Dżibuti, Lesotho i Uzbekistan czyli Błękitem z Gronowa i Zielenią do… Zieleni. A właściwie do Zielenia

„Teraz tego Marona to już do reszty pogrzało. Co on się jakiegoś bezalkoholowego radlerka ożłopał? Czy miał krzywą fazę po trefnym towarze? No co on pierniczy za kocopoły. Jakie Dżibuti, jakie Lesotho? Uzbekistan to jeszcze coś tam kojarzę, to tam gdzie ruskie byli, tylko bardziej wp****u na dół. Ale tamte dwie pozostałe nazwy? Co to w ogóle jest? Takie coś w ogóle istnieje? I jak to się wymawia? Dziubu…. Budziu…. Butidżu…. Ehhh, daj Pan Spokój i idź Pan w uuuj… Idź Pan i rób Pan swoje”

Tak pewnie pomyślał sobie każdy i każda z Was kiedy zobaczyła tytuł tego wpisu. W sumie nie dziwię się, bo dla przeciętnego zjadacza chleba te nazwy nic nie znaczą. Ale to nie wszystko, bo nawet jeśli komuś to coś mówi, to co to ma wspólnego z tematyką tego bloga, który przecież w podtytule ma napisane „Piesze wędrówki po BRODNICY I OKOLICACH”!! Czyżby na Kałasce zamieszkała mniejszość murz… przepraszam, czarnoskóra/negroidalna? W sumie tam by nawet pasowali. Otóż nic z tych rzeczy.

Dżibuti i Lesotho to są co prawda faktycznie kraje afrykańskie, ale wybór akurat tych dwóch państw, oraz dodatkowo Uzbekistanu nie jest tutaj przypadkowy. Idzie bowiem o ich flagi. Chodziło mi o to żeby znaleźć flagę najlepiej u góry niebieską, a na dole zieloną. Ewentualnie od lewej niebieską, a po prawej zieloną. Nie odwrotnie. Bo podczas tej wycieczki najpierw szedłem szlakiem niebieskim, a drugą część (nawet prawie mniej więcej połowę) zielonym. A jako, że jestem geografem, to chyba logiczne, że mam „światowe” skojarzenia. Bynajmniej nie chodzi tu o to, że jestem człowiekiem światowym, bo za takiego się nie uważam. Tylko po prostu mam takie myślenie i lekkie zboczenie zawodowe.

No ale wracając do meritum. Po wnikliwych poszukiwaniach doszedłem do wniosku, że żadna z barw narodowych nie spełnia w stu procentach moich oczekiwań. Jedynie te 3 wspomniane wyżej kraje w jakimś tam stopniu się nadają. może unaocznię Wam to, to sobie dopowiecie. Czy ja to śpiewają Led Zeppelin: „All will be reveaaaaled!”

Flaga Dżibuti. Błękit i zieleń są. Biel symbolizuje…. czystość? Niewinność? Coś takiego by było. A czerwona gwiazda? Jowisz? Związek Radziecki?

Flaga Lesotho. Podobnie jak wyżej, dwa kolory się zgadzają. Biel również występuje. A te dziwne czarne coś? Wyczytałem, że jest to lokalny strój ludowy.

I ostatnia flaga Uzbekistanu. Tu nie dość, że mamy nasze kolory, to jeszcze występują czerwone paski z dwóch stron bieli. Może to krew? A u góry półksiężyc (czyli Ciapa…. Muzułmanie, czyli nic dobrego) oraz dwanaście gwiazd.

To chyba jednak z tej trójki wybieram Lesotho. Najbardziej przemawia do mnie strój ludowy. No bo w końcu moje wędrówki w większości prowadzą przez tereny wiejskie. Więc ludowość i etnografia, czy tam etnologia jak najbardziej tu pasuje.

No dobrze, wszystko fajnie i pięknie, tylko ja jak zawsze rozgadałem się o pierdołach, a moim wierni czytelnicy czekają na konkrety. Czyli po prostu wycieczkę.

