Ehhh, jak zwykle jakiś długi nic nie mówiący czytelnikom tytuł. Co ten Maron odwala, zamiast wędrować, to wymyśla jakieś enigmatyczne historie. Oczywiście jak zawsze wszystko się wyjaśni na łamach wpisu.
Bardzo długo zastanawiałem się nad tytułem posta z tą wycieczką. Jak już pewnie zdążyliście zauważyć, nazwy wycieczek tak zwanych „wokół komina” biorę przeważnie od miejscowości początkowych i końcowych, ewentualnie od pośrednich; lub też od jakiegoś obiektu geograficznego po drodze. Mam tu na myśli rzeki, jeziora, ale też atrakcje turystyczne. A jeśli nic nie przychodzi mi do głowy, to ewentualnie nazywam wycieczkę od kształtu trasy 😀
W tym przypadku też tak chciałem zrobić, bo początkowy etap faktycznie przypomina pająka. Co z resztą uwidocznię na fragmencie mapy. Owe „odnóża”, czy też „odnogi” to zejścia z głównej drogi nad rzekę. W tym przypadku jest to oczywiście Drwęca. Tytułowy „Pająk” znajduje się na czymś w rodzaju półwyspu, co też widać na mapie. W tym miejscu specjaliści geomorfolodzy oraz hydrolodzy podnoszą alarm. No no jak to, przecież półwysep jest otoczony z trzech stron wodą JEZIORNĄ lub MORSKĄ. I to się zgadza, dlatego ja tej nazwy używam tylko na potrzeby tego wpisu. Ale wróćmy do meritum.

Jest to przełomowy moment w biegu naszej rzeki, gdyż powyżej ma przebieg głównie południkowy (czyli z północy na południe); a od tego momentu zdecydowanie skręca ku zachodowi. Jest to oczywiście duuuże uogólnienie, bo wiadomo, że rzeka meandruje, tworzy starorzecza, zakola i tak dalej.
Zatem już wiemy skąd się wziął pająk. Jednak jest do dopiero połowa trasy, a jej kolejne pięćdziesiąt procent stanowi improwizowana naprędce przechadzka po miejscowościach, których jeszcze nie miałem przyjemności odwiedzić. Poruszałem się głównie po gminie Zbiczno, stąd drugi człon nazwy.
No to został jeszcze człon „meandrujący”, ale tego chyba nie trzeba tłumaczyć, bo to wynika z powyższej mapy.

Na koniec zostawiłem „kantylsko-świecki”. Z Kantyłą (nie mylić z Kantyną) sprawa jest prosta, jest to miejscowość u nasady naszego „półwyspu”. Z kolei Świecie to miejscowość troszkę bardziej na wschód, lezy bardziej na środku „półwyspu”. Jednak sama nazwa Świecie jest ciekawa. Po pierwsze, te nasze jest znane jako Świecie nad Drwęcą, bo w naszym województwie jest jeszcze Świecie nad Osą, oraz najbardziej znane i największe Świecie nad Wisłą. A to ostatnie z czego jest najbardziej znane? Z dwóch rzeczy. Pierwsza to zakłady papiernicze Mondi. A druga jest związana ze zdrowiem, zwłaszcza umysłowym. Jest to rzecz jasna szpital dla nerwowo i psychicznie chorych. Stąd się wzięło popularne w naszym rejonie przekleństwo: „Jedź do Świecia”. W Warszawie mówi się o Tworkach, na innych terenach popularne są jeszcze Kocborowo i Kobierzyn. Ostatnimi czasy za sprawą Pana Kononowicza sławę zyskała również Choroszcz. Ale u nas zawsze modne było Świecie.
A jeśli chodzi o mykologię, to sprawa jest prosta. Praktycznie całą drogę natrafiałem na jakieś grzyby.

No ale znowu zaczęło się moje bajdurzenie. Wracamy na ziemię. To znaczy do wycieczki. W sumie nie wracamy, bo jeszcze jej nie zaczęliśmy 😀

Pierwszy etap przebiega niestety trasą, którą już mamy ogarniętą. W każdym razie musimy dotrzeć do Tamy Brodzkiej. Jak już pewnie wielokrotnie wspominałem, możemy iść ulicą Boczną, przez Bobrowiska i Nowy Dwór, a dalej przez most kolejowo-drogowy na Drwęcy. Druga trasa prowadzi ulicą Świerkową, niedaleko sławetnej Kałaski i nad jeziorem Śliskim. Do wyboru do koloru. Ja akurat dzisiaj zdecydowałem się na ten drugi wariant.
Zapomniałem wspomnieć, że tego dnia wschód słońca był o godzinie 7:02, a ja wyszedłem o 5:30. Bo chciałem porobić trochę zdjęć po ciemku. I przy okazji wypróbować latarkę czołówkę. Oczywiście jak to zwykle bywa w moim przypadku, baterie w latarce zużyły się po kilku minutach 😀

