Red/Black/Yellow/Blue/Amber. Czyli Wycieczka Osiemnastkowo – Nadwislańsko – Sanatoryjno – Katastroficzno – Architektoniczna.

Ehhh, znowu jakiś pogmatwany enigmatyczny tytuł. I jak to zawsze bywa, wszystko wyjaśni się w trakcie. Ale najpierw kilka, czy tam kilkanaście zdań wstępu.

Co to jest turystyka, chyba wszyscy wiedzą. Każdy przynajmniej raz w życiu pojechał gdzieś w celu zwiedzania lub odpoczynku. Definicji tego pojęcia jest kilka, ale najbardziej popularna mówi, że jest to świadomy i dobrowolny wyjazd poza miejsce zamieszkania w innych celach niż zarobkowe. Trwa on powyżej jednej doby, ale nie dłużej niż rok.

Jeżeli chodzi o rodzaje turystyki, to jest ich, jak to się ładnie mówi: „Od …uja i ciut ciut”. Najpopularniejszym ostatnimi czasy jest tak zwana turystyka wypoczynkowa. Czyli przysłowiowe „siedzenie na dupie” na plaży. All Inclusive, bar od rana, wszystko pod ręką i te sprawy. Takie rzeczy to nie dla mnie. Ja zdecydowanie jestem zwolennikiem aktywnego wypoczynku. Z tych ciekawszych i mniej znanych rodzajów należy tu wymienić turystykę zakupową, kulinarną, seksualną (nie mówię tu o objazdach po Tivolach czy innych Karczewach, ale na przykład wyjazd do Tajlandii) czy turystykę… śmierci. I bynajmniej nie chodzi tu o to, że ziomeczki jadą sobie gdzieś skoczyć z klifu, czy rzucić się pod pociąg. Mam na myśli zwiedzania miejsc kaźni (patrz Oświęcim), cmentarzy (to akurat o mnie, zwłaszcza ewangelickich) czy miejsc katastrofy (dla przykładu można wymienić tu Czarnobyl).

Są też oczywiście inne rodzaje turystyki, ale o to także wyjdzie w praniu. Zostawmy w tym miejscu te pojęcia i wróćmy do wycieczki. To znaczy najpierw ją zacznijmy, żeby w ogóle było do czego wracać. Jedziemy do Torunia. Pesymiści i maruderzy jak zwykle w tym miejscu powiedzą: „Znowu? Przecież już tam byłeś tyle razy. Ile można”. Otóż można do usranej śmierci. Zwłaszcza, że nie zwiedzam samego miasta, tylko stanowi ono punkt wypadowy. Oczywiście wiadomo, że Toruń sam w sobie też jest warty zobaczenia, znajduje się nawet na liście Unesco. Ale przypuszczam, że każdy był na tamtejszej starówce, więc nie ma o czym się rozpisywać. A jak ktoś nie był, to polecam nadrobić braki. Jak wiadomo „Thorn” (jakby ktoś nie wiedział, to niemiecka nazwa) słynie z pierników, oraz Kopernika. Ale jak powiedziano w jednej z polskich komedii minionego ustroju: „Kopernik była kobietą”, więc ja nie wiem czym się tu podniecać.

No ale wracamy do sedna, czyli do wycieczki. Jak dojechać, chyba nie trzeba tłumaczyć. Bezpośrednio autobusem, albo Arrivką z przesiadką na PolRegio (jeśli kogoś stać, to można też przesiąść się na InterCity) w Jabłonowie.

Ja oczywiście nie byłbym sobą, gdybym był inny (mówiłem Wam już osiem razy, że kiedyś sobie ten cytat wytatuuję?) i nie pokusił się przy okazji Torunia o autopromocję, czyli wiadomo o co chodzi. Z tego nadwiślańskiego grodu szliśmy już w kierunku północno-zachodnim (https://maronwedruje.com/2025/06/12/szlak-czerwony-czarny-niebieski-camino-zielony-zolty-czyli-praktycznie-kazdy-torun-glowny-bydgoszcz-wschod/), południowo-zachodnim (https://maronwedruje.com/2025/11/22/szlakiem-zoltym-czy-aby-na-pewno-z-torunia-do-inowroclawia/) a kiedyś przyszliśmy doń od północnego wschodu (https://maronwedruje.com/2024/05/11/szlak-zolty-5-golub-dobrzyn-torun/). Zatem został kierunek północny (to już wkrótce ogarniemy) oraz południowy. O tym dzisiaj.