Znowu te Gronowo. Już kiedyś tam byliśmy. (https://maronwedruje.com/2025/04/21/szlak-niebieski-zolty-czerwony-z-gronowo-przez-chelmze-do-kornatowa/) Czemu akurat tam zaczynamy? Odpowiedź na to pytanie jest banalnie prosta. Ponieważ przez wieś przebiega niebieski szlak z Chełmży do…. no właśnie. Zaraz do tego dojdziemy. Poza tym, jak już wspomniałem, mieliśmy w tym (w momencie publikacji tego postu, to już w tamtym) roku przyjemność tu przyjechać. Ale stwierdziłem, że trasa stąd do Kornatowa jest taka… jakby to powiedzieć… „samotna” na mapie. Bo w sumie wszystkie inne jakoś się łączą, krzyżują, przecinają, nachodzą na siebie. A ta jedna jest taka wyalienowana, jakby na zadupiu. Problem w tym, że ona wcale nie leży na jakimś odludziu, wręcz przeciwnie, jest otoczona praktycznie ze wszystkich stron przez inne wycieczki. No ale faktycznie, od północy, południa i wschodu zawsze coś tam jest i tworzy coś w stylu zamkniętego „łuku”. Jedynie od zachodu teren pozostaje otwarty, ale to kwestia nadrobienia braków. I nie pytałem jej (w sensie tej trasy) osobiście, ale wydaje mi się, że czuje się z tym źle. Dlatego postanowiłem wysłać ją na terapię do Choroszczy i trochę pomóc jej się ogarnąć życiowo.

Wysiadamy w tym samym miejscu co ostatnio. Czyli na głównym (i w sumie jedynym) przystanku we wsi. Akurat tak się szczęśliwie składa, że leży ono zaraz obok skrzyżowania z rzeczonym niebieskim szlakiem. Wtedy szliśmy na północ w kierunku Kamionek, a dziś pójdziemy na południe do Elgiszewa. Ale to później. Bo czytając o wsi po pierwszej wycieczce, odkryłem, że nieco dalej w kierunku Torunia, czyli na zachód znajduje się to co, ja lubię najbardziej, czyli cmentarz ewangelicki! Więc nadłożyłem troszkę drogi, ale niedużo, bo w sumie wyszły niecałe 2 kilometry. Z przystanku wędrujemy ten krótki odcinek szosą, docieramy mniej więcej do sklepu Dino, przed którym skręcamy w wąską ścieżkę dla pieszych i zawracamy w równoległą do głównej ulicę bez nazwy. Bo ogólnie w tej wsi ulice nie mają nazw. Docieramy z powrotem do szlaku i po lewej widzimy kościół pw. Świętego Mikołaja Biskupa. Dalej mamy słynny zespół szkół, o którym za moich czasów marzyła gimnazjalna wiejska młodzież. Troszkę prawo, troszkę w lewo i dochodzimy do lasu.

Wędrując przez las na południe po dwóch kilometrach docieramy do pierwszej miejscowości na naszej trasie, to jest do Młyńca Pierwszego. Skąd taka nazwa? Już spieszę z wyjaśnieniem. Przez wieś przepływa Drwęca. Na jej drugim brzegu znajduje się Młyniec Drugi. Nie wiem czemu pierwszy jest pierwszym, a drugi drugim, a nie na przykład odwrotnie. Widocznie tak chciał Bóg. Niezbadane są jego opaczności.

W Młyńcu szlak skręca w lewo, a my razem z nim. Poruszamy się teraz wzdłuż rzeki, ale w pewnej odległości od niej. To znaczy na początku, bo potem podchodzimy bliżej. W zasadzie, to szlak prowadzi dalej w oddaleniu, ale my zbliżamy się do wody, żeby usłyszeć szum odwiecznych fal. Jest tam też pole namiotowe, gdzie istnieje możliwość noclegu. Ja oczywiście ze względu na późnojesienną/wczesnozimową porę nie skorzystałem z tej opcji i poszedłem dalej niesiony wartkimi prądami Drwęcy.