Docieramy do restauracji Stacja Tama, dalej wędrujemy drogą krajową nr 15 na północny wschód (ale głównie wschód) w kierunku Jajkowa. Jednak nie docieramy do tej miejscowości, schodzimy z szosy wcześniej. A konkretnie w miejscu gdzie w lewo skręca droga do ośrodka UMK. My zaś idziemy w prawo bezpośrednio przed Hotelem Cykada. Przedtem również po prawej stronie znajduje się miejsce postojowe wraz z ławeczkami i stołem. Kiedyś tu nawet odpoczywałem (https://maronwedruje.com/2023/07/20/szlak-zolty-czesc-2-ostrowite-brodnica/).

Warto wspomnieć, że odcinek od Tamy do Cykady jest szczególnie niebezpieczny, gdyż droga jest ograniczona barierkami. Wynika to z faktu, że poruszamy się po grobli. Po lewej stronie mamy piękny widok na jezioro Bachotek.

Od Cykady idziemy prosto w kierunku wschodnim około 700 metrów. Po drodze krzyżujemy się ze starotorzem linii nr 251 (link chyba nie jest potrzebny). Dalej skręcamy w pierwszą drogę prawo.

W tym miejscu należy wspomnieć, że jeśli ktoś tak jak ja jest ultrafanem kolei, to równie dobrze może przejść z Tamy Brodzkiej wspomnianym w poprzednim akapicie starotorzem do tego skrzyżowania. W sumie nawet jest bliżej, jednak ja stwierdziłem, że szedłem tam zaledwie w zeszłym roku, a w tej wycieczce bardziej chodzi o wodę niż kolej 😀 Dlatego poszedłem asfaltem, z resztą nie pokonywałem tego odcinka chyba z 3 lata.

Wspomnianą drogą w prawo dochodzimy do skrzyżowania, na którym idziemy dalej prosto. Po kilkuset metrach i kilku zakrętach docieramy do pierwszego punktu widokowego na Drwęcę. Jest ono nawet oznaczone na mapie stosowną ikonką. Jak jest ładnie i ciepło, to można pokontemplować nadrzeczną ciszę i sobie posiedzieć.



Zawracamy do ostatniego skrzyżowania, gdzie idziemy w prawo i po niecałym kilometrze na kolejnym rozstaju dróg skręcamy znowu w prawo. Tam po kolejnych dwustu metrach, idąc stromym spadkiem docieramy do końca drugiego odnóża naszego „pająka”. Te dwa akurat są dosyć krótkie w porównaniu z następnymi trzema. W tym miejscu przypomina mi się stary suchar. Po co pająk ma osiem nóżek? Żeby mógł chodzić, jak jakieś dziecko wyrwie mu sześć. Hihi, Boże jak śmiesznie. Akurat nasz ma tylko pięć nóżek, dodatkowo każda różnej długości i wszystkie krzywe.


Jako że mamy październik i było dużo deszczu, to po drodze spotykamy pełno grzybów. Póki co są to w dziewięćdziesięciu procentach same Przysmaki Teściowej. Mam tu konkretnie na myśli głównie Amanita phalloides oraz Amanita muscaria czyli odpowiednio Muchomor Sromotnikowy i Muchomor Czerwony. Nie, nie jestem mykologiem (czyli specjalistą od grzybów). Korzystam z dobrodziejstw Internetu 😀
Sromotnikowy jest faktycznie śmiertelnie trujący, gdyż już jedna sztuka może bardziej zniszczyć wątrobę niż pięćdziesiąt lat chlania spirytusu niewiadomego pochodzenia. Ale czerwony, który jest chyba najpopularniejszym w kulturze masowej trującym grzybem (zwróćcie uwagę, że po jego zjedzeniu Mario z popularnej gry stawał się większym; a twórcy Smerfów inspirowali się jego kształtem tworząc domki postaci) wcale nie jest aż tak niebezpieczny. Podobno nawet po dwukrotnym obgotowaniu i odlaniu wody jest nawet smaczny. Nie wiem, nie próbowałem, więc się nie wypowiem.

Wędrujemy dalej na wschód, za niecałe trzy kilometry docieramy do początku kolejnej nóżki. Ta akurat ma około osiemset metrów długości, a na jej końcu znajduje się prywatna działka wraz z miejscem na grilla.

Do kolejnych nóżek wędrujemy przez tytułowe Świecie. Jest ono zdecydowania większe od Kantyły, nawet jest tam jeden blok 😮 Dwupiętorwy, ale zawsze coś.








