Wracamy do tego, co Tygryski lubią najbardziej. No dobrze, wiem że nie ma tu żadnego Tygrysa. Tak tylko się mówi. Na pewno są tu jakieś zodiakalne lwy (na przykład ja), więc w sumie te zdanie idealnie pasuje. Bo Wy możecie tego nie lubić, ale ja to ubóstwiam, uwielbiam i w ogóle jaram się jak Żyd w piecu. Czy tam jak ksiądz nowym ministrantem.

Ale generalnie, to o co się rozchodzi? Co ja tak gloryfikuję? Chodzi mi oczywiście o zagmatwane, skomplikowane i enigmatyczne tytuły wpisów ❤

Pierwsza sprawa: dlaczego rozdział, a nie, jak to przeważnie bywa numer? A pamiętacie, jak w zeszłym roku (jeśli ten blog przetrwa trudne czasy, to może będziecie to czytać za kilka lat, czyli żeby uprościć sprawę, nadmienię, że był to 2025 rok) rozpocząłem (chciałem napisać, że popełniłem, ale jeszcze nie jest tryb dokonany, więc można powiedzieć, że cały czas „popełniam” z drobnymi lub większymi przerwami) tworzenie serii „Okołomagistralna Ballada z Węglem, Bursztynem, Ropą i Kontenerem w Tle w Kilku Odsłonach”. Nie będę się zbytnio o tym rozpisywał, odsyłam Was do linku: https://maronwedruje.com/category/okolomagistralne-ballady-z-weglem-bursztynem-ropa-i-kontenerem-w-tle-w-kilku-odslonach/.

Kolejne słowo, to „pesymistyczne”. Czyli inaczej mówiąc: negatywne, pejoratywne. Złe i w ogóle „be be”. Do dupy znaczy się. Ale czemu ta wycieczka jest zła? Bez sensu. Przecież każdy spacerek, to nowe przygody, nowe miejsca, nowe odkrycia. O ludziach nie wspomnę, bo wiadomo jacy oni są. Więc skąd tu ten brak optymizmu? Uspokoję Was. Chodzi wyłącznie o kolor szlaku, czyli czerń. Wiem, że dużo ludzi lubi ten kolor, zwłaszcza jeśli chodzi o ubrania. Ale to nie znaczy od razu, że mają one niekorzystne podejście do życia. Po prostu lubią czerń, na ch… drążyć temat i przypisywać do tego jakieś wielkie filozofie. Pasuje tu idealnie piosenka zespołu The Rolling Stones „Paint it black”.

Nadrzeczna, chyba wiadomo o co w tym biega. Zapewne szlak czarny przebiega nad jakimś potokiem/strumykiem. To się zgadza, ale tylko połowicznie. Z resztą wszystko wyjdzie w praniu.

Kalwaryjska? To również jest w miarę proste. Po prostu po drodze napotkałem… Kalwarię. A jeśli ktoś nie wie co to jest, to albo jest zacofany i niech lepiej wraca pod klosz, tam gdzie jego miejsce, albo ma Internet Explorer. Nie chodzi tu o miasto Kalwaria Zebrzydowska (która skądinąd wzięła nazwę właśnie od takiego obiektu), tylko właśnie o ten… obiekt (przepraszam za powtórzenie). Jest to zespół kaplic, które mają odwzorowywać i symbolizować stacje drogi krzyżowej. Najczęściej są one położone na wzgórzach, żeby symulacja była jak najwierniejsza. Jeśli ktoś jest wierzący, to gorąco polecam.

Pozostaje jeszcze ostatni niewyjaśniony człon, czyli „Oszukana”. No bo tułaczka, to wiadomo. Wędrówka, włóczęga i tak dalej. Chyba nie ma co za bardzo się nad tym rozwodzić. A rzeczone oszustwo, to nic innego jak skrócenie sobie drogi poprzez różnorakie skróty. Muszę się przyznać, że czasami stosuję tego typu sztuczki. Robię to z różnych powodów. Albo uznam, że bliższa droga będzie ciekawsza, niż ta, którą sugeruje mi przebieg szlaku. Albo pogoda się psuje i trzeba jak najszybciej dotrzeć do miejsca docelowego (czytaj schować się pod daszek). Czasami też mi się po prostu nie chce, ale wtedy staram się o tym nie myśleć. W tym przypadku jednak po prostu droga całym szlakiem okazałaby się ponad moje siły, dlatego musiałem troszkę naściemniać.

