Szlak Zielony 4 – „Zielono mi” czyli z Susza przez Prabuty do Kwidzyna

Dzisiaj akurat tytuł banalnie prosty. Dwa słowa. Cztery sylaby. Dziewięć liter. W sensie chodzi mi o słowa kluczowe, bo jest tam kilka innych wyrazów, ale one są raczej zrozumiałe dla wszystkich. Doszedłem do wniosku, że w sumie w nie ma co przedłużać i wydziwiać. Pierwsze Wasze skojarzenie? Pewnie Chłop się zjarał i przeszedł całą trasę na haju. Nic z tych rzeczy.

Z jednej strony zieleń (nie, nie chodzi mi tu o wieś Zieleń z tej wycieczki (https://maronwedruje.com/2026/03/27/dzibuti-lesotho-i-uzbekistan-czyli-blekitem-z-gronowa-i-zielenia-do-zieleni-a-wlasciwie-do-zielenia/) budzi skojarzenia muzyczne. Raczej pozytywne. Piosenka Andrzeja Dąbrowskiego o tytule takim jak ten wpis, nawiązuje do stanu umysłu i pogody ducha. Zielono, wszystko kwitnie, budzi się wiosną do snu. Podobnie zespół Green Day, czyli w wolnym tłumaczeniu po prostu „Zielony Dzień”. Chociaż w tym przypadku też mogło chodzić o różne nielegalne substancje, ale nieważne.

Ale z drugiej strony „Nie mieć zielonego pojęcia o czymś” oraz „Być w czymś zielonym” ma zabarwienie raczej pejoratywne. Chyba nie trzeba tłumaczyć znaczenia. A z nawiązań do popkultury przytoczę jeszcze ostatnie zdanie z pierwszej części filmu Shrek. „A potem żyli długo i było im zielono”. Nie wiadomo czy chodzi tu o rośliny, czy po prostu o barwy głównych „ogrowych” bohaterów? Prawdopodobnie o jedno i drugie.

Ale wracamy dzisiejszego „Zielono mi”. W sumie troszkę ma wspólnego z roślinnością. Zdecydowałem się na taki tytuł z trzech powodów. Po pierwsze, prawie 90 procent trasy prowadziło przez las. A las jaki jest, każdy widzi. Po drugie również tyle samo, albo nawet większy fragment wiódł szlakiem zielonym. A po trzecie, początek miał miejsce w Suszu, znanym nam już z tej wycieczki (https://maronwedruje.com/2025/05/10/szlak-niebieski-zielony-z-ilawy-nad-jeziorakiem-i-innymi-jeziorami-do-susza/). A ta nazwa…. chyba nie muszę tłumaczyć do czego nawiązuje. Jako rzeczownik są to po prostu wyschnięte liście, a jako czasownik radzi nam przedsiębrać pewne kroki.

Zatem docieramy do Susza. Z Brodnicy ciężko się tam dostać, potrzebne są przynajmniej dwie przesiadki. Mi się troszkę pofarciło, bo mnie podwieźli do Iławy, także miałem luzik. Zapewne wspominałem w tamtym wpisie o Suszu, że leży on na ruchliwej linii kolejowej nr 9 Warszawa Wschodnia – Gdańsk Główny. A jak nie, to robię to teraz.

Wysiadamy na stacji, gdzie na pierwszym peronie wznosi się ładny czerwony budynek dworca. Wtedy dotarliśmy tu właśnie od tej strony, a teraz wychodzimy z drugiej . Czyli mówiąc w skrócie – na zachodzie. Ogólnie ten kierunek będzie dzisiaj dominował, jednak póki co idziemy na północ. Ale tylko około ośmiuset metrów, bo we wsi Nipkowie (Wiem, pewnie kusi Was żeby pierwszą literę podmienić na „C”) droga skręca w lewo. Czyli w sumie znowu jak to by powiedzieli Amerykanie „Go West”. Ale znowu na chwilę, bo w centrum wsi wybieramy z powrotem północ. Ową ścieżką w kierunku „góry” mapy wędrujemy około 1,5 kilometra, by znowu (nie wiem już po raz który dzisiaj) skręcić w kierunku zachodzącego słońca. W tym też miejscu wchodzimy do lasu, który to będzie nam towarzyszył przez prawie 30 km. Ale nie uprzedzajmy faktów. Pierwsze 3 leśne kilometry pokonujemy nieoznaczonym szutrowym duktem. Dopiero wtedy napotykamy wspomniany we wstępie zielony szlak.

