20. Walka z ostrym cieniem mgły, czyli z Górzna do Rybna (Pomorskiego)

Jeśli ktoś nie wie o co chodzi z „Ostrym cieniem mgły”, to albo nie ma Internetu albo korzysta z przeglądarki Explorer i nie jest na bieżąco. W skrócie jest akcja tego typu, że nasz były prezydent Andrzej Duda nagrał swego czasu Hot16Challenge. Jest to taki Internetowy łańcuszek, że ktoś sławny nominuje kogoś jeszcze bardziej sławnego do zarapowania publicznie 16 wersów. Warto dodać przy okazji, że dany delikwent ma na to tylko 72 godziny. I z tego podobno idzie niezły hajs na cele charytatywne. I Pan Andrzej oczywiście, jak na szanującego się prezydenta przystało, opublikował swoje nagranie, w którym to kilkukrotnie powtarza się wers: „Nie pytają Cię o imię, walczą z ostrym cieniem mgły”. Do dziś nie wiemy co autor tekstu miał na myśli, czy napisał to sam Pan Andrzej, czy zrobił to jakiś jego asystent po zażyciu LSD. Niektórzy znawcy sądzą, że chodzi tu o mgłę, jaka unosiła się w kwietniu w 2010 roku podczas katastrofy smoleńskiej (Przepraszam, zaraz mnie zablokują za takie bezczeszczenie tragedii narodowej. Oczywiście miałem na myśli Katastrofę Smoleńską) niedaleko miejsca wydarzenia. I to przez nią owa Katastrofa miała miejsce. W sumie wiele faktów zdaje się potwierdzać tę tezę. Prezydent Duda był z PiSu, Bracia Kaczyńscy z PiSu. Czyli owa mgła jest bebe, fujka i niedobra. Czyli trzeba z nią walczyć. Aczkolwiek właściwą interpretację tych wersów pozostawiam Wam.

Zamglony rynek w Górznie. Ale chyba nie będę używał określenia „zamglony”, skoro cała wycieczka taka była 😀

No dobra, ale pewnie sobie pomyślicie: „Dziękuję Panu za garść tych bezcennych informacji, obyczajowych, społecznych i politycznych z resztą. Ale co to ma wspólnego z Twoją wycieczką”? Otóż już spieszę z wyjaśnieniem.

Kościół pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Górznie

Dzień 8 Listopada 2025 roku, dziwny to był dzień, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. To oczywiście parafraza zaczerpnięta z początku sienkiewiczowskiego arcydzieła „Ogniem i mieczem”. Jednak oddaje ona idealnie klimat tej wycieczki. Jak się pewnie domyślacie, przez cały dzień towarzyszyła mi większa lub mniejsza mgła. Co ciekawe, w samej Brodnicy w ciągu kilku godzin od wschodu słońca, owe zjawisko pogodowe całkowicie się rozproszyło, zostawiając czyste niebo. No ale jak wiadomo, ja mam zawsze szczęście do nieszczęść. Chociaż w tym przypadku można powiedzieć, że raczej odwrotnie. Miałem nieszczęście do szczęść. Bo co prawda mglista pogoda ma raczej w powszechnym mniemaniu zabarwienie pejoratywne, jednak trzeba przyznać, że zdjęcia i filmy zrobione podczas zamglenia mają specyficzny, troszkę jakby wyjęty z horroru mroczny klimat.

Jezioro Młyńskie

No dobra, ale czas wracać do domu. Znaczy na trasę. Znaczy czas dopiero ją zacząć. Jedziemy do Górzna. Zapytacie jak? To proste. Od poniedziałku do soboty jeżdżą tam busy. Koszt biletu? 10 złotych. Dużo, mało, oceńcie sami. Wspomnę tylko, że taką samą odległość (24 km) do Jabłonowa przejedziemy pociągiem za 7,9 pln. No, ale wiadomo. Paliwo coraz droższe, kryzys i te sprawy.

