23. Do Rypina. Tylko trochę dalej i nieco inaczej

Rypin. Dla nas brodniczan jest to miasto-instytucja. Owiane legendą i tajemnicą, zawsze było obiektem drwin i żartów. Jeśli ktoś mieszka w naszej okolicy, to na pewno zna źródło tych docinek. Jak zwykle w takich przypadkach bywa, ma to podłoże historyczne, gdyż przez wiele lat między miastami przebiegała granica zaborów. Rypin należał do „Kongresówki”, czyli Imperium Rosyjskiego, a Brodnica do Zaboru Pruskiego. Stąd oni dla nas są „Antkami”, a my dla nich „Krzyżakami”. Z tego powodu wzięły się dowcipy i suchary o przejściu granicznym w Gorczenicy, o konieczności posiadania paszportu przy wycieczce na południe i tak dalej. Dużo by wymieniać, ale nie czas i miejsce. Granicy już nie ma już ponad sto lat, lecz w ludziach dalej zostało tradycyjne uprzedzenie. Mnie osobiście śmieszą te animozje, uważam, że nie ma co oceniać człowieka po miejscu urodzenia. Bo przecież jaki on miał wpływ na to że jego mamie akurat się w tym momencie i w tym miejscu zachciało rodzić? No chyba, że żaden.

Dobrze, to tyle tytułem wstępu. Z Brodnicy do Rypina jest mniej więcej coś koło 25 km. Mniej więcej, bo zależy z którego miejsca liczymy i gdzie konkretnie się wybieramy. Mowa tu oczywiście o najbliższej możliwej trasie, to jest drogą wojewódzką nr 560 przez Gorczenicę i Osiek. Oczywiście, że można się przejść tamtędy, zwłaszcza, że północnym odcinkiem do Osieka prowadzi elegancka ścieżka rowerowa z całą infrastrukturą towarzyszącą. Mam tu nam myśli, ławeczki i śmietniki. Warto dodać, że również od Rypina w naszą stronę jest planowana taka inwestycja.

No ale, jak wiadomo, dla mnie wycieczka 24 km, to jest jak splunięcie. Mógłbym wrócić tą samą trasą, ale jak wiecie, staram się tego unikać. A po drugie, odcinek ścieżki rowerowej mam już ogarnięty, co też opisuję w jednej z pierwszych wycieczek na tym blogu (https://maronwedruje.com/2023/07/23/wokol-komina-1-do-osieka/).

Dlatego postanowiłem troszkę tę trasę sobie wydłużyć. Troszkę, a konkretnie prawie dwukrotnie.

W tym miejscu włącza się niejako moja niekonsekwencja i brak profesjonalizmu. Bo jak wspomniałem dwa akapity wyżej, staram się unikać chodzenia dwa razy tą samą trasą. A z drugiej strony, przeglądałem niedawno kilka moich pierwszych wpisy na tym blogu i uważam, że nie spełniają one moich oczekiwań. Po prostu są za krótkie, mało szczegółowe i mają za mało zdjęć. Wynika to z dwóch faktów. Po pierwsze, wpisy te tworzyłem nie bezpośrednio po wycieczkach (tak najlepiej robić, póki człowiek jeszcze wszystko pamięta, bo przypominanie sobie szczegółów, zwłaszcza w moim wieku, potrafi być trudne). A po drugie (nie wiem czy już kiedyś o tym wspominałem czy nie) mój blog pierwotnie nie miał być blogiem, gdyż na początku wstawiałem kilkanaście zdjęć z każdej wycieczki na Instagrama wraz z krótkim opisem. Tylko jak się później okazało, strona ta ma ograniczoną ilość znaków, a ja lepiej umiem w „pisanie” niż w „fotografowanie”, przynajmniej tak mi się wydaje. I przez ten fakt czułem się ograniczony na „Insta”, więc postanowiłem założyć bloga. Co też czynię do dzisiaj, ku uciesze moich wiernych czytelników (mam nadzieję :D).

