A więc (wiem, że nie zaczyna się zdania, ani akapitu, a tym bardziej całego rozdziału/książki od słów „a więc”, ale jest to celowy zabieg literacki, żeby wzbudzić Waszą czujność i zainteresowanie treścią) 😀 Zatem… A więc…. nadszedł ten marcowy okres w roku, kiedy to śniegi zaczynają się powoli roztapiać (cytując Georga Harrisona z zespołu The Beatles: „I fell that ice is slowly melting”), na dworze zrobiło się ciepło, bo w ciągu dnia temperatury dochodzą do piętnastu stopni. Nieważne, że w nocy nadal jest poniżej zera, ale wiele ludzi poczuło już wiosnę. Oczywiście należy w tym miejscu rozróżnić różne typy wiosny. Podobnie jak w poprzednim wpisie o Bachotku (https://maronwedruje.com/2026/01/04/21-30-na-20-czyli-poznojesienne-albo-przedzimowe-deszczowe-bobrowanko-nad-bachotkiem-i-nie-tylko-bo-jeszcze-inne-sprawy/), gdzie była mowa o zimie i jesieni. Zatem, astronomiczna i kalendarzowa wiosna, to praktycznie to samo, obie zaczynają się mniej więcej 21 marca. A z termiczną to różnie bywa. Definicja podaje, że termiczna wiosna jest wtedy, kiedy średnia temperatura przez kilka dni mieści się w przedziale od 5 do 15 stopni. Oczywiście mowa o stopniach Celsjusza, a nie jakichś tam Farenheitach czy innych Kelvinach. Żyjemy w Europie, a nie w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej.
I tu powstaje mały dylemat. Bo ile to jest „kilka” dni? Czy trzy to już to, czy jeszcze nie? Ciężko to stwierdzić. Mogę tylko powiedzieć, że takie temperatury utrzymują się od tygodnia, więc chyba siedem dób spełnia te kryterium. Żeby udowodnić tę tezę, obliczmy średnią dobową temperaturę, na podstawie podanych wyżej danych. Zatem 15+(-1) = 14. 14/2 = 7. Siedem jak najbardziej mieści się w interesującym nas przedziale więc pasuje.

No ale, ja jak zawsze gadu gadu, pitu pitu, a tu treść czeka. W związku z taką aurą, ja też poczułem chęć rozpoczęcia sezonu 2026, co też uczyniłem. Pozostało pytanie gdzie się wybrać na początek? Najpierw chciałem zacząć od Książek, ale potem jednak postawiłem na Wąbrzeźno. Czemu akurat te dwie miejscowości. Jak ktoś dużo jeździ pociągiem do Torunia, to wie, że od Jabłonowa są to dwie pierwsze stacje w tamtym kierunku. Dalej jest Zieleń (w której byłem pod koniec zeszłego roku, tylko jeszcze wpis nie ukazał się ze względu na brak weny :o. Ale nadrobimy to!). Kolejną stację jest Kowalewo Pomorskie, tu nie trzeba przypominać, byliśmy kilka razy, zwłaszcza podczas przedzierania się starotorzem linii nr 209 (https://maronwedruje.com/2025/07/19/17-sladem-dawnej-linii-kolejowej-nr-209-do-kowalewa/). Więc pozostało Wąbrzeźno i Książki.


Przy okazji przytoczę tu taki suchar, który krąży w mojej rodzinie. Właściwie, to nie suchar, bo ten powinien być śmieszny. Może bardziej anegdotka? Zatem brzmi ona tak: „Są dwa słowa na >Ą<. >Ątróbka< i >Ąbrzeźno<”. Hihihi, boki zrywać. A nie, czekaj…
Jedziemy do Wąbrzeźna wspomnianym wyżej pociągiem z przesiadką w Jabłonowie. I wysiadamy w mieście…. No właśnie. Niekoniecznie w mieście. To znaczy Wąbrzeźno samo w sobie jest miastem, nawet powiatowym; ma ponad dwanaście tysięcy mieszkańców, czyli taki troszkę mniejszy Rypin. Ale chodzi mi o to, że miasto jest oddalone od głównej stacji o około trzy kilometry. Kiedyś istniała linia kolejowa Wąbrzeźno – Wąbrzeźno Miasto, jednak obecnie jest ona przekształcona w ścieżkę rowerową (jak wiemy, jest to dosyć popularne zjawisko ostatnimi czasy). Z ciekawostek warto dodać, że owa linia była pierwszym zelektryfikowanym odcinkiem na ziemiach polskich! Miało to miejsce jeszcze w dziewiętnastym wieku, bo w 1898 roku. Czyli zawsze jakiś prestiż pozostaje. No ale to już niestety historia.