Tu czas na ciekawostkę. Aplikacja Mapa Turystyczna Wam tego nie powie, ale Mapy.com już tak. Dowiedziałem się stamtąd, że ów szlak nosi nazwę „Napoleoński”. No dobrze, wszystko fajnie, bardzo urocza historyczna nazwa. Tylko co ma wspólnego Wielki (w tym przypadku bynajmniej nie chodzi mi o wzrost, bo jak powszechnie wiadomo, cesarz francuski raczej nim nie grzeszył, chociaż to jest mit, bo jak podają internety, mierzył mniej więcej 169 cm, czyli więcej niż wynosiła wtedy średnia) francuski Napoleon z jakimś, przepraszam za wyrażenie zadupiem na pograniczu Mazur i Pomorza? Okazuje się, że całkiem sporo, bowiem w Kamieńcu Suskim (my akurat dzisiaj nie przechodzimy przez tę miejscowość, ale również znajduje się na tym szlaku) przebywał tam on w 1807 roku i to właśnie tam poznał Hrabinę Marię Walewską. Czyli jego… no jakby to delikatnie powiedzieć…. krótkotrwałą znajomość. Zatem imię dzisiejszego szlaku wzięło się od przelotnego romansu.

Ale wracamy do spraw przyziemnych. Zaraz po dołączeniu do nas „zieleni” przekraczamy granicę województw i wchodzimy do pomorskiego. Kolejne 3 kilometry pokonujemy wijąc się wzdłuż Liwy, którą to rzekę kojarzymy już z „kopernikowskiej” wycieczki Grudziądz – Kwidzyn (https://maronwedruje.com/2025/12/05/szlak-czerwony-kopernikowski-z-grudziadza-do-kwidzyna-albo-jak-kto-woli-w-zoltych-plomieniach-lisci/). Będzie nam towarzyszyć ona praktycznie do samego końca trasy. Po wspomnianych trzech kilometrach wychodzimy z lasu i po lewej stronie równolegle do nas pojawia się coś dziwnego. Ja miałem pewne przypuszczenia, ale dopiero po kilkuset metrach sprawdziłem na mapie żeby się upewnić. Jest to starotorze linii kolejowej nr 232 Jabłonowo Pomorskie – Prabuty. Jak jedziemy pociągiem z Brodnicy do Jabłonowa, to odchodzi ona (a raczej odchodziła, czas przeszły i raczej dokonany) od głównej linii 353 mniej więcej w tym samym miejscu, co nasza 208. A w tym miejscu mamy jej końcowy fragment. Jednak zaprawdę powiadam Wam, że to nie ostatnia zapomniana linia kolejowa dzisiejszego dnia, ale o tym troszkę później.

Wchodzimy do miejscowości Prabuty. Jest to sporej wielkości miasto, mieszka tam około 8 tysięcy ludzi. Oprócz tego znajduje się tam ważny węzeł kolejowy. No właśnie, tu zatrzymajmy się na chwilę.

Kiedyś z tego miejsca tory rozchodziły się w pięciu kierunkach. Obecnie zostały tylko trzy. Główną linią przechodzącą tędy jest oczywiście wspomniana już wyżej „dziewiątka”. Poza tym został jeszcze kierunek zachodni, czyli nr 218. Jest to ta sama linia, którą podniecałem się (przepraszam za wyrażenie, chodzi mi sens historyczny) podczas wycieczki ze Smętowa do Grudziądza (https://maronwedruje.com/2024/06/09/szlak-czarny-zielony-camino-ze-smetowa-dolina-wisly-przez-nowe-do-grudziadza/), gdzie mieliśmy do czynienia ze zrujnowanym mostem kolejowym na Wiśle niedaleko miejscowości Opalenie Tczewskie. Ogólnie to całość przebiegała ze Szlachty do Myślic, była to ponad studwudziestodwukilometrowa odległość. Obecnie jedynym zachowanym i użytkowanym fragmentem jest właśnie ten krótki, bo zaledwie dwudziestokilometrowy odcinek z Prabut do Kwidzyna. Czyli można powiedzieć, że długość skróciła (przepraszam za ten oksymoron) się prawie sześciokrotnie. Na dzień dzisiejszy kursują tędy tylko pociągi towarowe, co nie zmienia faktu, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby jeździły również osobówki. Zwłaszcza, że w roku 2014 z powodu zamknięcia torowego na odcinku Dąbrowa Malborska – Mleczewo, kursował tędy aż jeden! (To znaczy w sumie dwa, bo jeszcze powrotny) pociąg TLK Pobrzeże. Co prawda nie miał on postoju w Kwidzynie, ale odbywał tam postój techniczny ze względu na konieczność oblotu składu. Byl to zaledwie chwilowy epizodzik „pasażerski”, ale jak wyczytuję na różnych forach kolejowych, znowu pojawiają się głosy, aby przywrócić te połączenie na stałe. Dzisiaj dominują tu składy obsługujące kwidzyńską celulozownię.