A jeśli jeszcze ktoś narzeka, że jakaś trasa się powtarza, to powiem tak. Ciężko wydostać się z buta z Brodnicy w taki sposób, żeby zawsze to robić inną drogą. Zatem w ostatnim poście (https://maronwedruje.com/2026/03/11/22-z-wabrzezna-po-prostu/) było niejako powtórzenie, przynajmniej częściowe wycieczki do Jabłonowa czerwonym szlakiem (https://maronwedruje.com/2023/07/15/szlak-czerwony-brodnica-jablonowo-pomorskie/). A dziś będzie… Z resztą co Wam będę bajdurzył, zobaczycie sami.

Wyruszamy ulicą Lidzbarską, potem skręcamy w lewo na Boczną koło działek i przez tor świeżo wyremontowane linii kolejowej nr 33. Za koleją wędrujemy dalej prosto w kierunku północno-wschodnim i docieramy do jednego z najbardziej charakterystycznych punktów na tym blogu. Mówię tu oczywiście o wieży na Bobrowiskach z widokiem na Bagienną Dolinę Drwęcy. Jest to jedna z tych miejscówek, gdzie jest pięknie o każdej porze roku. Ale najładniej (a przede wszystkim najgłośniej) robi się teraz, w okresie późno-zimowym i wczesno-wiosennym, kiedy ptaki przylatują do swoich siedlisk lęgowych.

Ile razy byłem na tej wieży? Nie zliczę. Na tym blogu jest na pewno opisana i wspomniana tu: https://maronwedruje.com/2025/03/26/wokol-komina-14-naddrweczno-nadbryniczno-nadpissiakowo-dwustuosemkowa-niedzielna-impresja-o-poranku/ oraz tu: https://maronwedruje.com/2023/07/15/szlak-zielony-gorzno-brodnica/.

Pragnę skupić się zwłaszcza na tym drugim wpisie i na szlaku koloru lasu i nadziei. Od wieży wędrujemy dalej w tym samym kierunku aż do charakterystycznej kapliczki na skrzyżowaniu. Tam oto natrafiamy na wspomniany szlak. W lewo doszlibyśmy do Tamy Brodzkiej, jednak teraz skręcamy w prawo. Mijamy Nowy Dwór, kilkukrotnie pokonujemy tor linii nr 208 (znowu są tworzone jakieś petycje o przywrócenia tędy ruchu osobowego, ale osobiście nie wiem co z tego wyjdzie). Po ostatnim skrzyżowaniu z torowiskiem skręcamy wraz ze szlakiem na południe w kierunku Grążaw. Kilkaset metrów idziemy chodnikiem wzdłuż drogi wojewódzkiej nr 544, po czym dalej przy cmentarzu przez liczne wąwozy i wzgórza, oraz most na rzece Pissa docieramy do Miesiączkowa. Po minięciu wsi wędrujemy dalej zielenią w kierunku Zaborowa, jednak nie docieramy tam. Wcześniej skręcamy w prawo, później znowu w lewo, by dotrzeć do szosy Miesiączkowo – Górzno. Tu jednak pora kolejny mamy asfalt tylko chwilę i znowu skręcamy w prawo i w lewo. Ulicą Cmentarną wchodzimy do pierwszego dziś miasta, czyli do Górzna. Jak sama nazwa wskazuje (ulicy, nie miasta), znajduję się tu cmentarz. A właściwie dwa, bo poza katolickim jest również ewangelicki. W sensie ten poniemiecki jest najpierw, tylko trzeba uważać, bo łatwo go ominąć. Prowadzi doń ostra droga pod górkę. Co ciekawe, obie nekropolie nie są w ogóle oddzielone żadnym płotem ani murem. Po prostu nagle jeden przechodzi w drugi.

Dalej idziemy z górki (w końcu Górzno) do skrzyżowania ulicy Cmentarnej z Polną, 3 Maja oraz Kościuszki. Tam skręcamy w prawo. Znaczy ogólnie mój plan był taki, żeby iść prosto i później przed Stodolną trafić na ulicę Świętego Floriana. Ale musiałem zmienić trasę, bo rano tak się spieszyłem i podniecałem wyjściem, że zapomniałem wziąć żarcia… A wiadomo, że nie będę się cofał, więc musiałem zajść do Dino po pokarmy maści wszelakiej. W tym wypadku padło na pączki.