Rzeczka o wdzięcznej nazwie „Górzanka”

W Górznie byliśmy już kilkukrotnie. W sumie na swoim blogu naliczyłem 3 wpisy. Pierwszy: https://maronwedruje.com/2023/07/15/szlak-zielony-gorzno-brodnica/, drugi: https://maronwedruje.com/2023/07/16/szlak-niebieski-2-gorzno-wielki-gleboczek/ oraz trzeci: https://maronwedruje.com/2024/04/14/wokol-komina-10-linia-208-do-gorzna/. Wysiadamy z busa klasycznie na rynku. Początkowo wędrujemy szlakiem niebieskim drugiego wymienionego przeze mnie wpisu. Mijamy kościół pw. Podwyższenia Krzyża Świętego, dalej ulicą Bożogrobców (zakonnicy, którzy kiedyś rezydowali w tym kościele) schodzimy po schodach do ulicy Leśnej, która malowniczo prowadzi między jeziorem Młyńskim oraz Górznieńskim (jak się okazało nazwa ta, podobnie jak Górznieńsko-Lidzbarski Park Krajobrazowy jest niepoprawna i dzisiaj mówi się „Górzeński”). Po minięciu po lewej stronie strzeżonego kąpieliska docieramy do skrzyżowania obok Dworku Wapionka. Pierwotnie chciałem w tym miejscu pójść w lewo i przez Górę Wielkanocną (tak, jest tam takie miejsce, chociaż nie mam pojęcia skąd wzięła się tam nazwa) dotrzeć do wsi Fiałki. Jednak przypomniałem sobie, że troszkę na południe znajduje się Rezerwat Szumny Zdrój. Co prawda kiedyś tam zawędrowałem, ale to było pewnie z 15 lat temu, więc postanowiłem odświeżyć sobie wspomnienia.

Jezioro Górzeńskie
Okolice Szumnego Zdroju

Poszedłem na wspomnianym skrzyżowanie w prawo troszkę pod górkę i zaraz na kolejnym rozwidleniu zaczęła się Ścieżka Edukacyjna. Wszedłem na nią i….. niestety spotkała mnie nieprzyjemna niespodzianka. Okazało się, że rezerwat otoczony jest płotem, a przed wejściem jest tabliczka ostrzegająca o niebezpieczeństwie związanym ze spadającymi gałęziami wraz z wyróżniającym się czerwonym napisem „Zakaz wstępu”. Więc ja, jako grzeczne i posłuszne dziecko, postanowiłem dostosować się do gróźb i cofnąłem się (czego, jak zapewne wiecie, staram się za wszelką cenę unikać, chyba że trzeba, albo „cofka” stanowi dojście do jakiejś pojedynczej atrakcji, typu wieża widokowa, czy coś w ten deseń) do ulicy Leśnej. Znowu pod górkę krętą (jeszcze w tym miejscu) asfaltową drogą minąłem Ośrodek Jagódka i zaraz za nim skręciłem w ulicę Mirabelkową, którą to dotarłem do wspomnianych Fiałek. Jednak nie szedłem najprostszą i najbliższą drogą. Po drodze zahaczyłem o Użytek Ekologiczny „Rzekotka”, w nadziei, że spotkam tam tego podobnego do żabki zielonkawego płaza. Oczywiście nie muszę mówić, że nici wyszły z mojej nadziei. Ale to pewnie kwestia pory roku i zamglenia.

No to niezły czosnek
Fiałki
Okolice Fiałek
Zrujnowana ruina we Fiałkach

Najśmieszniejsze jest to, że już po fakcie dowiedziałem się pocztą pantoflową, że do Szumnego Zdroju można bez problemu wejść od drugiej strony, czyli od leśniczówki. Ale już byłem za daleko, więc olałem sprawę. Zatem przez Fiałki, idąc w okolicach Kotła, Brzezin i mijając kilka pomników przyrody, dotarłem do ponownego spotkania z niebieskim szlakiem w okolicy osady Falk.

W lesie niedaleko Kotła
W lesie
A to…. gdzieś w lesie
A to z drugiej strony

W tym miejscu postanowiłem odwiedzić sentymentalne, a jednocześnie smutne miejsce. Mianowicie dawny Dąb Rzeczypospolitej. Mówię „dawny”, bo pięć lat temu jacyś żartownisie postanowili go podpalić. Został sam przewrócony pień oraz tablica pamiątkowa. Zdaje się, że o tym incydencie wspomniałem już przy okazji wymienionej wyżej wycieczki z Górzna do Głęboczka. Ale warto o tym rozmawiać, dla potomnych.