Dobrze, ale tak szczerze mówiąc, to kogo gówno obchodzi jakaś stara, prawie w całości zaorana linia kolejowa na Wypiździejewie Wielkim? W sumie oprócz mnie, to przypuszczam, że nikogo. Więc po co tak się nad nią spuszczam? Otóż dlatego, że od Prabut praktycznie do końca będzie nas ona prześladować w bliższej lub dalszej odległości. Zatem, jak już wyżej wspomniałem, wzdłuż starotorza linii nr 232 wchodzimy na teren miasta. Zielony szlak przebiega ulicą Lawendową, oraz Kuracyjną, ja natomiast wybrałem alternatywną ścieżkę ulicą Chodkiewicza. Tak że drogą noszącą imię tego słynnego hetmana litewskiego docieramy do Obrońców Westerpaltte, następnie pokonujemy krótki odcinek Jagiełły, by Warszawską, Kwidzyńką oraz Prusa osiągnąć Rynek. Po drodze mijamy Bramę Kwidzyńską, Urząd Miasta oraz Katedrę pw. Św. Wojciecha. Następnie ulicą o wdzięcznej nazwie Jagoty (nie mylić z Jagody, ani tym bardziej z Jazgoty) przez Mazurską i Żeromskiego opuszczamy miasto, a naszym oczom po lewej stronie (niestety nie pasuje tu cytat z filmu Nic Śmiesznego: „Kiedy wjechali na wyniosłość wzgórza, oczom im ukazał się las”, bo po pierwsze nie ma tu póki co żadnego lasu, a my nie wspinamy się, tylko wręcz przeciwnie, schodzimy) ukazuje się jezioro Liwieniec. Od tego akwenu wzięła się nazwa rzeki Liwa. A może odwrotnie? Od rzeki nazwa jeziora? No nieważne. W każdym bądź razie mamy tu do czynienia z tą samą etymologią. Warto tylko wspomnieć tu, że cały zbiornik stanowi faunistyczny (dla niewtajemniczonych – zwierzęcy) rezerwat przyrody. Został on utworzony już w 1967 roku w celu ochrony siedlisk lęgowych między innymi łabędzia niemego oraz mewy śmieszki.

Przechodzimy nieco ponad półtora kilometra w kierunku północnym aż do skraju jeziora. Tam pierwszy raz napotykamy się na naszą linię nr 218, jednak jeszcze jej nie przecinamy. Tor wraz z wiaduktem pod nim zostaje przed nami, a my skręcamy w prawo według drogowskazów na Gąski. Bynajmniej nie chodzi tu o grzyby, ani o ptaki, tylko o miejscowość o tej „ptasiej” nazwie.

Za Gąskami ponownie wchodzimy do lasu i ponownie dzięki Tobie składając, rozdał swoim uczniom… a nie czekaj, to nie ten wątek. Ponownie… Może lepiej brzmi powtórnie. I powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i nieżywych… Ehhh, znowu mam złe skojarzenia, przepraszam. Postaram się mniej zaczytywać się w pierdołach. Znowuż! O, znowuż się z niczym złym nie kojarzy. Zatem znowuż kierujemy się na zachód zielonym szlakiem wśród zielonych liści, oraz igieł drzew, które to czasami przeplatają się z zielenią pól. Jednak tych jest tu zdecydowanie mniej. W momencie publikacji tego wpisu mamy już grubo ponad połowę października, więc raczej w lesie dominuje żółć i czerwień, ale wycieczka miała miejsce w sierpniu, więc wtedy zdecydowanie było bardziej zielono.

Po ponad trzech kilometrach od Gąsek po raz kolejny zbliżamy się do dwieście osiemnastki. To znaczy szlak pozostaje cały czas w odległości mniej więcej dwustu metrów, jednak ja tradycyjnie musiałem go na chwilę zgubić. Co poskutkowało marszem w odległości jakieś dziesięciu metrów od torowiska. Nie powiem, widoczki ciekawe, co jednak nie przełożyło się na jakoś drogi, a właściwie tego czegoś pod moimi stopami, co raczej przypominało wertepy oraz ślady bytowania dzików. Przeszedłem tak prawie półtora kilometra, na szczęście wtedy znaleźliśmy się ze szlakiem bo zachciało mu się przeciąć tor widowiskowym wiaduktem.