Jak to jest napisane w biblii? Albo cytując naszego wielkiego Papaja Pancerza: „To jak Pan Jezus powiedział?” „Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych?” Odczytując te słowa jeden do jeden, chodzi tu o to, że ludziom do szczęścia potrzebne jest nie tylko zaspokojenie potrzeb materialnych (takie jak jedzenie, picie i tak dalej); ale również duchowych, emocjonalnych i intelektualnych.

A biorąc pod uwagę tłumaczenie przenośne, czyli takie dostosowane do moich potrzeb; wynika z tych słów, że tak zwane wycieczki „Wokół komina” (które nawiasem mówiąc, bardzo lubię, szanuję i często uskuteczniam, bo sprawiają mi one ogromna frajdę, zwłaszcza faza spontanicznego kombinowania gdzie teraz pójść, jak się okaże, że zaplanowanej na mapce drogi nie ma w terenie) są fajne, potrzebne i w ogóle. Ale czasami trzeba jednak zmienić troszkę otoczenie i poznać inne tereny. Jak pomyślałem, tak postanowiłem. Na co padł mój wybór? Oczywiście na Trójmiasto i okolice. Plan był taki, żeby w cztery dni ogarnąć cztery wycieczki. Rzecz jasna, jak to często bywa, plany są po to, żeby je zmieniać. Udało mi się „zrobić” tylko dwie trasy. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać, że nie ma w tym w żadnym stopniu mojej winy. Zawiniła pogoda, a konkretnie srogie opady deszczu.

Zapytacie pewnie czemu mój wybór padł na Trójmiasto? Z kilku powodów. Przede wszystkim studiowałem tam, więc ma do tego miejsca potężny sentyment. Z tego faktu wynika, drugi powód. Pozostało mi z czasów studenckich dużo znajomości, więc nocleg mam praktycznie za darmo. No i po trzecie, te tereny mają wbrew pozorom bardzo urozmaiconą rzeźbę terenu. Zapewne większości z Was Gdańsk, Gdynia i Sopot kojarzą się z samym morzem, ewentualnie ze starówką i temu podobnie. A przecież zaledwie pięć kilometrów na zachód od Bałtyku wznoszą się wzgórza morenowe wysokie na ponad dwieście metrów! Tak że deniwelacje (w tym poście (https://maronwedruje.com/2026/06/04/rozdzial-v-nadwislansko-muszelkowy-poradnik-speleologiczny/) jest zamieszczona definicja zarówno tego, jak i innych trudnych geograficznych pojęć) są dosyć spore. Nie dość, że morze, to jeszcze góry. Idealne połączenie. Nic tylko wsuwać buty i cytując Kapitana Bombę: „Napierdalać”.

Pozostaje jeszcze kwestia którą trasę wybrać. Poniżej wstawiam mapkę tych terenów. Jak widać, szlaków pieszych jest tu „od *uja i ciut ciut”. Do wyboru, do koloru. Żółty, zielony, czerwony, niebieski, czarny. Ścieżki rowerowe, przyrodnicze, dydaktyczne, konne, windsurfingowe, wędkarskie… Można wymieniać do rana, ale nie ma na to czasu.

Mój wybór padł na błękit i czerń. W planach była jeszcze żółć i kontynuacja błękitu, ale jak już wyżej wspomniałem z naturą nie wygrasz i musiałem się ograniczyć do dwóch dni.