Z dworca Głównego (bo jakby ktoś nie wiedział, to jeszcze jest Toruń Wschodni, Toruń Miasto, Toruń Kluczyki, Toruń Czerniewice czy wreszcie słynna „pijarowa” porażka ostatnich lat, czyli Toruń Katarzynka). Skąd takie mocne słowa? Jeśli ktoś tak jak ja interesuje się sprawami kolejowymi, to zapewne wie o czym mówię. Ale jeśli nie, to pokrótce przybliżę Wam te zagadnienie. Podczas remontu linii nr 207 w kierunku Grudziądza wybudowano tam przystanek na osiedlu Jar z nadzieją, że będą z niego korzystać lokalni mieszkańcy. Jednak przystanek leży w sąsiedztwie ruchliwej drogi krajowej nr 91 i nie postarano się o budowę przejścia przez ową szosę. Także nie ma dojścia do stacji, chyba że nielegalnie przez płot i nie po pasach. Jak ktoś chce, to polecam. Ale i tak tam nic się nie zatrzymuje, więc nie ma po co.

I znowu się rozgadałem nie na temat, ehhhh. Z Torunia Głównego udajemy się w kierunku północnym w stronę Wisły, po czym skręcamy w prawo w ulicę Dybowską. Póki co towarzyszy nam czerń, oraz czerwień. W sensie szlaki o tych kolorach. O czarnym będzie jeszcze kiedyś mowa w ramach innej wycieczki, ale to pewnie w przyszłym roku. Bo mam tyle tras zaplanowanych, że mi życia nie starczy. Po kilkuset metrach docieramy do przejazdu z linią 353. Niedaleko zaczyna się też jedyna przeprawa kolejowa w mieście, czyli most imienia Ernesta Adama Malinowskiego. Możecie kojarzyć tego Pana z zaprojektowania słynnej kolei wysokogórskiej w Andach.

Skoro już jesteśmy przy znanych personach, to dowiedziałem się z mapy, że szlak czerwony, którym się poruszam, nosi imię Stanisława Noakowskiego. Niby każdy coś tam słyszał, ale zapewne nikt nie wie kto to był. Więc już tłumaczę. Był architektem, malarzem, historykiem sztuki oraz rysownikiem. Ale skąd tu nagle szlak jego imienia? Bo trasa prowadzi do miejscowości jego urodzenia czyli Nieszawy. Ale samej tej wsi dzisiaj nie osiągniemy, skończymy troszkę wcześniej.

Za przejazdem docieramy do ulicy Rudackiej, którą to maszerujemy jeszcze przez półtora kilometra, gdzie czerń skręca w prawo, a czerwień zostaje z nami. Wkrótce przechodzimy pod mostem Generał Elżbiety Zawackiej, za którym to jeszcze po kolejnych dwóch kilometrach obieramy właściwy kurs, czyli na południe. Cały czas w mniejszej lub większej odległości od siebie mamy linię kolejową nr 18 Kutno – Piła. Zatem mamy wyjaśniony człon tytułu „Osiemnastkowy”. A Wy pewnie myśleliście, że przejdę dzisiaj tylko osiemnaście kilometrów, albo że odbędę wycieczkę z jakąś młodą siksą? A gówno! Nic z tych rzeczy. Do tej linii jeszcze zbliżymy się dziś kilkukrotnie, ale to za chwilę. Najpierw idziemy przez las brzozowy, po czym docieramy do Czerniewic. Od razu widzimy, że życie tu płynie swoim rytmem. W sensie wolniej niż w centrum. Skąd takie wnioski? Mamy tu do czynienia z takimi nazwami ulicami jak: Relaksowa, Spacerowa, Zdrojowa, Wypoczynkowa, Romantyczna czy Ustronna. Jedynie główna arteria, którą idziemy nazywa się Włocławska. Czyli wiadomo dokąd prowadzi. Ale do tego miasta też dziś nie dojdziemy.

Finalnie docieramy do autostrady A1, zwanej też bursztynową, którą to pokonujemy szerokim tunelem. Teraz wędrujemy ulicą Ciechocińską i przez kilka kolejnych kilometrów maszerujemy równolegle ramię w ramię z linią kolejową nr 18, drogą wojewódzką nr 91 oraz ową autostradą. Wszystkie cztery trasy znajdują się od siebie w odległości kilkuset metrów. Mijamy wieś Brzoza (znajduje się tu stacja Brzoza Toruńska, w odróżnieniu od Brzozy Bydgoskiej, która jak sama nazwa wskazuje leży koło Bydgoszczy na linii nr 131). Po kolejnych dwóch kilometrach docieramy do mojego głównego celu tego dnia.