Zapomniałem wspomnieć, że Falk i dęba dzieli kilkaset metrów, a między tymi dwoma obiektami stoi, ponownie jak przy Szumnym Zdroju, tablica informująca o niebezpieczeństwie spadających gałęzi. Jednak tym razem postanowiłem nagiąć zasady i wejść do środka. Faktycznie, parę gałęzi spadło po drodze, ale żadna mnie nie uszkodziła, więc nic mi nie jest… nic mi nie jest… nic mi nie jest…. Owa tablica nie tyle odnosi się do dębu, ile do kolejnego rezerwatu przyrody o wdzięcznej nazwie „Jar Brynicy”. Czyli skrócie taki stromy wąwóz, którego dnem płynie rwąca rzeka. W tym wypadku jest to tytułowa Brynica, która swoją nazwę wzięła od wsi Bryńsk, w okolicach której wypływa z jeziora Bryńskiego. I tak się wije przez powiat brodnicki, wpadając do Drwęcy niedaleko Madery i grodziska. Byliśmy tam już w tym miejscu 3 razy, między innymi dwa razy w tym roku (https://maronwedruje.com/2025/10/12/19-meandrujacy-pajak-kantylsko-swiecki-a-w-dalszej-czesci-zbiczenska-petla-z-mykologia-w-tle/) oraz https://maronwedruje.com/2025/03/26/wokol-komina-14-naddrweczno-nadbryniczno-nadpissiakowo-dwustuosemkowa-niedzielna-impresja-o-poranku/) oraz w roku 2023 (https://maronwedruje.com/2023/12/03/wokol-komina-6-do-dlugiego-mostu-i-dawnej-zwirowni/).

Już blisko
Tym razem nie dam się zrobić w bambuko
A tu nowy dąb zasadzony po tragedii
Pozostałości Dębu Rzeczypospolitej

W tym miejscu faktycznie można najeść się strachu, zwłaszcza stając na krawędzi jaru. Dlatego celu zamontowano tam barierki. Rezerwat na prawdę robi wrażenie, także mimo zakazu wstępu, polecam z całego serca. Oczywiście wchodzicie na własną odpowiedzialność, ale kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, czy jakoś tak.

No ale wróćmy do wycieczki. Opuszczamy teren rezerwatu, o czym informuje nas stosowna tablica. Chwilę później wchodzimy na teren województwa warmińsko-mazurskiego. Na jakiś czas w nim pozostaniemy, aczkolwiek będzie jeszcze dziś krótki epizodzik z kuj-pomem. Leśnymi ścieżkami docieramy do linii kolejowej nr 208, tu akurat między Gutowem, a Klonowem. W tym miejscu należy podkreślić na plus, że tory zostały pozbawione choinek, krzaków oraz innych zbędnych zarośli. Czyli jakiś tam cień nadziei na przywrócenie regularnych połączeń kolejowych jest.

Linia kolejowa nr 208 między Gutowem, a Klonowem. Jak widać, troszkę kastracji było

Kolejnymi ścieżkami mijamy drogę wojewódzką nr 544 w okolicy jeziora Piaseczno. Tu również byliśmy 2 lata temu (https://maronwedruje.com/2023/07/31/wokol-komina-5-nml-lidzbark-piaseczno/). Jednak nad sam akwen nie zachodzimy, mijamy go z prawej strony. Z kolei z lewej prześwituje nam drugi, mniejszy zbiornik wodny. Nie trudno się domyślić, że skoro większe jest Piaseczno, to mniejsze nazywa się Piaseczenko. Niedaleko są jeszcze dwa jeziorka o ciekawych nazwach, mianowicie Wlecz oraz Zdręczno. Zwłaszcza ta pierwsza inspiruje do podjęcia konkretnych działań. Po kilkuset metrach mamy wspomniany już wyżej epizodzik z województwem kujawsko-pomorskim. Jednak trwa on zaledwie chwilę, około 1,5 km. Przy okazji mijamy osadę o kolejnej wdzięcznej nazwie, to jest Obrazik. I faktycznie stoi tam historyczna tablica związana z wojnami napoleońskimi. Na kolejnym skrzyżowaniu kierujemy się według znaków „Pod Kasztanem” Małe Leźno. Chwilę potem docieramy do kolejnego jeziora, jednak nie jest to Małe, tylko Wielkie Leźno. Możemy tam chwilę przycupnąć „na jednej z dzikich plaaaaaż”. Znaczy ja tak zrobiłem, bo akurat zbliżała się „dwudziestka” (w sensie, że przekroczyłem barierę dwudziestu kilometrów, a nie, że napotkałem gorącą dwudziestolatkę, Wy Perwersi!) i stwierdziłem, że już pora na śniadanko.