Zatem zacznijmy od czerni. W sumie chronologicznie pierwszy był błękit, ale rozumując logicznie i geograficznie, najpierw należy napisać o „Blacku”. Szlak zaczyna się na przystanku SKM Gdynia Wzgórze Świętego Maksymiliana. Zapewne starsi mieszkańcy tej dzielnicy pamiętają nazwę z poprzedniego ustroju, czyli „Wzgórze Nowotki”. Ale wiadomo, ustawa o dekomunizacji i te sprawy. Do dziś lokalsi śmieją się, używając zlepku tych dwóch nazw i tworząc dziwną nazwę „Wzgórze Świętego Nowotki”. A kim był ów Nowotko? Nie ma co się rozpisywać, zainteresowanych zapraszam jak zwykle w odmęty Internetu.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że skoro jest dużo szlaków różnych kolorów i te kolory bardzo często się powtarzają (w sensie na niewielkim obszarze występuje kilka szlaków w tym samym kolorze), to ktoś sprytnie wykombinował, żeby dla ułatwienia orientacji każdemu szlakowi nadać swoisty przydomek. I tak, nasza czerń nosi zaszczytną nazwę „Szlak Zagórskiej Strugi”. Robiąc tradycyjny rekonesans przed wymarszem, dowiedziałem się, że ma on aż ponad 56 km. Czyli jednak troszkę przy wiele, zwłaszcza biorąc pod uwagę pofałdowanie terenu. Po płaskim może jeszcze dałbym radę, ale nie po pagórkach. (To znaczy wtedy myślałem, że nie dam rady, ale w dniu pisania tego posta mój rekord jest trochę bardziej imponujący, ale teraz nie czas i nie miejsce aby o tym opowiadać). Więc trzeba było wykombinować jakiś skrót. Pomyślawszy o tym, tak uczyniłem. Ale o tym później.

Zatem bez zbędnych formalności i bez zbędnego bajdurzenia wyruszamy z dworca SKM Wzgórze Świętego Maksymiliana. Na początek wędrujemy na zachód ulicą Kielecką. Ale tylko pierwsze 500 metrów, bo potem przy budynku Wyższej Szkoły Administracji i Biznesu odbijamy stromo w lewo. „Stromo” jest tu słowem klucz, bo jak już wspomniałem kilka akapitów wyżej, całe zachodnie połacie Trójmiasta stanowią wzgórza moreny czołowej, także górki są tu spore, a co za tym idzie również przewyższenia. Dla porządku pod koniec wpisu wstawię screena z nachyleniem terenu podczas całej trasy.

Niech Was nie przerazi również fakt, że wszystkie szalki wiją się tu jak sprężyny. W związku, że jest to chroniony teren Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, oznaczenia szlaków są dosyć wyraźne, poza tym znajdują się tu również liczne drogowskazy dla turystów. Także za prawdę powiadam Wam, że na prawdę ciężko tu się zgubić. No chyba że ktoś bardzo chce i mu na tym zależy, to wtedy da radę.

Większość wspomnianego wyżej parku krajobrazowego stanowią tereny leśne. Podobnie jak podczas tej wycieczki. Zatem idziemy wśród drzew, po prawej stronie mijamy nieczynną wieżę widokową (szkoda, że ją zamknęli, bo podobno widoczki są zacne, no ale cóż poradzisz). Po mniej więcej półtora kilometra dochodzimy z powrotem do Kieleckiej oraz do centrum dzielnicy Witomino. Na skrzyżowaniu z ulicą Chwarznieńską wybieramy ulicę na wprost, czyli Wielkokacką. Nazwa bardzo ciekawa, w Gdyni znajduje się zarówno Wielki Kack, jak i Mały Kack. W tej formie brzmi jeszcze w miarę normalnie, ale w przymiotniku budzi śmieszne alkoholowe skojarzenia. To znaczy ściślej mówiąc poalkoholowe.