Wspomniałem we wstępie o turystyce śmierci. Właśnie w tym miejscu możemy ją uskuteczniać. Z daleka jest to niepozorny pomnik z głazem narzutowym, krzyżem oraz torem kolejowym wraz kozłem oporowym. O co tu chodzi? Znowu coś z pograniczna prawdziwej sztuki i chuj wie czego? Nic bardziej mylnego. Jest to miejsce katastrofy pod Otłoczynem, czyli następnej stacji na linii nr 18 w kierunku Włocławka. Wydarzyła się ona 19 sierpnia 1980 roku około godziny 4:30 nad ranem. Zginęło wtedy 67 osób, co czyni ją prawdopodobnie największym wypadkiem kolejowym w historii Polski. Mówię prawdopodobnie, bo przed wojną miało miejsce sporo wypadków, ale nie nigdy dokładnie nie ustalono liczby ofiar.

Myślę, że o tym incydencie powiedziano już wszystko, także bardziej zainteresowanych tym zagadnieniem odsyłam do czeluści Internetu. Ze swej strony mogę tylko powiedzieć, że najbliższą prawdzie przyczyną było przemęczenie maszynisty pociągu towarowego, który to był wtedy na służbie już ponad dobę i stojąc na stacji w Otłoczynie zignorował czerwone światło na semaforze, rozpruł rozjazd i ruszył pod prąd (w sensie lewym torem) po nieprzygotowanej drodze przebiegu. Po kilku minutach jechał on tym samym torem, co nadjeżdżający z Torunia pociąg pospieszny do Łodzi Kaliskiej. Dzisiaj użyto by zapewne radiotelefonu, albo radiostopu, ale wtedy jeszcze nie dysponowano taką technologią. Dopiero po tej tragedii zamontowano te urządzenia w pociągach. Z ciekawostek dodam jeszcze, że owy feralny pociąg towarowy był relacji Otłoczyn – Wrocki. Tak. Te same Wrocki w okolicach Brodnicy na linii nr 209, której to stacji wnętrze miałem przyjemność eksplorować (https://maronwedruje.com/2025/07/19/17-sladem-dawnej-linii-kolejowej-nr-209-do-kowalewa/). Błyskawicznie po wypadku, narosły wokół niego legendy i teorie spiskowe. Jedna z nich mówi, że był to sabotaż, to znaczy do pociągu towarowego wsiadła osoba postronna, sterroryzowała załogę i kazała jechać. Druga teoria głosi, że ów pociąg wiózł radzieckich żołnierzy i był to zamach na nich.

Niepisaną tradycją jest, że maszyniści z Bydgoszczy i Torunia przejeżdżający obok miejsca wypadku podają sygnał Rp 1 „baczność”. Czyli po prostu trąbią.

Ale wracamy do żywych. Czyli na szlak czerwony. Zauważyłem pewną tendencję. Za każdym razem, kiedy wędruje trasą nad Wisłą, to zawsze wplątuje się jakieś problemy. W sensie, że albo szlak prowadzi inaczej niż na mapie (tak ja w tym przypadku), albo po jakichś pagórkach czy innych wąwozach (https://maronwedruje.com/2026/06/04/rozdzial-v-nadwislansko-muszelkowy-poradnik-speleologiczny/). Oczywiście tu również nie mogło tego zabraknąć. Na szczęście tylko przez niecałe dwa kilometry, bo potem szlak wraca na elegancki asfalt. Ale co się chłop nakurwował i namęczył, to jego. Wróciwszy na „elegancki” asfalt, dochodzimy do właściwej wsi Otłoczyn. A konkretniej mówiąc dokonujemy tego uliczką o wdzięcznej nazwie „Szlak Bursztynowy”. Troszkę taki przykład megalomanii. Obok mamy co prawda „Autostradę Bursztynową”, ale bez przesady. Po prawej stronie mijamy neogotycki kościół pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa, a następnie docieramy do skrzyżowania szklaków. Nasza czerwień skręca bezpośrednio w lewo do jednego z najsłynniejszych miast uzdrowiskowo-sanatoryjnych w kraju. Tam też dotrzemy, ale to troszkę później. Na liczniku mamy dopiero niecałe 19 km, więc trochę siarą by było zakończyć wycieczkę na tym etapie. Dlatego postanowiłem nieco pokręcić się wokół przysłowiowego komina.