Ogólnie to przy powrocie do żywych, znaczy na szlak troszkę się pogubiłem, ale ostatecznie odnalazłem błękit. Bo niby na mapie jest ścieżka powrotna, ale w terenie prezentuje się to troszkę gorzej. Od tego momentu przez mniej więcej cztery kilometry nasza trasa przywodzi mi na myśl wejście żółtym szlakiem do Brodnicy od strony Mszana. Nie widzicie podobieństwa? Bo ja owszem. Po pierwsze – kierujemy się ze wschodu na zachód. Po drugie – wędrujemy wzdłuż Drwęcy. Po trzecie – towarzyszy nam szlak (co prawda innego koloru, ale zawsze). I wreszcie po czwarte – jesteśmy w lesie na podobnej szutrowej ścieżce co tam. Różnica jest taka, że tu na końcu nie mamy miasta, tylko wieś, a konkretnie Elgiszewo. Mówi Wam coś ta nazwa? Wspominam o niej w jednej z poprzedniej wycieczek. Tak, znowu muszę nawiązać do żółtego szlaku i muszelki (https://maronwedruje.com/2024/05/11/szlak-zolty-5-golub-dobrzyn-torun/). Owa trasa prowadzi dokładnie drugim brzegiem Drwęcy. A w tej wsi akurat znajduje się most spinający dwa brzegi, gdzie szlaki się łączą. To znaczy błękit w tym miejscu przechodzi na drugi brzeg do Ciechocina (oczywiście nie mylić z Ciechocinkiem). Tu również zaczyna się zieleń, która teraz będzie nam towarzyszyć prawie do końca wycieczki. Jest to ten sam szlak z trasy Kowalewo – Jabłonowo (https://maronwedruje.com/2024/05/31/szlak-zielony-3-kowalewo-jablonowo/).

Więc kolorem nadziei i lasu kierujemy się dalej na zachód, ale tylko około dwa kilometry, bo potem mijamy Osadę Karbówko (nie mylić z Karbowem) i szlak skręca na północ. Po kolejnym kilometrze docieramy do Okonina (nie mylić z wsią o tej samej nazwie w okolicy Rypina), przechodzimy chwilę drogą wojewódzką nr 569 i dochodzimy nad jezioro o tej samej nazwie. Tam akurat zatrzymałem się na posiłek i podziwiałem z drugiego brzegu kąpiącą się (czy raczej o tej porze roku morsującą) grupę zapaleńców. Podobno warto i jest to dobre dla zdrowotności, ale ja jednak jestem zwierzęciem ciepłolubnym i bym się nie odważył.

Dobra, ale nie czas na głupoty. Po regeneracyjnym posiłki (czyli kanapkach z szynką i dwóch łykach herbatki z termosu) ruszamy dalej. Tu zaczyna się najpiękniejszy jeśli chodzi o kwestie przyrodnicze odcinek wycieczki. Las, same drzewa i inne takie sosny. Napotkałem nawet spore stado sarenek. Przechodzimy obok wsi, a właściwie osady o złowrogo brzmiącej nazwie Franksztyn (trochę się kojarzy z Frankensteinem). Niestety, nie znalazłem w Internecie etymologii tej nazwy, a szkoda.