Wysiadamy na stacji i cofamy się w stronę Jabłonowa do przejazdu przez tory. Przechodzimy na drugą ich stronę ulicą Działowskiego. Prowadzą tędy drogi wojewódzkie nr 534 i 548. Ja oczywiście jestem ślepy i ponad siedemdziesiąt procent tego odcinka pokonałem poboczem, nie widząc, że po drugiej stronie jest chodnik. Mijamy tabliczkę z przekreśloną nazwą miasta, dalej sklep Dino, i wraz z towarzyszącym nam szlakiem zielonym skręcamy w trzecią ulicę w lewo. Nosi ona imię Lecha Mączyńkiego. Dalsze dwa i pół kilometra pokonujemy skrajem lasu i docieramy do miejsca, gdzie musimy się rozstać ze szlakiem. Pamiętacie ten punkt? W roku 2024 „popełniłem” wycieczkę z Kowalewa do Jabłonowa właśnie trasą o kolorze zieleni (https://maronwedruje.com/2024/05/31/szlak-zielony-3-kowalewo-jablonowo/). Wtedy postanowiłem skrócić sobie drogę i ominąć Wąbrzeźno kierując się bezpośrednio na wieś Myśliwiec. To jest właśnie to skrzyżowanie, gdzie zaczął się mój skrót. Mijamy to miejsce, idziemy dalej prosto w kierunku wsi Jaworze. Dochodzimy do skrzyżowania z główną drogą, którą wędrujemy, ale tylko chwilkę, bo zaraz skręcamy w pierwszą ścieżkę w lewo. To znaczy nie ścieżkę. Początkowo jest to droga asfaltowa, jednak z czasem przekształca się w szutrówkę. Przez podmokłe tereny (a o tej porze roku, biorąc pod uwagę ilość śniegu, który spadł zimą, wybitnie podmokłe) docieramy wreszcie do ulicy Okrężnej w Książkach. Skąd taka nazwa wsi? Czemu nie Zeszyty, albo inne Gazety czy tam Czasopisma? Szczerze mówiąc nie mam pojęcia. Jak podają czeluście Internetu, niemiecka nazwa brzmiała „Ksionsken”, więc jednak nie chodzi tu o szczególne zamiłowanie ludności do czytelnictwa. Mogę wysnuć tezę, że lokalny właściciel ziemski miał nazwisko podobnie brzmiące. Oczywiście to są tylko moje przypuszczenia i nie dałbym sobie za to ręki uciąć.





Więc zahaczamy o Książki, ale tylko o peryferyjne obszary (nazwa Okrężna nie jest tu przypadkowa). Nie docieramy do centrum, ani do przystanku kolejowego, który znajduje się po drugiej stronie miejscowości. Okrężna krzyżuje się ze Szkolną (szkoda, że nie przy budynku nr 17, pozdro dla fanów uniwersum Kononowicza i Majora Suchodolskiego), a my dalej idziemy prosto w Spacerową. Jak sama nazwa wskazuje, idziemy na spacer, więc wszystko się zgadza. Docieramy do kolejnego już dzisiaj sklepu Dino, który to znajduje się przy głównej arterii, to jest przy Księdza Wincentego Kujawskiego. Skręcamy w prawo i rozpoczynamy najdłuższy tego dnia odcinek asfaltowy (na razie nie będę mówił ile, ale sporo). Na szczęście, jako że to była niedziela rano, to ruch był niewielki. Kierujemy się obecnie na zachód, mijamy Brudzawki (nie mylić z Brudzawami, które znajdują się troszkę bardziej na południe. Czy jak kto woli na „dół”).



Kolejną wsią na naszej trasie są Kruszyny. I przy tej nazwie zatrzymajmy się na chwilę. Bo jest to dosyć ciekawe. Obok Kruszyn są Kruszyny – Rumunki. Chyba nie muszę tłumaczyć etymologii tej nazwy 😮 A troszkę bliżej Brodnicy, znajdują się kolejne miejscowości o podobnych nazwach. Chodzi mi o Kruszyny Szlacheckie oraz Kruszynki. Dzisiaj też będziemy tamtędy przechodzić. Ale nie uprzedzajmy faktów. Najpierw po kilku serpentynach i zawirowaniach docieramy do Wądzynia. Chodzi tu o wieś Wądzyń, która leży nad jeziorem o nazwie…. (Niesamowita sprawa. Dziwne nie?) Wądzyń. I tu wchodzimy również na czerwony szlak znany nam z jednej z pierwszych opisanych na tym blogu wycieczek z Brodnicy do Jabłonowa (https://maronwedruje.com/2023/07/15/szlak-czerwony-brodnica-jablonowo-pomorskie/). Jednak na razie szlak nas nie interesuje, mijamy drogę i idziemy dalej prosto według znaków w kierunku wieży widokowej nad brzegiem jeziora. Widoczek jak zawsze zapiera dech w piersiach. Jak już wyżej wspomniałem, temperatury w ciągu dnia sięgają około 15 stopni, jednak pokrywa lodowa w tym sezonie jest na tyle gruba, że jeszcze sporo jej zalega.