Czwarta nóżka jest najdłuższa i co ciekawe ostatnia czyli piąta, wyrasta bezpośrednio z niej. Łączna ich długość w dwie strony wynosi ponad pięć kilometrów. Na końcu czwartej w sumie nie ma nic ciekawego. Jednak na ostatniej jest bardzo ciekawe tablica, która informuje nas, że za pięćset metrów płynąc z nurtem rzeki będzie postój dla kajakarzy Świecie Kasztelania.




Ale że co? Tu znajduje się browar Kasztelan? Nie, to akurat jest w Sierpcu. Kasztelania była w średniowieczu siedzibą kasztelana, czyli lokalnego władcy. Poza tym w tej okolicy, a konkretnie po drugiej stronie Drwęcy byliśmy już w tym roku na jednej z wycieczek (https://maronwedruje.com/2025/03/26/wokol-komina-14-naddrweczno-nadbryniczno-nadpissiakowo-dwustuosemkowa-niedzielna-impresja-o-poranku/). Pamiętacie? Zachowały się tam pozostałości grodziska. Wynika z tego, że kiedyś musiała tu być granica.
Po ogarnięciu wszystkich pięciu odnóży wędrujemy kolejne niecałe 4 kilometry na północ wzdłuż Drwęcy, zahaczając jeszcze po drodze o osadę Pokrzywnia. Po lewej stronie, czyli w centrum „półwyspu” widzimy sporych rozmiarów drumliny polodowcowe. Jak ktoś ma czas i chęci, to oczywiście może się wspiąć. Ja niestety, albo stety ominąłem ten etap, bo wiedziałem, że czeka mnie jeszcze sporo marszu.






Po wspomnianych już czterech kilometrach docieramy znowu do drogi nr 15. Znajdujemy się w Topielach, niedaleko przebiegają trasy naszych dwóch wycieczek (https://maronwedruje.com/2023/07/16/szlak-niebieski-2-gorzno-wielki-gleboczek/) i (https://maronwedruje.com/2023/12/03/wokol-komina-6-do-dlugiego-mostu-i-dawnej-zwirowni/). Około 300 metrów idziemy niebieskim szlakiem, jednak dalej on skręca w lewo na Kuligi, a my podążamy prosto na północ w kierunku Szramowa. Tą wieś oczywiście też znamy z linii 251 (https://maronwedruje.com/2024/06/16/wokol-komina-12-sladem-dawnej-linii-kolejowej-nr-251-do-ilawy/). Kilkaset metrów przedtem po prawej stronie stoi różnie sporych rozmiarów eratyk.



Na skrzyżowaniu spotykamy się z „Muszelką” i wraz z nią skręcamy w lewo na zachód w kierunku Pokrzydowa. Od tego momentu nasza trasa praktycznie aż do końca będzie przebiegać asfaltem (oczywiście w większych wsiach będzie chodnik albo ścieżka rowerowa).

Pokrzydowo jest oprócz Zbiczna chyba największą wsią na naszej dzisiejszej trasie. Znajduje się tak kilka sklepów, oraz niewielki kościół pw. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny wraz z okolicznym cmentarzem. Przechodzimy praktycznie przez całą wieś aż do miejsca, gdzie odchodzi droga do Bachotka. My zaś dalej wędrujemy prosto szutrową ścieżką w dół. Za niecały kilometr krzyżujemy się z zielonym szlakiem (link). Możemy w tym momencie skręcić w lewo, ja jednak postanowiłem zejść nad Jezioro Skrzynka. Nie wiem skąd taka nazwa, bo jezioro jest raczej okrągłe niż prostokątne, no ale cóż. Ze Skrzynki docieramy nad Strażym, gdzie napotykamy na tablicę informującą nas o Bajkowej Ścieżce Edukacyjnej. Szczęśliwie owa trasa ma tylko 3 punkty i, chcąc nie chcąc, udało mi się złapać je wszystkie. A nie, to Pokemony się łapie. Ja znalazłem wszystkie.



Za tablicą skręcamy stromo w prawo po górkę i znowu wędrujemy szlakiem koloru nadziei. Docieramy do Ośrodka Na Wzgórzu wraz z plażą, dalej mamy asfalt i skrzyżowanie. Tu mijamy siedzibę Brodnickiego Parku Krajobrazowego, a dalej po drugiej stronie smażalnię ryb. Przechodzimy przez most na Skarlance. W tym miejscu chciałem iść dalej prosto, ale przypomniałem sobie o Ścieżce Edukacyjnej Bobrowiska. To znaczy drogowskazy mi przypomniały. A że szedłem tam ostatnio pewnie ponad 25 lat temu, to postanowiłem się nią przejść. Pierwsza część prowadzi na północ wzdłuż rzeki obok zrujnowanego młyna, dalej lekko na zachód, gdzie znowu mijamy szlak zielony i docieramy nad znane nam już Jezioro Kochanka. Tu z kolei mamy do czynienia z żółcią (nie, nie chodzi mi o wydzielinę wątrobową, a o pieszy szlak tego koloru). Zatem żółcią docieramy do szosy do Zbiczna, znajduje się tam stary przystanek autobusowy gdzie zawsze odpoczywam (jednak w tym przypadku nie było takiej potrzeby, więc szedłem dalej). Dalej mijamy znany nam bunkier, po lewej stronie Jezioro Strażym, a po prawej Zbiczno.

