W sumie dobrze, że musiałem zajść do sklepu, bo dzięki temu odwiedziłem tereny rekreacyjne Wisiałki. Skąd taka nazwa? A skąd się wzięło Wzgórze Wisielców albo Góra Szubienicza? Chyba nie trzeba tłumaczyć etymologii. Ogólnie byłem pozytywnie zaskoczony, że w naszym małym podbrodnickim Górznie zaadaptowano tak ciekawie miejsce pod tereny rekreacyjne i mogę z czystym sumieniem polecić tę lokalizację. Jest tam plac zabaw, tereny zielone i nawet dwa zbiorniki retencyjne, które łączy rzeczka.

No ale dobrze, było fajnie i sielsko anielsko, ale czas iść dalej. Przez mostek, ulicę Księdza Śmigockiego oraz drugą, nazwaną imieniem Stanisławy Walasiewiczówny (Jej postać to temat na osobną historię, ale to może innym razem) docieramy do wspomnianej wyżej ulicy Świętego Floriana. Prowadzi ona równolegle do Freta, którą kiedyś przyszliśmy z Działdowa od strony wsi Karw (https://maronwedruje.com/2024/04/14/wokol-komina-10-linia-208-do-gorzna/). Nawet owa ulica jest prawie cały czas widoczna, gdyż odległość między nimi jest stosunkowo niewielka. Jak wiadomo, wszystko co dobre się kiedyś kończy, podobnie jak ulica Świętego Floriana. Na jej kresie skręcamy w lewo, żeby dotrzeć do Freta, która już w sumie tak się nie nazywa, bo dawno jesteśmy w Karwiu. Jednak jeszcze przed tabliczką z nazwą tej miejscowości, po lewej stronie mijamy czerwony ceglany budynek. Jest to dawna granica między „Antkami”, a „Krzyżakami”. Zatem od teraz cały czas trasa prowadzi „za miedzą”.

Docieramy do skrzyżowania, na którym w lewo (a właściwie troszkę bardziej prosto) droga prowadzi do Wierzchowni. My zaś idziemy w prawo główną asfaltową (no niestety, ten rodzaj nawierzchni będzie nam już towarzyszył praktycznie do końca). Pierwszą wsią jaką napotykamy na „czarnej drodze” jest Szynkówko (nie mylić z Szymkowem, które leży na trasie Brodnica – Świedziebnia). Prawdę powiedziawszy, oprócz dwóch kapliczek i kilku domków, nie ma tam nic interesującego. Przepraszam. Z lewej strony rozciąga się widok na Jezioro Księte, nad którym (tylko na drugim brzegu) znajduje się nawet grodzisko. Niestety, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, ja nie miałem czasu żeby je nawiedzić…. Ale widziałem znaki doń prowadzące! Zawsze coś.

Opuszczamy Szynkówko i docieramy do wsi Księte. Tam na skrzyżowanie skręcamy w lewo i mijamy rzeczkę, która wypływa z rzeczonego wyżej jeziora. Nazywa się ona… Księtówka (nie mylić z Księciówką czy Księżówką, a tym bardziej z Księżycówką. Wiem, że ta ostatnia nazwa, to było Wasze pierwsze skojarzenie. Moje w sumie też. Jeśli ktoś nie wie czym jest księżycówka, to polecam uzupełnić braki).

Warto w tym miejscu troszkę uzupełnić temat. Bo owa nazwa rzeczki obowiązuje tylko do jeziora. A za akwenem wodnym (tak, wiem, jest to celowy pleonazm. Mam nadzieję, że mi wybaczycie ten środek stylistyczny) strumyk zmienia nazwę na Pissę. Czyli jest to ta sama woda, którą mijaliśmy już kilka godzin temu pod Miesiączkowem. Tylko tu jest znacznie węższa.