Po zejściu z wieży wracamy na szlak koloru krwi i wędrując na południe docieramy do kolejnej dużej wsi gminnej na naszej trasie, czyli do Bobrowa. Podobnie jak w przypadku Kruszynek – Rumunek, wiadomo skąd wzięła się nazwa (chociaż ja osobiście żadnego bobra nie widziałem). Warto jeszcze wspomnieć, że między Wądzyniem, a Bobrowem po prawej stronie (chyba że idziemy z Bobrowa do Wądzynia, to po lewej) znajduje się jezioro o wdzięcznej nazwie… Marek. Wypływa z niego również rzeczka, nazwana tak samo. Tutaj nie mam pojęcia czym inspirował się Pan „Nazywacz”.


Docieramy do głównego skrzyżowania we wsi, gdzie napotykamy na tabliczkę informacyjną dotyczącą…. Muszelki. Ale zaraz! Chwila! Moment! Czekaj Pan! Skąd w Bobrowie Camino? Przecież każdy wie (a jak ktoś nie wie, to polecam nadrobić zaległości), że owy szlak wchodzi do Brodnicy od strony Tamy Brodzkiej ulicą Świerkową, dalej biegnie Dworcową przez centrum miasta, po czym wychodzi Sądową i obwodnicą w kierunku Szabdy i dalej Mszana. Więc skąd tu nagle takie zboczenie szlaku? Już tłumaczę zagadnienie. Zaraz na skrzyżowaniu stoi kościół. Jak się okazuje, jest on pod wezwaniem Św. Jakuba. A czym jest Camino? Właśnie szlakiem tego Świętego. Więc nic dziwnego, bo jest to po prostu odnoga do świątyni.




Tak że od tego momentu towarzyszy nam czerwień wraz z muszelką. Przechodzimy przez wspomniane skrzyżowanie i na kolejnym skręcamy w lewo. Po prawej stronie mamy skwer poświęcony Janowi Zumbachowi. Kim był Jan Zumbach? Polecam uzupełnić braki. A czemu akurat w tym miejscu takie rzeczy? Bo jak można wyczytać w Internetach, ów polski pilot mieszkał tutaj w latach 1922-1935. Także spędził tu sporo młodzieńczych lat.




Docieramy przed front szkoły podstawowej, gdzie ponownie skręcamy, tym razem w prawo i opuszczamy wieś. Wędrujemy teraz wąwozem, przecinamy wspomnianą wyżej rzeczkę Marek i wchodzimy do lasu. Po kolejnych trzech kilometrach drzewa ustępują miejsca polom, a po prawej stronie naszym oczom ukazuje się charakterystyczny ceglany ołóweczek. To wieża neogotyckiego kościoła pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Grzybnie. Po chwili docieramy do drogi wojewódzkiej nr 543, którą teraz wędrujemy, ale tylko przez niecałe 300 metrów, bo szlak ponownie skręca w przysłowiowe pole. Po kolejnych 3 kilometrach dochodzimy do linii kolejowej nr 208, którą przecinamy i za nią skręcamy w prawo, gdzie docieramy do wspomnianych już wcześniej Kruszyn Szlacheckich. I tu mamy wybór. Można dokończyć wycieczkę szlakiem czerwonym, tak jak wymienionej już tu tasie do Jabłonowa. Ja oczywiście nie byłbym sobą, gdybym poszedł tak samo, więc wybrałem ścieżkę w poprzek do Lisa Młynu. Tym odcinkiem kiedyś też już szliśmy, było to w 2023 roku podczas wyprawy do Brzozia (https://maronwedruje.com/2023/07/24/wokol-komina-2-do-brzozia/).



A z Lisa Młynu chyba nie trzeba tłumaczyć trasy. Szlakiem niebieskim, nad Niskim Brodnem i tak dalej, et cetera, i temu podobne.





Cała trasa. W sumie kształtem przypomina trochę profil terenu 😀 Widać, że dominującym kierunkiem jest wschód. Łącznie wyszło 42,4 km, czyli troszkę więcej niż maraton. Współczynnik asflatyzacji wyniósł 41,59 %, zatem nawet dużo.