Gdzieś tam za drzewami jest las. A nie, czekaj. Jest Jezioro Piaseczno
Okolice Obrazika
Jezioro Wielkie Leźno

Po posileniu się ponownie wchodzimy do „warm-mazu” i praktycznie do końca dnia towarzyszy nam asfalt. Przez Zalesie i Słup (jest to inna miejscowość o tej nazwie, niż ta z okolic Mełna z tej wycieczki (https://maronwedruje.com/2024/05/12/szlak-czerwony-zielony-z-grudziadza-przez-melno-do-bursztynowa/) docieramy do Chełst (w mianowniku Chełsty), gdzie również już byliśmy przy okazji wycieczki z Nowego Miasta Lubawskiego do Piaseczna (link już był wyżej). Mijamy ścianę płaczu z mądrościami życiowymi, czy jak kto woli z lamentacjami na temat przemijania, życia, filozofii, religii. Ogólnie bardzo ważne i ciężkie tematy. Mijamy zakręt, za którym stoją stare ruiny przypominające dawne PGRy. Przechodzimy na drugi brzeg…. Wla? Wlu? Wela? Welu? Rzeki o nazwie Wel. Która skądinąd na całej długości stanowi jedną z najciekawszych i najbardziej wymagających tras spływów kajakowych w Polsce. Oczywiście nie licząc tych górskich. Kilkaset metrów wędrujemy trasą wyżej wspomnianej wycieczki do Nowego Miasta. Ale po chwili schodzimy z niej skręcając w polną ścieżkę w prawo pod górkę. Po dwóch i pół kilometra docieramy do wsi Kiełpiny (jest to dosyć popularna nazwa, podobnie jak jej pochodne, typu Kiełpinki, Kiełpino i tak dalej). Polną piaskową trasę zamieniamy teraz na drogę wojewódzką nr 541. Przechodzimy obok… ehm… Farmy Noego. Nie wiem co na tej farmie Noe uskutecznia, czy jakoś eksperymentuje genetycznie tworząc nowe gatunki, które zamierza zabrać na swoją arkę, nie mam pojęcia. Na pewno widziałem tam jakieś małe klacze, to chyba coś jest na rzeczy. Niedaleko znaku do Farmy widzimy również Pomnik Upadłego Kajaku, czy tam Przewróconego.

Staw w Słupie
Jak to śpiewali Art & Garfunkel? „The words of the prophets are written on the subway walls”. Co prawda to nie Metro, ale ściana się zgadza
Takie trochę popegieerowskie klimaty w Chełstach
Wel w Chełstach
No ok…
Słynny pomnik upadłego kajaka. Kajaku?

Docieramy do centrum wsi i obok kościoła pw. Św. Wawrzyńca skręcamy w prawo według drogowskazów „Wąpiersk 5”. Oczywiście nie należy mylić Wąpierska z naszym Wąpielskiem, bo to zupełnie dwie inne bajki. Droga początkowo prowadzi prostopadle do głównej, jednak po chwili skręca w lewo pod kątem dziewięćdziesięciu stopni i staje się do niej równoległa. Ale na kolejnym skrzyżowaniu znowu tworzy zawijas, tym razem pod mniejszym kątem czterdziestu pięciu stopni i prowadząc w kierunku północno-wschodnim prowadzi nas nad jezioro Grądy. Dla niewtajemniczonych, czyli dla nie geografów ani nie biologów/dendrologów/przyrodników, czyli w sumie dla ponad dziewięćdziesięciu procent społeczeństwa; warto nadmienić, że grąd to rodzaj wielogatunkowego lasu liściastego z przewagą grabu i dębu.