Za mostkiem po prawej stronie mamy ciekawą…. Nie wiem jak to nazwać. Instalację ozdobną? Wizytówkę wsi. W każdym bądź razie takie dziwne coś z nazwą miejscowości i jakimś pseudo pomnikiem, orzełkiem i lwami. Coś z pogranicza prawdziwej sztuki i c**j wie czego. Z resztą wstawiam zdjęcia, to sobie sami to nazwijcie. Wędrujemy teraz w kierunku południowo-zachodnim i po kolejnych kilku kilometrach docieramy do największe dzisiaj wsi (nawet gminnej), to jest do Świedziebni. Zdziwił mnie fakt, że ulice nie są tu nazwane, ale widocznie tak jest mieszkańcom wygodniej. Docieramy do skrzyżowania, gdzie odchodzi droga do Okalewka, przechodzimy na drugą stronę i wchodzimy do parku, gdzie zawsze na Św. Bartłomieja (dla nie wtajemniczonych, jest to patron tutejszej parafii. A dla zainteresowanych przypada to 24 sierpnia) odbywa się srogi m***nż… przepraszam odpust parafialny. Co ciekawe, nieważne czy przypada to w weekend, czy w środku tygodnia, gruba impreza do rana musi być. Sam raz byłem tam na koncercie zespołu Bayer Full i widziałem co tam się działo.

No ale wracamy do żywych. Przechodzimy przez park na tak zwaną „skuśkę”, czy tam na „szagę”, po prawej stronie widzimy aptekę oraz urząd gminy. Za parkiem wybieramy pierwszą, albo drugą ulicę w prawo z domkami jednorodzinnymi (wszystko jedno, którą pójdziemy, bo są one równoległe i dotrzemy tam gdzie zmierzamy). Po chwili docieramy do wylotówki w stronę Rypina. Oczywiście, nie muszę chyba przypominać, że w dalszym ciągu towarzyszy nam nasz ulubieny asfalt. Znowu obieramy kierunek południowo-zachodni. Pierwszą miejscowością są Grzęby, w którym, podobnie jak w Szynkówku nie znajdziemy nic ciekawego, poza paroma domkami i kapliczkami (te niestety, albo stety towarzyszą nam w całym kraju, zwłaszcza na wsiach, a w niektórych regionach kraju nawet dosyć intensywnie. No ale co zrobić, takie mamy społeczeństwo).

Za Grzębami są Michałki. Nazwa niby spoko, kojarzy się z jakimś Michałem. Pozornie też nie ma tu nic ciekawego. Otóż nie. Po prawej stronie stoi charakterystyczny kościół pw. Św. Jana Chrzciciela. Ale to nie o tę świątynię nam tu biega. Bo zaraz na przeciwko, na niewielkim wzniesieniu widzimy prostokątny, zadrzewiony teren. Jeśli ktoś tak ja, dużo chodzi, to wie o co… chodzi. Zgadliście. Jest to cmentarz ewangelicki.

Wspominałem już kiedyś (chyba było to przy okazji tej wycieczki: https://maronwedruje.com/2025/04/21/szlak-niebieski-zolty-czerwony-z-gronowo-przez-chelmze-do-kornatowa/) że mam skłonność do EwangelikoNekropolioFilii. Czyli, mówiąc w skrócie jaram się nekropoliami ewangelickimi. A z jakiego powodu? W sumie większość grobów jest w opłakanym stanie i przeważnie nawet nie widać żadnego znaku. Ale niektóre są dobrze zachowane i nawet widać nazwiska oraz daty narodzin i zgonu. A w omawianym tu przypadku, na niektórych mogiłach możemy nawet dostrzec miejscowość zamieszkania. Także można dowiedzieć się sporo o historii ludności okolicznych terenów. Jak zwykle w takim przypadku bywa, żeby nie być gołosłownym, zamieszczam kilka fotografii wraz z krótkim opisem.

Tu warto przytoczyć pewną ciekawostkę. Byłem taki podniecony tym cmentarzem, że nie zważając na przeciwności (którymi były między innymi gęste krzaki, świeżo przeorane pole oraz prawie półtora metrowej głębokości rów melioracyjny) zacząłem biec w jego kierunku. Dopiero po obfoceniu obiektu dostrzegłem, że z drugiej strony prowadzi tam normalna legalna droga. No ale tak to w życiu bywa czasami.