Po kilkuset metrach mijamy po prawej stronie Skwer Księdza Józefa Mowińskiego, na którym stoi ciekawa rzeźba przedstawiająca Matkę Boską Gdyńską. Dalej główna droga skręca w lewo, ale my zgodnie ze znakami szlaku schodzimy w prawo, ponownie do lasu. Tym razem pod górkę, a z górki. Po mniej więcej ośmiuset metrach przechodzimy wiaduktem pod linią kolejową nr 201. Tak Proszę Państwa, jest to słynna „Dwieście Jedynka”, czyli stara magistrala węglowa. Opisywałem już tę linię kilkukrotnie, z tego co pamiętam to najbardziej podczas tej (https://maronwedruje.com/2025/07/12/rozdzial-iv-od-131-przez-208-do-201/) wycieczki, więc tu nie będę się zbytnio rozpisywał. Napomknę tylko, że obecnie trwają prace renowacyjne polegające między innymi na budowie trakcji elektrycznej oraz wymiany torów. I to praktycznie na całej długości linii! Roboty mają zakończyć się do 2030 roku, co tylko świadczy o ogromie tego przedsięwzięcia. Za torami przechodzimy przez mostek nad Kaczą Strugą (niestety nie uświadczyłem tam żadnych kaczek, więc nie wiem skąd ta nazwa). Za przeprawą szlak skręca w prawo, a następnie ponownie w prawo aby skrzyżować się z kolejną rzeczką o nazwie… Źródło Marii. Troszkę mało trafiona nazwa na ciek, no ale cóż. Widocznie władze nie umieją w nazewnictwo. Obok mijamy również Suchy Zbiornik Retencyjny „Krykulec”, za którym to ponownie skręcamy w prawo. Jeśli ktoś jest lewakiem, to musi mu w tym momencie wyskakiwać niezły gul na szyi. Po kilku kolejnych zakrętach w różnych kierunkach, ponownie przechodzimy pod torami naszej dawnej magistrali. Przepraszam, starej. Bo słowo „dawna” brzmi tak jakby od lat była nieużywana, co rzecz jasna nie jest prawdą. Za kilkaset metrów po raz kolejny zbliżamy się do torowiska, jednak tym razem go nie przecinamy i oddalamy się w stronę tak zwanej cywilizacji.

Oczywiście to też tylko chwilowa sytuacja. Docieramy do skrzyżowania Nowowiczlińskiej z Aleją Kazimierza Jagiellończyka, bardziej znaną po prostu jako Obwodnica Trójmiasta. Nowowiczlińska później zmienia swoją nazwę na Wiczlińska, tam też się udajemy. Jednak nie na długo, bo zaraz na pierwszym rozstaju wraz ze szlakiem wybieramy ulicę Anyżową. Z ciekawostek należy wspomnieć, że mamy tu do czynienia z osiedlem kwiatowo/drzewnym. Oprócz wspomnianej Anyżowej, występuję tu między innymi: Borówkowa, Jarzębinowa, Dziurawcowa, Koperkowa, Jagodowa, Jemiołowa, et cetera. My jednak tylko przez kilkaset metrów podziwiamy te kwiatki, gdyż znowuż wchodzimy do lasu. Po chwili mijamy się z żółtym szlakiem, który kiedyś mam w planach ogarnąć. Następnie wspinamy się dosyć łagodnie pod górkę, by osiągnąć najwyższy punkt dzisiejszego dnia, czyli Krzyżową Górę. Jak sama nazwa wskazuje, na jej szczycie znajduje się pomnik flaminga, hihi. Nie no, taki żarcik. Faktycznie, stoi tam coś drewnianego. Krzyżyk prosty, deska sosnowa. Poprzeczka z olchy. I nie, nie jest to ten słynny krzyż spod pałacu prezydenckiego. Taki sobie po prostu zwyczajny, jakich pełno w całej Polsce, a zwłaszcza na szczytach. Więc w sumie nie wiem skąd taka nazwa wzgórza. Może ma jakieś magiczne moce? Zmienia wodę w wino? Albo leczy kolki bolesne i nagnioty oraz owłosienia? Nie mam pojęcia, może Wy macie jakieś teorie na ten temat. Krzyż raczej też nie boli po tej wspinaczce, bo w sumie nie ma po czym.