Od tego miejsca chwilowo obieramy znowu kierunek północny. Mamy tam rozwidlenie na Szramowo (oczywiście nie jest to te samo Szramowo z okolic Brodnicy, znane nam między innymi z tej wycieczki (https://maronwedruje.com/2024/06/16/wokol-komina-12-sladem-dawnej-linii-kolejowej-nr-251-do-ilawy/), oraz z tej (https://maronwedruje.com/2026/06/03/deutsch-eylau-hoheneck/). Ale jak wiadomo zbieżność nazwisk i nazw (zwłaszcza miejscowości) w tym kraju jest bardzo popularnym zjawiskiem. Dla potwierdzenia tej tezy, dosłownie w odległości niecałych trzech kilometrów od Szramowa, mamy do czynienia z Laskowicami. Taka… sytuacja.

W tym miejscu muszę się przyznać do małego grzeszku i wyspowiadać. To znaczy ogólnie powinienem cały czas wędrować ściśle szlakiem, jednak po przeżyciach związanych z wędrowaniem w błocie, postanowiłem troszkę skrócić sobie drogę. Szlak bowiem wije się w bardzo bliskiej odległości wzdłuż Liwy, ja jednak nie miałem chęci na owe wygibasy i serpentynki. Poszedłem nieco inną prostszą drogą, po czym dotarłem do miejscowości Szadowski Młyn. Jak sama nazwa wskazuje, znajduje się tu stacja kosmiczna, hihi. Z innych interesujących obiektów, stoi tu również Uniwersytet WOŚP. Nie wiem dokładnie czym oni się tu zajmują, chociaż się domyślam. Blisko kilometrowy odcinek pokonujemy drogą wojewódzką nr 524, po czym skręcamy w prawo, ponownie wędrując na zachód. Podobnie jak przez cały dzień towarzyszy nam Liwa oraz linia nr 218. Po kolejnej godzinie wędrówki, czyli mniej więcej po sześciu kilometrach finalnie wychodzimy z lasu i docieramy do Kamionki. Nie chodzi tu o ulicę w Brodnicy, tylko o miejscowość o tej nazwie. W Kamionce napotykamy na wspomniany już gdzieś tam wyżej „kopernikowski” szlak czerwony. Tym razem jest to jego odcinek do Malborka. Przez Mały Baldram (tak, to też jest nazwa miejscowości) wchodzimy na teren Kwidzyna. Dalej ulicą Piastowską mijamy widowiskowy wiadukt (no dobrze, więc że to słowo zostało już wyżej użyte przy okazji innego obiektu tego typu, ale ten na prawdę robi wrażenie). Właściwie jest to bardziej most niż wiadukt. Trochę przypomina podobną konstrukcję nad Lutryną w naszym Jabłonowie Pomorskim. Przy okazji miałem to szczęście, że akurat przejeżdżał tędy skład towarowy z tak zwanymi „szmaciakami”, (jak nie wiecie o co chodzi, to sprawdźcie sobie słownik gwary kolejowej. W internecie jest tego pełno) więc nie mogłem odmówić sobie sfotografowania go oraz wejścia na górę. Jak ktoś zna się na przepisach kolejowych, to wie, że jeśli jeden pociąg opuścił Kwidzyn w kierunku Prabut, to w przypadku blokady liniowej, drugi dopiero może pojawić się na szlaku po dotarciu poprzedniego do najbliższego posterunku zapowiadawczego (czytaj – do kolejnej stacji gdzie jest dyżurny ruchu, czyli w tym przypadku do Kwidzyna. Mówią w skrócie, pomiędzy Kwidzynem, a Prabutami może znajdować się tylko jeden pociąg. Oczywiście mówimy tu o normalnych warunkach, bo jak zawsze są wyjątki). Zatem miałem sporo czasu na sesję zdjęciową.

Po sesji, dosłownie i w przenośni zszedłem na ziemię, po czym kontynuowałem marsz w kierunku stacji PKP. Po drodze zahaczyłem jeszcze o słynny zamek z najdłuższym gdaniskiem w Europie, czego nie uczyniłem rok wcześniej podczas wycieczki z Grudziądza.

Opublikowane przez Maron_wędruje

Pochodzę z Brodnicy w kujawsko-pomorskim, lubię piesze wycieczki po okolicy i nie tylko

Skomentuj