Opuszczamy Michałki i po około kilometrze oficjalnie mamy niebieską tabliczkę graniczną. Zatem ja, podniósłszy oczy ku niebu, oraz odmówiwszy modlitwę przebłagalno-dziękczynną za „grzechy nasze i całego świata” przekroczyłem granicę powiatów o godzinie 12:51 i 12 sekund. Bezpośrednio za tabliczką stoi kolejna z nazwą wsi Stawiska. Za kolejne 400 metrów w lewo mamy drogowskaz w kierunku wsi Linne (nie mylić z Inne, ani z Linem, a Broń Boże z Linowem!). Od tego momentu mamy do czynienia z troszkę mniejszym ruchem, ale to nie oznacza, że nie ma asfaltu. Nie ma tak fajnie. Dobrze to już było. Jedynie przez jakieś 600 metrów trasa na chwilę daje nam wytchnąć, gdyż pojawia się szuter. Ale jak mówię, to tylko chwilowe zjawisko.

Jak już wyżej wspomniałem, na drodze był drogowskaz do Linnego (chyba tak się to odmienia). Ale w sumie nie przechodzimy przez tę wieś. W zamian towarzyszą nam liczne serpentyny, zakręty i temu podobnie. A z ciekawych miejscowości (to znaczy etymologia nazwy jest ciekawa, bo sama miejscowość raczej nie) mamy Iwany. Według mnie nazwa pochodzi od zamieszkującej ongiś te tereny mniejszości pochodzącej zza naszej wschodniej granicy. Tak mi się wydaje, bo w końcu „Iwan” to taki rosyjski odpowiednik naszego Jana. Ale co ja tam wiem ja tu tylko sprzątam. To znaczy chodzę i piszę. Każą chodzić, to chodzę; nie każą, nie chodzę.

Do kresu naszej wędrówki jeszcze dobrze ponad 5 kilometrów. Ale już na horyzoncie możemy dostrzec charakterystyczne dwie wieże. Nie, nie jest to nawiązanie do twórczości Tolkiena, a już tym bardziej do 11 września 2001 roku. Są to widoczne z daleka zabudowania rypińskiego Cedrobu. Podobnie jak w przypadku zeszłorocznej wycieczki (https://maronwedruje.com/2024/05/26/wokol-komina-11-z-okalewka-trasa-prawie-v-ksztaltna-przez-okalewo-i-skrwilno-do-rypina/) widać je z odległości kilku kilometrów. Tylko wtedy wchodziliśmy do miasta od południa, a dziś od północnego wschodu.

Za Iwanami owe zabudowania stają się już bardzo wyraźne. Okazuje się, że między wieżami jest pełno silosów. W tym miejscu pierwsze moje skojarzenie padło na zakłady Agrolok w Osieku wyprawy wymienionej już w pierwszym akapicie tego wpisu. Tylko tu mamy do czynienia z obiektem zdecydowanie większym. Ale w sumie branża podobna.

Koło zakładów wchodzimy oficjalnie na teren miasta, jednak nie informuje nas o tym żadna tabliczka. Ale pokazuje nam się inna z nazwą ulicy (w tym przypadku jest to Bohaterów Czerwca 1956 roku). Owa droga w pewnym momencie (to znaczy za zakładami) skręca w prawo. Tam również po prawej stronie widzimy kolejny obiekt industrialny. Tym razem jest to Damix. Zaraz za nim mamy wąski przesmyk między płotami. Nim docieramy bezpośrednio na dworzec kolejowy. Warto dodać, że obecnie stacja przechodzi remont, docelowy mają być tam cztery tory, z czego dwa osobowe i dwa towarowe. A od grudnia tego roku (czyli 2026, piszę tak, bo mam nadzieję, że za rok ten blog będzie dale istniał :D) mają rozpocząć się regularne kursy pociągów Arriva z Brodnicy w kierunku Rypina. Także w tym celu, mniej więcej na wysokości ulicy Witosa, powstanie przystanek osobowy Brodnica Południowa. Jak to mawia młodzież: Fejm do******ny. Tyle wygrać! Są również plany, żeby przedłużyć kursowania Arrivki do Sierpca, gdzie można się przesiąść w kierunku Kutna i dalej Warszawy. Ale na spokojnie, to w perspektywie kilku lat. Nie od razu zbudowano Rzym. Czy tam Krym.

A dla zainteresowanych, współczynnik asflatyzacji wyniósł 43,2 %. Czyli nawet sporo

Opublikowane przez Maron_wędruje

Pochodzę z Brodnicy w kujawsko-pomorskim, lubię piesze wycieczki po okolicy i nie tylko

Dodaj komentarz