Chwilę później wychodzimy z lasu i przez Gejowo… Przepraszam Gajewo docieramy do… Ostrowitego. No właśnie. Tylko którego? Jak zapewne wiecie (a jak nie wiecie, to teraz Wam to udowodnię) w okolicy znajduje się kilka miejscowości o tej samej nazwie. Po pierwsze Ostrowite koło Jabłonowa. Tam już byliśmy wielokrotnie, między innymi wtedy: https://maronwedruje.com/2023/07/16/szlak-niebieski-ostrowite-kolo-jablonowa-brodnica/ wtedy: https://maronwedruje.com/2023/11/16/ostrowite-grudziadz/ oraz wtedy: https://maronwedruje.com/2023/07/28/wokol-komina-4-do-jamielnika/). Po drugie Ostrowite koło Rypina. Tam jeszcze nie byliśmy, ale mam w planach odwiedziny, gdyż tam zaczynała się (czy patrząc z innej perspektywy kończyła) wąskotorówka z Brodnicy. No i ostatnie Ostrowite koło Golubia, czyli dawny przystanek na linii kolejowej nr 209. W tym wypadku chodzi o te ostatnie. Przecinamy dawny tor tej linii, tym samym krzyżujemy się z trasą wycieczki starotorzem (https://maronwedruje.com/2025/07/19/17-sladem-dawnej-linii-kolejowej-nr-209-do-kowalewa/). Jednak zanim to nastąpi, możemy zauważyć relikt przeszłości. Albo innymi słowy jak tutejszy zarząd dróg ma wywalone w znaki drogowe. Pociągi bowiem nie kursują tu od 2000 roku, a torów nie ma fizycznie od 2016. Czyli już 10 lat. A tu przy drodze, jak gdyby nigdy nic stoi sobie znak drogowy G-1a. Jeśli ten enigmatyczny opis Wam nic nie mówi, to już spieszę z wyjaśnieniem. Są to charakterystyczne: jeden, dwa albo trzy czerwony pasy na białym tle informujące o zbliżaniu się do przejazdu kolejowo-drogowego. Oczywiście im mniej pasów, tym przejazd jest bliżej. Co ciekawe, tu zachował się tylko znak z trzema pasami, pozostałe dwa nie wiem gdzie wyparowały. Może było za daleko? W każdym bądź razie na dowód załANczam załaANznikiem zdjęcie.

Za dawnym torowiskiem maszerujemy jeszcze około 1500 metrów i naszym oczom ukazują się dwa jeziora. Po prawej jest to Ostrowite. W sumie nie ma tam nic godnego naszej uwagi. Za to po lewej… No to jest ciekawie. Począwszy od samej nazwy, która jest troszkę niecenzuralna (nie wiem czy mnie za nią nie zbanują, ale niech stracę). Jezioro nazywa się Oszczywilk. Dwa słowa. Oszczy Wilk. Albo jak zrobić inwersję, to wyjdzie Wilk Oszczy. Czyli pewnie wilki upodobały sobie tę miejscówkę i urządziły tu latrynę. No dobra, ale nazwa to jedno. Przede wszystkim chodzi mi tu o średniowieczne grodzisko nad samym brzegiem akwenu. A jak grodzisko, to góra. A jak góra, to ładny widoczek. I tak jest w tym przypadku. Tylko należy zejść ze szlaku. Można później się cofnąć do niego, jednak ja oczywiście wybrałem bardziej widowiskowe i niebezpieczne zejście na skróty. Tak zwane „z górki na pazurki”.

Za grodziskiem szlak przechodzi przez osady o nazwie Borek oraz Gapa (ta druga, nie wiedzieć dlaczego, jest szczególnie bliska memu sercu) i wchodzimy ulicą Chopina na teren Kowalewa Pomorskiego. Nią idąc cały czas prosto docieramy do Rynku (a właściwie do Placu 700-Lecia). Na jego końcu szlak skręca w prawo w ulicę 1 Stycznia, którą też biegnie wylotówka w stronę Brodnicy, czyli mówiąc w skrócie droga krajowa nr 15. Jednak ja postanowiłem zrobić takie małe kółeczko i przez ulicę Szkolną, obok Pomnika Ofiar Katastrofy Smoleńskiej (Serio… Dobrze, że nie zrobiłem zdjęcia temu symbolowi docinek i żartów), następnie przez Strażacką dotrzeć do pozostałości po zamku krzyżackim (tak, taki obiekt kiedyś też tu stał. Obecnie pozostały tylko ruiny gdaniska). Jeśli ktoś nie pamięta czym jest gdanisko, to polecam zeszłoroczną (to znaczy w momencie publikacji tego postu jest ona zeszłoroczna, ale w momencie tej wycieczki tegoroczna. Czego nie rozumiecie?) wyprawę z Grudziądza do Kwidzyna (link). A propos Katastrofy Smoleńskiej, przypomina mi się tylko jeden żart i pozwolicie, że pozwolę sobie tu go zamieścić. Właściwie to bardziej mem, ale ja go Wam przeleję na papier. Owo zdjęcie przedstawia obchody rocznicy Katastrofy podczas pandemii. Wiadomo, były to czasy maseczek, dystansu i tak dalej. Ale uczestnicy obchodów, oczywiście nic sobie z tego nie robili. I pod fotografią widniał podpis: „Nieprzestrzeganie procedur podczas obchodów rocznicy wydarzenia spowodowanego nieprzestrzeganiem procedur”. Hihi. Koniec, już można się śmiać.

