było? Mianownik – Kto? Co? Dopełniacz – Komu? Czemu? Celownik). No właśnie. W naszych stronach, jak i prawie w całym kraju odpowiada on na pytania „Komu?” oraz „Czemu?”. Ale ludzie z północnego wschodu chcą być fajni i chcą świecić, czy tam błyszczeć. I u nich ten przypadek odpowiada na pytania: „Dla kogo?” i „Dla czego”. Przykłady użycia? Bardzo proszę. Niektóre są nawet w miarę oczywiste, ale inne brzmią dwuznacznie. Zacznijmy od tego pierwszego.

W Brodnicy powiesz „Podoba mi się ta dziewczyna”. A tamuj powiesz „Podoba się dla mnie ta dziewczyna”. U nas mówi się: „Jezu ufam Tobie”. A tam? „Jezu ufam dla Ciebie”. Powyższe zdania są dosyć proste, nie potrzeba wiele tłumaczyć. Ale sprawa ma się inaczej w innych osobliwościach.
Krzyżak powie „Ukradłem ziomeczkowi rower”. Ale na wschodzie brzmi to „Ukradłem dla ziomeczka rower”. Kiedy słyszę taką konstrukcję, to oczyma wyobraźni widzę sytuację, gdzie ukradłem trzeciemu ziomeczkowi rower żeby dać go temu pierwszemu. Czyli zupełnie odwrotne znaczenie. A już najśmieszniejszym przykładem jest „Zrobiłem dla… dajmy na to… Marysi (przepraszam wszystkie Marysie, ale takie randomowe imię przyszło mi pierwsze do głowy, ciekawe dlaczego, hihi) dziecko”. „Zrobiłem dla Marysi dziecko” brzmi tak jakbym zastrugał z drewna jakąś zabawkową lalkę o dziecięcym wyglądzie. Albo skorzystał z usług surogatki. Jednak nasz język jest piękny i ciekawy, nieprawdaż?
Jak dowiedziałem się z czeluści Internetów, owa forma wzięła się z wpływów litewskich, białoruskich oraz ukraińskich. Czyli wiadomo o co chodzi.
No dobrze, ale już na prawdę starczy tych polonistycznych mądrości. Powracamy pod nasz stadion. Zaraz za nim asfalt się kończy, a naszym oczom ukazują się biało czerwone znaki drogowe z kolejno trzema, dwiema i w końcu z jedną kreską. Zgadliście, znowu zbliżamy się do torów. Wcześniej była linia nr 224, a teraz mamy do czynienia z numerem o jeden mniejszym. Ten tor dla odmiany jest używany. Co prawda przez same pociągi towarowe, ale to ma się w najbliższych latach zmienić. Prowadzi przez między innymi Biskupiec Reszelski, Mrągowo, Mikołajki oraz Orzysz do Ełku. Obecnie używany jest tylko początkowy odcinek do Mrągowa (festiwal country), oraz końcowy z Orzysza (wojskowa jednostka karna) do Ełku. A Mikołajki oraz okolice (spory fragment malowniczo prowadzi nad największym polskim jeziorem, czyli Śniardwami) pozostają czarną plamą na kolejowej mapie naszego kraju. Ale jak wspomniałem wyżej, są ambitne plany przywrócenia tutaj przejezdności. Zobaczymy co z tego wyjdzie.
Niedługo za torem dochodzimy do… kolejnego skrzyżowania kolejowo-drogowego, tym razem z naszą ukochaną liną nr 353. Już nie zliczę który to dzisiaj raz, z resztą to mało istotne. Za torami pojawiają się pierwsze zabudowania Zarębca z naszego drogowskazu z Czerwonki. Wędrujemy jeszcze nieco ponad 600 metrów asfaltem, po czym na wysokości przystanku autobusowego wybieramy lekko (a właściwie miejscami nawet bardzo) zarośniętą polną ścieżkę w prawo. Trochę przypomniała mi ona moje stare ścieżki przez zarośla (https://maronwedruje.com/2024/05/31/szlak-zielony-3-kowalewo-jablonowo/ oraz https://maronwedruje.com/2024/05/26/wokol-komina-11-z-okalewka-trasa-prawie-v-ksztaltna-przez-okalewo-i-skrwilno-do-rypina/).

Po dwóch kilometrach, buszującym w zbożu będąc, docieramy wreszcie do upragnionej utwardzonej drogi. To znaczy do troszkę twardszej niż pole i miedza, ale to jeszcze nie asfalt. Tu skręcamy w lewo czyli na północ. Przez Wielką Wólkę docieramy do Kruz, przy okazji przekraczając pięćdziesiątkę. I nie mam tu na myśli wieku, ani jednostki pojemności wódki, tylko 50 km. Zapewniam Was, że po przejściu takiej odległości nie będzie miało dla Was znaczenia dwa czy sześć kilometrów w te, czy wewte.


We wsi skręcamy w prawo, droga prowadzi najpierw łagodnie pod górkę, a następnie stromo w dół (odsłaniając przy tym piękny widok na okoliczne lasy i pola) i po kolejnych dwóch kilometrach docieramy do Górowa. Jeśli ktoś jest skrajnie zmęczony, to ewentualnie tu może zakończyć wycieczkę, gdyż znajduje się tu przystanek kolejowy. Ja jednak postanowiłem jeszcze troszkę sprawdzić możliwości mojego organizmu, a zwłaszcza nóg (w sumie zrobiłem to głównie z powodu ewentualnego prawie trzygodzinnego oczekiwania na pociąg) i powędrować jeszcze 4 kilometry na północ do Kolna. Tam też finalnie dołącza dawno niewidziana przez nas muszelka. Razem wyszło prawie 59 km 😮 Chyba troszkę mnie poniosło…. Po drodze mijamy jeszcze małe Kolno, czyli po prostu Kolenko. Nie mylić z Kolankiem.


Aha, na końcu wpisu rozwiążmy zadanie z pierwszego akapitu, bo niektórzy mogą być ciekawi odpowiedzi.
Dane: Stasiu ma 20 arbuzów. W poleceniu nie ma żadnej informacji, że któreś z jego dziadków nie żyje, ani że nie jest to rodzina patologiczna (w stylu, że tylko trzech ojców albo półtora matki), czyli obstawiamy, że ma dwie babcie i dwóch dziadków.
2 babcie + 2 dziadków = 4 dziadostwa
4 dziadostwa * 2 arbuzy = 8 arbuzów
20 arbuzów – 8 arbuzów = 12 arbuzów
Odpowiedź: Stasiu ma teraz 12 arbuzów
I nie, nie da się tego zadania rozwiązać z całki, ani z rachunku różniczkowego, bo wiem, że niektórzy mogą mieć takie pomysły.