Kościół pw. Św. Wawrzyńca w Kiełpinach
Nowa gmina, nowy asfalt, nowe nadzieje. Et cetera, et cetera

Nad jeziorem mijamy granicę zarówno między gminami (oczywiście jak zwykle w takim przypadku oprócz granicy administracyjnej, jest też granica nawierzchni, czyli jak od linijki zmienia się asfalt. Jak idziemy w tę stronę, to akurat na lepsze :D) jak również znajdują się tam tabliczki Welski Park Krajobrazowy. Czyli po raz drugi już dzisiaj wchodzimy na teren tej formy ochrony przyrody. Zaraz potem skręcamy w prawo i docieramy do wsi (a jakże) Grądy.

Jezioro Grądy

Za wsią idziemy dalej asfaltem i po około kilometrze mamy drogowskazy w prawo do kolejnego interesującego obiektu na naszej trasie. Mianowicie jest to wieża widokowa w rezerwacie Ostrów Tarczyński, która jak sama nazwa wskazuje, znajduje się nad kolejnym jeziorem, czyli… Tarczyńskim? I nie, nie chodzi tu o ten podwarszawski Tarczyn słynący z produkcji soków. Bardziej nazwa powstała od wsi Tarczyny, która paradoksalnie nie leży nad jeziorem Tarczyńskim, tylko nad Grądem. Ale mnie już nic nie zdziwi. Z resztą wszystko pokażę na mapce.

Mapka z dojściem na wieżę
Czasami droga do celu bywa wyboista. Czy tam podmokła

No ale wracamy do wieży, bo z nią też wiąże się ciekawa historia. Przede wszystkim, żeby do niej dotrzeć, trzeba zboczyć z trasy ponad półtora kilometra w jedną stronę. A że akurat, jak już wspominałem we wstępie, panowały ostre mgły i było dosyć wilgotno, po drodze napotykamy na spore kałuże i tereny podmokłe. Samo wejście na wieżę też w tym czasie było zalane. Ale na prawdę warto, bo widoczki, zwłaszcza w tym horrorowym klimacie rekompensują mokre obuwie.

A druga ciekawostka związana z tym obiektem jest taka, że obok drogowskazu do niej znajduje się również tabliczka informacyjna na temat rezerwatu. I co ciekawe, tu już nie mamy do czynienia z grądem, tylko z borem. Kolejny paradoks 😀 Dowiadujemy się również, że na terenie rezerwatu rosną obięte ochroną widłaki: jałowcowaty i goździsty. Bliżej zainteresowanych „widłakową” tematyką odsyłam do czeluści Internetu.

No ale wracamy na ziemię, czy tam na asfalt. Po kolejnym kilometrze mijamy zabudowania wsi Wery, a po jeszcze jednym oczom naszym ukazuje się tabliczka Rybno, czyli nasz dzisiejszy cel. Ale do stacji PKP jeszcze troszkę nam brakuje. Mamy dwie opcje. Możemy na skrzyżowaniu wybrać drogę lewo i dotrzeć bezpośrednio na pociąg (ja tak uczyniłem) albo iść dalej prosto i zobaczyć wieś z bliska.

Jak sama nazwa wskazuje, w Rybnie są…. ryby? Znaczy chyba są, w sumie nie wiem, powinny być. Na pewno jest kilka jezior. Neliwa, stanowiące rezerwat przyrody; Rybińskie, wokół którego ciągnie się najdłuższe molo w Polsce (ciężko żeby nie było najdłuższe, skoro nie prowadzi w poprzek jeziora, tylko dookoła niego) oraz największe z nich Zarybinek.

Przed zachodem słońca w Rybnie

Ciekawe te nazwy. Rybno wzięło się od ryb, Rybińskie od Rybna, a Zarybinek od położenia „za Rybnem”. No, ale jak już wspominałem, żadnej rybki tam nie spotkałem. W sumie jedną, która widnieje w herbie gminy.

Pod Urzędem gminy w Rybnie Pomorskim

Z innych interesujących nazw w niedalekiej okolicy jest też jezioro Rumian (pozdrawiam fanów twórczości Otyłego Pana).

