Biorąc się za dzisiejszy wpis, doszedłem do wniosku, że niniejsza trasa jest bardzo analogiczna do poprzedniej. Jest dużo wody, jest grodzisko nad wodą, jest też trochę torów (nie tyle co ostatnio, ale zawsze); są też pola i lasy (te występują praktycznie zawsze, ale to inna sprawa) 😀
Wycieczkę rozpoczynamy na ulicy Wczasowej, mniej więcej przy skrzyżowaniu z Jeziorną. Tylko najpierw trzeba tam się dostać. Jak zawsze można to zrobić na dwa sposoby – nudny i ciekawy.
Nudny, jak sama nazwa wskazuje prowadzi znanymi i utartymi ścieżkami. Czyli ulicą Nad Drwęcą (a nie Naddrwęczną jak niektórzy mawiają), dalej przez Rynek, Hallera, Kamionkę, Wiejską, Niskie Brodno do plaży itd.
W związku z powyższym, chyba logiczne, że zdecydowałem się na ciekawszą trasę 😀 Z Lidzbarskiej kładką, również w ulicę Nad Drwęcą, tylko że skręcamy nie w lewo, a w prawo. Następnie znowu w prawo w Ogrodową, która po jakimś czasie zmienia się w wal przeciwpowodziowy. A jak wał, to wiadomo, że znowu woda 😀 Słyszałem różne plotki, że można na wyżej wspomnianej kładce przejść przez barierki, zejść na dół i iść ściśle brzegiem rzeki do wału, ale nie miałem okazji zbadać tego skrótu.
W każdym razie wspomnianym wałem wędrujemy dalej w kierunku wschodnim. Po prawej ręce mamy widok najpierw na dawne zakłady Polmo (obecnie Wasiak SA), dalej na nieczynny tartak oraz zakłady Mikobud, za którymi znajduje się stroma piaszczysta skarpa (niektórzy się tam opalają i kąpią). A po lewej głównie zarośla, jedynie na początku również są przemysłowe zabudowania należące do producenta trumien Cieczki.

Po jakimś kilometrze i trochę wał wchodzi do lasu, zwanego przez lokalsów laskiem miejskim i się kończy. W lewo prowadzą niedawno wybudowane trasy biegowe, gdzie znajduje się też plenerowa siłownia, my jednak idziemy w prawo, dalej w kierunku wschodnim. Mniej więcej po kolejnych 800 metrach mijamy linię wysokiego napięcia, pod nimi prowadzi również ścieżka, w którą skręcamy w lewo. Po krótkiej chwili mijamy po lewej stronie zakłady Socha, a po prawej parking, gdzie jeszcze kilkanaście lat temu docierały autobusy miejskie (ehh, szkoda, że już tam nie jeżdżą). Docieramy do ulicy Świerkowej, którą prowadzi również dobrze nam znany, lubiany i szanowany Szlak Świętego Jakuba (czyli popularna Muszelka). Wędrujemy nim przez krótką chwilę, najpierw mijamy linię kolejową nr 33, dalej po lewej stronie wieżę ciśnień.



Następnie na skrzyżowaniu z lewej strony dochodzi żółty szlak, i my tam skręcamy, mijając linię nr 208, a potem po lewej stronie zakłady SITS (bardzo przemysłowa ta dzisiejsza wycieczka, nieprawdaż? 😀 Zaraz przy zakładzie znajduje się odnoga w prawo, którą wybieramy docierając do Sikorskiego. Tu ostrożnie, bo „ruch jak widzę spory” przechodzimy na drugą stronę. Znajduję się tu całodobowa stacja benzynowa, więc możemy uzupełnić zapasy. Jednak jeszcze przed główną arterią stoi zrujnowany budynek, nie wiem czy przypadkiem nie było tam dawniej restauracji Happy End, czy też było to dalej? Może ktoś mądry się wypowie na ten temat.
Za stacją idziemy dalej prosto w ulicę Strażacką i mijamy zakład Cofresco (już chyba ostatni dzisiaj industrialny element). Na skrzyżowaniu skręcamy w Północną, przy której stoją nowe bloki. Za nimi rozpościera się panorama na las. Później maszerujemy labiryntem ulic. Narcyzowa, Chabrowa, Storczykowa (ostatnio było osiedle „drzewne”, to teraz czas na „kwiatowe”). Finalnie docieramy do Okrężnej, która jak sama nazwa wskazuje okrąża miasto, a właściwie osiedle Karbowo. Docieramy do tej ulicy mniej więcej na wysokości boiska należącego do Szkoły Podstawowej nr 2.