Idziemy jeszcze ponad dwa kilometry, gdzie zaczynają się zabudowania wsi Zbiczno oraz ścieżka rowerowa. Zatem bez zbędnego bajdurzenia schodzimy na nią. Przechodzimy przez centrum wsi, gdzie również mamy kilka sklepów oraz knajpę. Krzyżujemy się z drogą z Brodnicy do Łąkorza. Dalej mamy Dino oraz Biedronkę i dalej ścieżką rowerową dochodzimy do rozstaju dróg. W prawo mamy drogowskaz na Górale, a my idziemy w lewo. Tu kończy się ścieżka rowerowa i zaczyna się niebezpieczny kręty odcinek drogi ogrodzony barierkami. Tu z kolei krzyżujemy się z trasą kolejnej naszej tegorocznej wycieczki (https://maronwedruje.com/2025/04/01/wokol-komina-15-pod-gorke-i-z-gorki-przez-wawozy-i-nad-kilkoma-jeziorami-do-konojad/). Po prawej stronie naszym oczom ukazuje się panorama na następne dzisiaj jezioro, to jest Sosno. Za dalsze dwa kilometry mamy również miejscowość o tej nazwie.

Kolejną miejscowością na naszej (o zgrozo, asfaltowej!) trasie jest Sumowo. Znajduje się tu niewielki kościółek pw. Matki Boskiej Różańcowej. Niestety zrobiłem tylko jedno zdjęcie tego obiektu i nie należy ono do udanych, więc nie będzie go tu 😦



Na kolejnym skrzyżowaniu w prawo prowadzi droga do Sumówka, a my idziemy w lewo w kierunku Najmowa. Po kolejnych dwóch kilometrach osiągamy centrum tej wsi, po drodze mijając cmentarz oraz stosy starych podkładów kolejowych. Jest to spowodowane trwającym obecnie remontem linii kolejowej nr 208 na odcinku Brodnica – Jabłonowo. Podobno po remoncie pociągi mają tu jeździć z prędkością 120 km/h. Pożyjemy, zobaczymy. Jak mówi staropolskie przysłowie: „Srali muchy, będzie wiosna”.


W Najmowie mamy nawet trzy bloki dwupiętrowe. Jednak jeszcze przed nimi główna droga skręca w prawo przez tor w kierunku Wichulca i Bobrowa, a my wędrujemy w prawo na Kruszyny Szlacheckie. Ostatnio jak tam szedłem, to biegła tędy szutrowa droga, a teraz jest asfalt. Cywilizacja dociera wszędzie. Mniej więcej w połowie drogi do wsi napotykamy na szlak czerwony znany nam z jednego z pierwszych wpisów na tym blogu (https://maronwedruje.com/2023/07/15/szlak-czerwony-brodnica-jablonowo-pomorskie/).


W centrum wsi szlak przechodzi w prawo przez tor i prowadzi dalej prosto do Brodnicy. Ja oczywiście nie byłbym sobą, gdybym był inny… A nie czekaj, to nie te słowa. Aczkolwiek widziałem, że ktoś sobie takie zdanie wytatuował na ramieniu 😀 Miało być: „Ja oczywiście nie byłbym sobą, gdybym dwa razy wracał do domu tą samą trasą”. Dlatego dalej poszedłem prosto i po kolejnych prawie trzech kilometrach, kilkunastu zakrętach, serpentynach i napotkaniu kolejnych Przysmaków Teściowej (poza wspomnianymi wyżej muchomorami, dołączył teraz Paxillus involutus, czyli Krowiak Podwinięty, bardziej znany na naszych terenach jako Olszówka) docieramy do miejsca postojowego na niebieskim szlaku (https://maronwedruje.com/2023/07/16/szlak-niebieski-ostrowite-kolo-jablonowa-brodnica/). Z grzybem tym łączy się ciekawa historia, po podobno nasze babcie zbierały je i normalnie jadły. A niedawno naukowcy odkryli, że nie zabija on od razu, tylko toksyna w nim zawarta odkłada się przez lata.



Z postoju już prosta droga do domu, zostało nam około 5 kilometrów, najpierw wzdłuż Niskiego Brodna a potem przez miasto.

Cała trasa. Wyszło 56,5 kilometra. Chyba idziemy na rekord 😮
Jedna odpowiedź na “19. Meandrujący Pająk Kantylsko-Świecki, a w dalszej części Zbiczeńska Pętla z Mykologią w tle”