Zatem jesteśmy w Rybnie, można iść do Dino oraz na kebaba (jest aż jeden we wsi). Ale czas na powrót. I tu zaczynają się schody. Bo teoretycznie stacja Rybno (a właściwie Rybno Pomorskie) leży na linii kolejowej nr 9. Czyli na trasie Gdańsk – Warszawa, ważnej zarówno w ruchu osobowym jak i towarowym. Jest to część międzynarodowej magistrali kolejowej oznaczonej symbolem E-65. Ale jak na złość znajdujemy się między Iławą na północy, a Działdowem na południu. Z miasta nad Jeziorakiem osobowe praktycznie jeżdżą tylko dalej na północ w kierunku Malborka, a z miasta, którego mieszkańcy posiadają auta z tablicami rejestracyjnymi NDZ, głównie ma południe do Warszawy i Ciechanowa. A środkowy odcinek pozostaje praktycznie nie wykorzystany przez lokalne połączenia. W tygodniu kursuje po jednym pociągu rano i wieczorem w obie strony. A w weekend rano w jedną stronę, a wieczorem w drugą. Czyli żeby wrócić do Brodnicy, należy najpierw pociągiem Regio cofnąć się do Działdowa, dalej z powrotem jakimś TLK lub Intercity (można by też teoretycznie Pendolino, ale nie zatrzymuje się w Działdowie) do Iławy. Tam przesiadka na Regio do Jabłonowa, a z Jabłonowa już wiadomo. Tyle teorii. Jeśli wszystko jedzie punktualnie. A akurat te weekendowe połączenie pasuje na styk, mamy maksymalnie 20 minut na przesiadkę.

Żeby nie być gołosłownym, oto opóźnienia pociągów tego dnia w Działdowie

Chyba nie muszę mówić, że jak zawsze miałem pecha? Dobrze, że jestem na Fejsie na grupach w stylu „Co i gdzie nie jedzie” albo „Opóźniony pociąg na dziś”. Bardzo mi to pomogło, bo dowiedziałem się z nich, że na przestrzeni 5 godzin między Mławą, a Ciechanowem trafiły się dwa „samobóje”. W sensie, że nie w meczach piłki nożnej ktoś trafił do własnej bramki; tylko że dwie osoby rzuciły się pod pociąg. Jeśli ktoś nigdy nie miał w podróży pociągiem takiej sytuacji, to nie ma pojęcia o czym mówię. W praktyce oznacza to ruch zablokowany na kilka godzin. Czasami w jednym kierunku, czasami w dwóch, zależy jak członki samobójcy się rozprzestrzenią po wypadku. A że pociągi na tej linii rozpędzają się do 200 km/h, to nie trudno się domyślić skutków. Na szczęście w tym przypadku zablokowany był ruch tylko na północ, czyli w kierunku z Warszawy do Trójmiasta. Pierwszy etap przebiegł bez problemu i składem Regio dotarłem do Działdowa. Ale tam zaczęły się schody. Tablica świetlna informowała o opóźnieniach rzędu 120-480 minut. I to praktycznie każden jeden pociąg. Zatem pochodziłem sobie troszkę po peronie w te i z powrotem, potem poszedłem do budynku dworca (liczyłem na jakąś czynną kasę czy informację, ale się zawiodłem. W końcu była sobota, godzina prawie 20). Siedział tam jedynie smutny wąsaty ochroniarz i poradził mi, żebym wsiadł w pierwszy lepszy skład w kierunku Iławy bo „i tak nikt nie będzie sprawdzał biletów”. Co też uczyniłem, spostrzegłszy, że podczas rozmowy z cieciem jeden pociąg właśnie uciekł mi sprzed nosa 😀 Następny zjawił się za mniej więcej pół godziny, ale widziałem już, że w Iławie nie zdążę na ostatni dzienny do Jabłonowa, dlatego załatwiłem sobie transport w postaci samochodu. I tak powstał Chocapic. Znaczy tak dotarłem do Brodnicy. Dobrze, że nie było mrozu.

Łączna długość trasy wyniosła troszkę ponad 44 km. A współczynnik asfaltyzacji 25,76 %. Czyli taki przeciętny.

Opublikowane przez Maron_wędruje

Pochodzę z Brodnicy w kujawsko-pomorskim, lubię piesze wycieczki po okolicy i nie tylko

Dodaj komentarz