W każdym razie, niby jest to najwyższy punkt podczas tej wycieczki (według wszelkich dostępnych źródeł mierzy 188 m.n.p.m), jednak ja jakoś szczególnie tego nie odczułem. Nie dość, że widoczek słaby, bo drzewa zasłaniają, to dodatkowo, podobnie jak w przypadku Dylewskiej Góry z tej wycieczki (https://maronwedruje.com/2025/04/27/szlak-czarny-czerwony-niebieski-z-nowego-miasta-lubawskiego-przez-wzgorza-dylewskie-i-sladami-przedwojennej-linii-kolejowej-do-samborowa/) w ogóle nie czujesz, że (przepraszam za wyrażenie) szczytujesz. Ot, małe, drobne wybrzuszenie.


Ale nie przedłużając, schodzimy z tego wątpliwych walorów wzgórza i niestety albo stety, zależy jak kto woli znowu ocieramy się o cywilizację. Ostatnio mieliśmy do czynienia z osiedlem kwiatowym, a tu znajdujemy się w dzielnicy…pogodowej? (bynajmniej nie pogodnej, bo to zależy od wielu czynników). Astronomicznej? (Nie mylić z „gastronomicznej”, chociaż jestem przekonany, że taka też się gdzieś w Polsce znajduje). Generalnie nazwy same mówią za siebie: Śliska, Droga Mleczna, Jutrzenki, Porannych Mgieł. Z resztą, co ja będę gołosłowny. Podobnie jak w poprzednim przypadku poratuję Was screenem, żebyście sami mogli sobie ocenić. Jedna nazwa szczególnie przykuła moją uwagę i zapadła głęboko w mojej pamięci. Mianowicie chodzi o ulicę Wschodzącego Słońca. Chyba wiecie o co chodzi? A jak nie wiecie, to już ogarniam zagadnienie. Mam tu na myśli klasyczną rockową piosenkę zespołu The Animals o nazwie „The House of The Rising Sun”, czyli w wolnym tłumaczeniu po prostu „Dom Wschodzącego Słońca”. Na pewno ją znacie, a jak nie, to polecam nadrobić braki. Należy tu jednak wspomnieć, że „Animalsi” nie są jej twórcami, gdyż w sumie nie wiadomo kto to tak na prawdę popełnił.


Przechodzimy dalej wśród ciekawych osiedli. Najpierw mijamy „Olimpijskie”, z resztą podobne znajduje się w Gdańsku. A następnie przez „Morskie”/ „Żeglarskie” opuszczamy teren miasta Gdyni i wchodzimy do Koleczkowa. I wreszcie, po ponad dwudziestu jeden kilometrach od Wzgórza Świętego Maksymiliana po raz pierwszy oczom naszym ukazuje się tytułowa Zagórska Struga. No brawo. Lepiej późno niż wcale. Jednak jak się okazuje, gdybym pokusił się o marsz czarnym szlakiem od drugiej strony, to owa rzeczka pokazała by mi się już zaraz na początku. Czyli popełniłem błąd rzeczowy, no ale cóż. Zdarza się nawet najlepszym.

Jak wspomniałem we wstępie, długość całego szlaku mnie przeraziła, w związku z czym postanowiłem sobie troszkę ułatwić życie i pójść na skróty. Idąc normalnie musiałbym schodzić do Rumi, po czym wspinać się z powrotem, a tak poszedłem przez Reszki i Zbychowo. Niestety nie spotkałem tak żadnego Zbigniewa, przynajmniej żaden się nie afiszował z imieniem. Skrót swój oparłem częściowo na czerwonym szlaku, a częściowo na nieoznaczonej ulicy o wdzięcznej nazwie Koński Trakt. I faktycznie, napotkałem tam troszkę klaczy. Za Zbychowem ponownie spotkałem się z moją „czernią”, jednak tylko na mniej więcej dwieście metrów, bowiem jak to często bywa w moim przypadku, idąc zamyślony nie zwracam uwagi na znaki, nie patrzę na mapę, tylko wybieram trasę, którą uznam za bardziej atrakcyjną. A że nie zawsze okazuje się ona tą właściwą, którą powinienem iść, to co ja poradzę. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, dzięki temu zaliczyłem zejście (w sensie stromą drogę w dół, a nie zejście śmiertelne), po czym za chwilę jeszcze bardziej strome podejście. Nie ma to jak lekko popołudniowa gimnastyka.