Skręcamy w prawo w czarny szlak. Przechodzimy lekkim łuczkiem przez drogę krajową nr 91, następnie jeszcze większym łuczkiem nad naszą autostradą i po kolejnych trzech kilometrach czerń zaprowadza nas na stację Otłoczyn. To właśnie stąd 46 lat temu, nie wiedzieć czemu feralny pociąg ruszył, powodując opisaną wyżej katastrofę. Jednak dziś klimacik się troszkę zmienił. Ja się posiliłem i poszedłem dalej na południe wzdłuż torów. Za niewiele ponad kilometr napotykamy na swojej drodze bunkry. I to całkiem pokaźną kolekcję. Zapytacie zapewne skąd na takim zadupiu „In the middle of nowhere” tyle tego typu konstrukcji? Za chwilę wyjaśnię.

Wcześniej jednak ulicą Wyspiańskiego wchodzimy do Aleksandrowa Kujawskiego. Nasza czerń skręca w lewo i omija centrum, ja jednak postanowiłem zajrzeć tam na chwilę. Dwa kilometry od powyższego rozstaja po lewej stronie naszym oczom ukazuje się jakiś park. Jest to Park Trojanowskich wraz z Pałacem o tym samym imieniu. Nie mam pojęcia czy są to ci sami Trojanowscy, co nasza słynna aktorka-piosenkarka Izabela, czy to po prostu zbieżność nazwisk. Ktoś jest w stanie to zweryfikować? W parku oprócz wspomnianego pałacu znajduje się również plac zabaw, fontanna oraz dom kultury, mieszczący także kino i informację turystyczną (magnesy zawsze na prospie).

Wychodzimy z parku, skręcamy w prawo w ulicę Dworcową, która nie trudno się domyślić dokąd prowadzi. Nie, nie do żadnego przybytku rozpusty. Jednak po drodze po prawej stronie mijamy kolejny neogotycki kościółek, tym razem pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego. Normalnie w takim przypadku zrobiłbym zdjęcie świątyni i poszedł dalej, ale pech, czy traf (w sumie nie wiem jak to nazwać) chciał, że akurat kiedy przechodziłem chodnikiem, to ze środka dał się słyszeć śpiew organisty: „Przybądźcie z nieba na głos naszych modlitw, mieszkańcy chwały wszyscy święci Boży”. To sobie myślę: „Nie, no nie odpuszczę tej pieśni, zostanę do końca”. I tak upłynął dzień, wieczór i poranek pierwszego dnia. Kurde, znowu te nawiązania biblijno-kościołowe. Przepraszam, postaram się więcej tego nie robić. Tak mi zleciały kolejne trzy minuty.

Po kolejnych kilku minutach docieramy do dworca. Niby kilka torów, ledwo co dwa perony, ale sam budynek jest najdłuższym w Polsce tego typu obiektem. I znowu zapytacie po co ta megalomania? Odpowiedź wiążę się z bunkrami. Otóż w latach budowy stacji, czyli w dziewiętnastym wieku przebiegała tędy granica pomiędzy zaborem pruskim i rosyjskim. Stąd znaczenie stacji było niebagatelne. Po dwóch wojnach światowych budynek stracił swoją funkcję, jednak go nie rozebrano. Niewielki fragment zamieniono na bibliotekę, jeszcze mniejszy zaadaptowano na siedzibę straży miejskiej; jednak większość stoi i niszczeje na naszych oczach. Może kiedyś znajdą się pieniądze na renowację?

Maszerujemy jeszcze kilkaset metrów ulicą Wojska Polskiego, po czym skręcamy w prawo w drogę o dziwnej nazwie Świstucha (nie mylić ze Świntucha). Jak można przeczytać w Internecie, tak nazywa się ta podobno historyczna część miasta. Nie wiem, może lokalsi dużo świszczą i gwiżdżą? Piorun wie. W każdym bądź razie bynajmniej od dworca towarzyszy nam kolejny szlak, tym razem żółty. Świstuchem dochodzimy do skrzyżowania ze Wspólną (Nie, tu nie kręcą tego polskiego tasiemca), którą do opuszczamy teren miasta. Po drodze na skrzyżowaniu z Parkową mijamy jeszcze teren dawnego cmentarza żydowskiego, co upamiętnia charakterystyczny pomnik. Po kolejnym kilometrze nasza żółć krzyżuje się pod kątem prostym z naszą czernią, którą opuściliśmy na północnych rubieżach miasta. Dalej przechodzimy pod „Bursztynkiem” (Który to już raz dzisiaj? Wychodzi, że trzeci, ale jeśli doliczyć powrót w tę i z powrotem pociągiem, to razem naliczyłem sześć operacji tego typu owego dnia).