Wędrujemy w prawo do skrzyżowania z Kolejową, za którym nazwa zmienia się na Graniczną. Wybieramy pierwszą drogę w prawo, jest to Ulica Sezamkowa (tak, tak jak ta bajka). Prowadzi ona stromo po górkę, ale warto się nią przejść, bo widoki zapierają dech w piersi. Docieramy do końca i Wąwozową osiągamy Wczasową, czyli prawie nasz punkt początkowy. Został nam mniej więcej kilometr ścieżką rowerową w kierunku północnym.

Jak do tej pory przeszliśmy prawie 9 km, a gdybyśmy wybrali nudną drogę, to było by około 5. Także ładne obejście 😀

Miałem wrażenie, że już nie spotka mnie dzisiaj nic ciekawego. Chodzi mi oczywiście o ekstremalne wrażenia na trasie. Ehh, jakże ja byłem głupi. Wspomnianą na początku ulicą Żeglarską docieramy do jej końca, gdzie według mapy powinno być zejście na ścieżkę nad jeziorem. Oczywiście jak to często bywa, droga w terenie jest zagrodzona i leży na terenie prywatnym. Także trzeba szukać innej alternatywy. Skręcamy w prawo w Kruszczyńskiego i również na jej końcu przedzieramy się przez zarośla i krzaczory. Po jakichś 100 metrach docieramy wreszcie do ścieżki z widokiem na Niskie Brodno. Jednak to nie o tą drogę na chodzi. Nasza destynacja znajduje się poniżej nad samym brzegiem, a przed sobą mamy stromy stok. Jest tylko jeden sposób żeby znaleźć się szybko na dole. Wiadomo jaki.



Różnica wzniesień wynosi prawie 30 m, więc ostrożnie schodzimy na dół. Dobrze, że jeszcze wtedy nie padało, bo mogłoby się to różnie skończyć. Przy okazji schodzenia, a raczej zbiegania przypomniał mi się stary suchar: „Co mówi Obcy schodząc z Mount Everest? No stromo”


A wspomniany deszcz zaczął padać dosłownie po 5 minutach. Dobrze że tylko przelotnie, ale skutecznie obniżył morale. Na szczęście po kolejnym kwadransie przestało. Zatem wędrujemy dalej brzegiem jeziora w kierunku północnym. Po chwili znowu mamy zagwozdkę, bo ścieżka prowadzi w dół nad jeziorem, jednak po chwili się urywa. Trzeba zatem znowu zmienić wysokość (teraz wspinamy się około 50 metrów) do grodziska. Za nim mamy kolejne zejście nad jezioro (tak mądrze prowadzi ścieżka). Od tego momentu jest względnie płasko, trasa przebiega znowu przy wodzie. Jednak po kilometrze jezioro się kończy, widzimy jedynie podmokłe tereny z zaroślami. Leśną ścieżką idziemy do skrzyżowania z drogą na Lisa Młyn – Żmijewo. Znamy to miejsce z wycieczki do Brzozia (https://maronwedruje.com/2023/07/24/wokol-komina-2-do-brzozia/). My jednak dalej niestrudzenie wędrujemy na północ.






Niedługo po lewej stronie oczom naszym ukazuje się jezioro Wysokie Brodno. Dalej mijamy osiedle domków z ładną kapliczką. Pod koniec zabudowań droga skręca w prawo, docieramy zatem z powrotem do przedłużenia ulicy Wczasowej.



Znajdujemy się w Żmijewku, chwilę później wchodzimy do Zbiczna. Mijamy skrzyżowania z ulicą Gniazdkowo i Kwiatową. Po dalszych 2 kilometrach po prawej stronie mamy stację benzynową, a dalej po lewej oryginalny drewniany drogowskaz. Skręcamy tam w lewo w kierunku Foluszka (z resztą ulica nazywa się Pod Foluszek). Po chwili również po lewej stronie mijamy tablicę z nazwą miejscowości Jeleniewo, ale sądząc po tym, że obok jest również napisane „Teren prywatny”, można wywnioskować, że ktoś sobie sam stworzył tę osadę i jest ona niedostępna dla przeciętnego Kowalskiego.