Wróciwszy na szlak, pognałem dalej przez leśne tereny by po mniej więcej czterech kilometrach nie pamiętam po raz który już tego dnia zobaczyć swoje ulubione torowisko. Jednak tym razem, nie była to już linia nr 201. Przypadkiem, a może nie przypadkiem, linia ta miała następny numer w kolejce, czyli 202. Prowadzi ona z Gdańska Głównego, początkowo na północ przez Sopot, Gdynię, by następnie skręcić na zachód i przez tak zwane Trójmiasto Kaszubskie (czyli Rumię, Redę i Wejherowo) oraz dalej przez między innymi Lębork, Słupsk oraz Koszalin osiągnąć Stargard (nie mylić ze Starogard) Szczeciński. Czyli taki punkt przesiadkowy przed stolicą województwa zachodniopomorskiego. Coś mniej więcej jak Tczew dla Gdańska.



Tu akurat miałem do czynienia z okolicami przystanku SKM Redia Pieleszewo. Jakby ktoś był zmęczony, to oczywiście może już w tym miejscu zakończyć swój trud i wrócić kolejką do domu. Ja jednak idę dalej nie patrząc na przeciwności losu. Po dwóch kilometrach wchodzimy na teren naszego dzisiejszego miasta docelowego, czyli Wejchujowa. Przepraszam bardzo, literówka. Wejherowa oczywiście. A konkretnie do jego dzielnicy Śmiechowa. (Nie mylić ze „Śmieciowa”. Chociaż w sumie… Dobra, nieważne. Nie bądźmy tacy) No faktycznie, boki zrywać. Nie wiem z czego tu się śmiać, zwłaszcza, że znajduje się tu największa w tym mieście nekropolia, czyli po prostu… Cmentarz Śmiechowski.


Wędrując dalej, tylko utwierdzałem się w przekonaniu, że ta „śmieszna” nazwa jest w tym przypadku zupełnie nietrafiona. Najpierw napotkałem Cmentarz Żołnierzy Radzieckich (coś na podobę naszego brodnickiego przy ulicy Świerkowej, tylko ten był troszkę jakby bardziej luksusowy); a na koniec truskawka, czy tam wisienka na torcie (chociaż w tym przypadku bardziej pasowała by oliwka na tarcie) czyli… Kalwaria Wejherowska. No w tym miejscu, to faktycznie uśmiałem się do łez, dosłownie i w przenośni. Wiadomo jak u mnie wygląda sytuacja z wiarą, ale nie omieszkałem przejść się troszkę tymi krętymi uliczkami ze schodami, bardziej w celu zaspokojenia potrzeb kulturalnych, niż duchowych. Mówiąc kulturalnych, mam tu rzecz jasna na myśli konkretnie architekturę.




No ale w sumie, czemu tu się dziwić. Wiadomo, że Kaszubi, Górale i Ślązacy to najbardziej religijni i wierzący mieszkańcy naszego kraju. Wystarczy tu wspomnieć o słynnym „Kaszubskim Harlem Shake” (jak ktoś nie wie o co chodzi, to niech sobie wygoogluje). Kolejną ciekawostką jest fakt, że chyba tylko tu utrzymuje się cały czas dodatni przyrost naturalny. Komentarze i przemyślenia na ten temat zostawiam Wam.



Myślałem, że to już koniec moich dzisiejszych wspinaczek, ale okazało się, że droga szykuje mi jeszcze jedną niespodziankę w postaci ostatniego podejścia. Tak właściwie to szlak oferował jeszcze dwa takowe atrakcje, ale postanowiłem ograniczyć swój spacer do jednego wzgórza. Czerń dalej sobie „kalwariowała”, a ja w sumie tylko zaliczyłem pierwsze cztery kapliczki. Dalej zszedłem przez Park Miejski im. Doktora Aleksandra Majkowskiego, ulice Kościuszki, Sobieskiego, Kopernika oraz 10 Lutego (bardzo ważna data, kto był chociaż raz w Gdyni, to zapewne wie o co chodzi) do głównego dworca kolejowego w mieście.