Kolejne niecałe dwa kilometry pokonujemy drogą bez szlaku. Ale po chwili naprawiamy swój błąd i witamy się z błękitem. Nie wspomniałem również, że obecne dwa kilometry pokonujemy wzdłuż wału przeciwpowodziowego leżącego prostopadle do Wisły. A następne pięć z kolei przejdziemy przy podobnym obiekcie, tylko ten został pobudowany równolegle do rzeki. Także niezły wałek. Po wspomnianych pięciu kilometrach można od razu wejść do Ciechocinka, jednak by było poniżej czterdziestu kilometrów, więc trochę siara. Zatem postanowiłem jeszcze zahaczyć o punkt widokowy na wyspie Kępa Dzikowska. To znaczy punkt widokowy, to troszkę górnolotne określenie. Zwykła nadwiślańska skarpa widokowa. Ze śmiesznych ciekawostek warto dodać, że na drugim brzegu znajduje się taras widokowy imienia Michała Kokota. Jeśli ktoś zna język słowacki, to wie z czego beka.

Wracamy z Kępy i wchodzimy ulicą Traugutta do miasta emerytów. Przechodzimy obok Muzeum Warzelni Soli i Lecznictwa Uzdrowiskowego, następnie przez Park Zdrojowy. W nim to mamy kilka atrakcji, między innymi fontannę Jaś i Małgosia, zegar słoneczny ze znakami zodiaku, kilka większych fontann, Muszlę Klozetową… przepraszam, Koncertową im. Kazimierza Kowalskiego oraz różne dziwne kwiatowe wariacje. Czyli… a z resztą, nie będę gołosłowny, tylko unaocznię Wam to zdjęciami.

Po parku przyszedł czas na główną atrakcję miasta, czyli tężnie. Ale… no właśnie tu, pojawia się problem. Ogólnie stoją tu trzy tego typu budynki, a jak się okazuje tylko jedna działa (w sensie dniu moich odwiedzin była taka sytuacja, może do czasu, kiedy czytacie ten wpis, sytuacja została opanowana). Tak że stwierdziłem, że nie będę przepłacał za coś, co nie działa. Postanowiłem dotrzeć do mojej destynacji, czyli do dworca PKP. Akurat miałem to szczęście, bo załapałem się na słynny pociąg Nieśpieszny Kur(w)acjusz, której to klasy składy kursują od tego roku w ciepłym sezonie. Ten konkretny egzemplarz wybitnie się nie spieszył, bo zaliczył ponad dwie godziny opóźnienia.

Przy tej okazji należy wspomnieć o kolei w Ciechocinku. Do 2011 roku pociągi osobowe normalnie tędy kursowały, po czym ktoś mądry stwierdził, że jednak mu to przeszkadza i ruch zawieszono aż do grudnia 2025 roku; kiedy ktoś jeszcze mądrzejszy doszedł do wniosku, że jednak pociąg by się tu przydał. Niech go Bóg ma w swojej opiece. Jest to bardzo ciekawa linia, ma niecałe 7 kilometrów długości i aż trzy stacje: Aleksandrów Kujawski, Odolion oraz Ciechocinek. A numer jej Czterdzieści i Cztery… A nie czekaj… to nie to. Trochę mnie podziadowało. Linia 44 znajduje się na Śląsku. A ta linia ma numer 245.

Cała trasa. Trochę pokrążyłem i pokółeczkowałem, ale taki był plan. Łączna długość wyniosła 43,5 km.

Opublikowane przez Maron_wędruje

Pochodzę z Brodnicy w kujawsko-pomorskim, lubię piesze wycieczki po okolicy i nie tylko

3 myśli na temat “Red/Black/Yellow/Blue/Amber. Czyli Wycieczka Osiemnastkowo – Nadwislańsko – Sanatoryjno – Katastroficzno – Architektoniczna.”

Skomentuj