Idąc dalej mijamy dwa małe okrągłe jeziorka, to jest Portek i Czopek, czy tam Czortek i Popek. Znajduje się tam wspomniany Foluszek, który jest repliką średniowiecznego grodu. Można tam przeżyć prawdziwą lekcję historii. Docieramy do niebieskiego szlaku, którym szliśmy na jedną z pierwszych wycieczek na tym blogu (https://maronwedruje.com/2023/07/16/szlak-niebieski-ostrowite-kolo-jablonowa-brodnica/). Rzec można, że ta trasa jest niejako odwrotnością tamtej, bo wszystkie jeziora mijamy przeciwległym brzegiem. Do Ostrowitego, a właściwie z wędrowaliśmy zachodnią stroną Niskiego i Wysokiego Brodna, z kolei teraz wschodnią. W tym miejscu koło następnego akwenu, czyli Jeziora Łąki (które nie wiedzieć czemu niektórzy nazywają Najmówko) trasy obu wycieczek chwilę się pokrywają. Dokładnie to przez 800 metrów (juhu!!! szaleństwo). Po tych metrach szlak niebieski idzie dalej prosto, a my skręcamy w lewo do mostku nad rzeczką, która łączy te wszystkie jeziora. U nas mówi się na nią Struga Brodnicka, a tu na mapach widnieje jako Brodniczka.


Po pół kilometra docieramy do asfaltowej drogi ze Zbiczna do Wichulca przez Sumowo, Najmowo itd. Na szczęście nie maszerujemy twardą nawierzchnią, równolegle biegnie ścieżka rowerowa. Jednak droga ta towarzyszy nam dosłownie chwilkę (około 200 metrów), bowiem potem wchodzimy na drogę wzdłuż kolejnego jeziora, jak do tej pory największego na naszej trasie. Jest to Sosno, nad którym jak sama nazwa rosną… sosny.





Muszę w tym miejscu nadmienić, że planowałem dotrzeć do Lipinek, które znajdują się między Ostrowitem, a Biskupcem. Jednak wyszedłem za późno żeby zdążyć na pociąg, a dodatkowo znowu zaczął dokuczać deszcz, więc postanowiłem troszku skrócić trasę.

Jednak jeszcze kilka kilometrów wzdłuż Sosna przebiega zgodnie z planem. Ten brzeg jest zdecydowanie bardziej dziki i zarośnięty, w odróżnieniu od drugiego, gdzie znajdują się liczne domki letniskowe. Przy okazji mamy tu również dwa półwyspy, gdzie śmiało można wejść, jeśli komuś mało jeziornego powietrza. Pod koniec akwenu w wersji do Lipinek poszlibyśmy dalej prosto na północ nad Mieliwo i tak dalej, jednak teraz przechodzimy przez mostek nad nienazwaną rzeczką, za którym skręcamy w lewo. Teraz ścieżka prowadzi wzdłuż cieku, znowu mamy wąwóz, ale nie aż taki jak przedtem.

Pod prąd biegu strumienia docieramy do miejsca, gdzie wypływa on z ziemi, tam spotkałem też sporą ławicę rybek, które prawdopodobnie przypłynęły tu na tarło. Po dalszych kilkuset metrach docieramy do Godziszki. Jeśli ktoś kiedyś szedł na pielgrzymkę do Wardęgowa, to zna dobrze tę miejscowość, bo tu zawsze jest postój na kanapeczki i inne pierdółki.



Ostro w prawo mamy drogowskaz na Górale, my idziemy również w prawo, jednak zdecydowanie bardziej łagodnie. Droga asfaltowa po chwili zamienia się w szutrową (na szczęście), a po prawej stronie „gdzie przydrożny Chrystus stał” możemy dać odpocząć nogom na ławeczce. Jako i ja uczyniłem.


Od tego momentu maszerujemy prosto na zachód „jak w mordę strzelił”. Trochę lasu, trochę pola, trochę zabudowań (tym razem należących do wsi Tomki) i docieramy do skrzyżowania. Wybieramy opcję w lewo, zaraz za rozstajem stoi stary ceglany budynek, prawdopodobnie jest to dawna szkoła. Jeszcze kilometr i na kolejnym skrzyżowaniu skręcamy w prawo. To już Konojady, czyli nasz cel. Znamy tę wieś z wycieczki do Jamielnika (https://maronwedruje.com/2023/07/28/wokol-komina-4-do-jamielnika/). Ostatnie dwa kilometry pokonujemy chodnikiem przy drodze wzdłuż toru kolejowego linii 208. Za ostatnim już dzisiaj skrzyżowaniem z kapliczką widzimy nasz punkt docelowy, czyli dawną stację kolejową, a obecnie przystanek Konojady.


Łączna długość trasy wyniosła niecałe 32 kilometry. Czyli taka raczej rozbiegówka dla dzieci.

Jedna odpowiedź na “15. Pod górkę i z górki, przez wąwozy i nad kilkoma jeziorami do Konojad”