No dobra, ale nie czas na dygresje. Za gdaniskiem wracamy ponownie na ulicę 1 Stycznia, tym samym zamykając kółeczko. Idziemy dalej około 200 metrów do rozwidlenia ulicy 1 Maja (tu pierwszy, tam pierwszy, ehhh… Daj Pan Spokój….). Ruch jak widać spory, na szczęście przez pierwsze dwa kilometry towarzyszy nam elegancka ścieżka rowerowa. Ale potem, cóż… Znowu nasz ulubiony asfalt. Przez Zapluskowęsy (w Pluskowęsach również byliśmy przy okazji trasy Kowalewo – Jabłonowo), Pływaczewo, oraz Pigżę (w mianowniku Pigża, nie mylić z Pigwa, a tym bardziej z Pizga), wzdłuż torów linii 353 docieramy wreszcie do naszej dzisiejszej destynacji, czyli do Zieleni. Tak, dobrze słyszycie. Nazwa wsi wzięła się od koloru. Jako że byłem tam na początku w grudnia, to ciężko było mi dostrzec jakiekolwiek oznaki tej barwy. Jednak przypuszczam, że wiosną albo latem dałoby radę.

To o tej Zieleni wspomniałem we wpisie z wycieczki z Wąbrzeźna (https://maronwedruje.com/2026/03/11/22-z-wabrzezna-po-prostu/). O braku weny i tak dalej. Więc czas na nadrobienie!

Przepraszam, muszę wyprostować przedostatni akapit, a dokładnie jego końcówkę. Po internetowych konsultacjach, dowiedziałem się, że wcale nie dotarłem do Zieleni, tylko do Zielenia. Jest to rodzaj męski. Ten Zieleń. Myślałem, że może nazwa wzięła się od różnych nielegalnych i zakazanych liściastych substancji do palenia, ale chyba jednak nie. Bowiem (tu cytuję Wikipedię) „Inne historyczne nazwy wsi to: Sellen, Zelen, Seelin, Żelen, Żeleń, Zeleń, Grunenburg.”

Bardzo ciekawe te nazwy. „Sellen” sugeruje pierwiastek, Żelen może oznaczać koleje żelazne (tak, z taką „pociągową” etymologią też się możemy spotkać; polski przykład to Krzyż, gdzie bynajmniej nie chodzi o religię, tylko o skrzyżowanie linii kolejowych; czy rosyjski Żeleznodorożnyj, lub jeśli ktoś woli cyrylicą Железнодорожный). Zelen kojarzy się natomiast z Zełeńskim, czyli też okołorosyjskie klimaty.

No ale najstarsza chyba z tego wszystkiego nazwa Grunenburg sprowadza nas na ziemię. Grun to zielony, a Burg to zamek, więc wszystko pasuje.

A współczynnik asfaltyzacji? 35,74 %. Lekkopółśredni jak to mawiają bokserzy.

Opublikowane przez Maron_wędruje

Pochodzę z Brodnicy w kujawsko-pomorskim, lubię piesze wycieczki po okolicy i nie tylko

Dodaj komentarz