18. Podwójnie Letnio-Jesienna Prawie Pętla Ostródzka

Co to znowu za dziwny tytuł, co ten Maron za kocopoły znowu bajdurzy? Już spieszę z wyjaśnieniem. Człon „Podwójnie Letnio-Jesienna” wziął się stąd, że wycieczka miała miejsce latem, a pogoda była wtedy iście jesienna. A dzisiaj, czyli dzień wstawienia, a jeszcze ściślej mówiąc 21 września jest to przedostatni dzień astronomicznego lata, czyli właściwie już jesień, chociaż pogoda letnia. Zatem podwójnie podwójna i tak dalej 😀

Prawie pętla, bo miałem zamiar wyruszyć z jednego miejsca i tam też skończyć wycieczkę, jednak jak to często bywa pogoda pokrzyżowała mi plany. I wyszło coś na kształt litery „C”.

Więc trzeba się troszkę rozruszać. Te gnuśnienie przez lipiec i sierpień dało się we znaki w postaci większego brzuszka. Lecz trzeba delikatnie i ostrożnie, bo organizm może doznać szoku, więc dzisiaj tylko trzydzieści kilka kilometrów. Skrócenie dystansu było także spowodowane deszczem, ale o tym później 😀

Tak się złożyło, że przez wakacje nie byłem ani razu nad jeziorem 😮 Znaczy byłem raz na chwilkę, ale bynajmniej nie w celu opalania tudzież kąpieli. Za to miałem wiele innych eventów do zaliczenia, między innymi wesele, urodziny, grille i temu podobne. A jak już miałem wolny weekend, to akurat pogoda nie dopisała; z resztą nie oszukujmy się, tegoroczne lato w ogóle jakieś takie szare i nijakie.

Zatem przyszedł wrzesień i gdzie skierowałem swoje myśli i kroki w pierwszą sobotę tego miesiąca? Oczywiście nad wodę! Chciałem co prawda zaliczyć jeziorka w okolicy Górzna, jednak wygrała tęsknota za Warmią i Mazurami. W zeszłym roku byłem tam dwa razy, tu (https://maronwedruje.com/2024/05/15/szlak-zolty-czesc-0-1-olsztyn-lubajny/) i tu (https://maronwedruje.com/2024/05/19/szlak-zolty-czesc-1-ilawa-lubajny/). Spuścizną po tamtych trasach jest brakujący fragment Camino od Samborowa do Ostródy. W związku z powyższym postanowiłem połączyć jakoś ten fakt, jednocześnie trochę przedłużając moją trasę.

Na start wędrówki wybrałem Stare Jabłonki, które mijaliśmy w zeszłym roku. Wtedy padał deszcz, teraz prognozy też nie były optymistyczne. Jednak póki co (po odpukaniu w niemalowane drewno) było pochmurno, ale nie padało.

Sama wieś leży niedaleko drogi krajowej nr 16 oraz przy jednej z naszych ulubionych linii kolejowych, to jest 353. Znajduje się między Ostródą, a Olsztynem. Zatem chyba nie muszę tłumaczyć jak wygląda dojazd w te rewiry.

Wysiadamy z pociągu, idziemy dalej peronem w stronę przejazdu kolejowego, którym przechodzimy na drugą stronę torów. Na pierwszym skrzyżowaniu mamy charakterystyczny kamienny drogowskaz, znany nam między innymi z okolicy Górzna. Kierujemy się według niego na Kątno, po drodze przecinając wspomnianą już wyżej „Szesnastkę”. Cała droga do tej miejscowości prowadzi elegancką ścieżką rowerową wytyczoną przy chodniku. We wsi na kolejnym rozstaju dróg przy kapliczce ścieżka idzie dalej prosto, a my wybieramy opcję w lewo ku wodom jeziora. Jest to Szeląg Wielki (Szeląg Mały mijaliśmy w zeszłym roku przy okazji marszu z Olsztyna).

Warto wspomnieć, że w Kątnie znajduje się kilka chałup podcieniowych z drewnianymi okiennicami. Jedną mijamy na swojej trasie.

Następne kilka kilometrów prowadzi naszą ulubiona szutrową ścieżką nad brzegiem wspomnianego akwenu. Ja akurat pokonywałem trasę na początku września, zatem las obfitował w swoje skarby. Mówię głównie o grzybach, ale nie tylko 😀 Zwłaszcza jeden fragment mnie zaskoczył, gdzie sporych rozmiarów koźlarze wyrosły praktycznie na samym środku drogi. Oczywiście żaden grzybiarz nie zdradza swoich tajemnych miejsc, dlatego muszą wystarczyć Wam zdjęcia.

W tych okolicach mamy również dwa rezerwaty przyrody. Pierwszy o nazwie Orlikowskie Łąki (niedaleko znajduje się osada Orlik); oraz drugi, przy którym można troszkę się zaśmiać. Mianowicie nazywa on się Gołe Bagno. Nie wiem skąd się wzięła owa golizna, prawdopodobnie z faktu, że nie jest zarośnięte.

Docieramy do Plichty, gdzie skręcamy w lewo na drogę, która jest oznaczona na mapach jako „Plichtowska Linia”. Ponownie wędrujemy ścieżką rowerową. W dalszym ciągu można natknąć się na liczne grzybki, między innymi sowy oraz maślaki. Cały czas kierujemy się na zachód aż do końca jeziora, gdzie leży wioska Szeląg (Toć to siok :o). Właściwie wioska to trochę hiperbola, bo są tam 4 domki.

Dalej z ciekawszych atrakcji mamy Dąb Romualda i Dąb Kazimierza wraz z rokiem zasadzenia. Ogólnie w tym miejscu miałem zamiar iść dalej na zachód przez Miłomłyn i dalej „Muszelką” do Samborowa. Ale jak zwykle pochwaliłem dzień przed zachodem słońca. Bo oto zaczęło padać. Więc szybko musiałem kombinować jak najkrótszą trasę do pociągu.

Zatem po minięciu dębów skręcamy w lewo w kierunku południowym do osady Faltyjanki, gdzie przez chwilę wędrujemy żółtym szlakiem. W tej wsi również mamy kilka domków z drewnianymi okiennicami, oraz (ku mojej wielkiej uciesze) Dorrfriedhof, czy jak kto woli po prostu cmentarz ewangelicki. Jak do tej pory, był to jeden z najlepiej zachowanych tego typu obiektów w mojej wędrowniczo-literackiej karierze. Co prawda nazwisk na tablicach zachowało się niewiele, właściwie tylko jedna i to jeszcze nadtłuczona, ale zawsze coś. Za to groby są w dosyć dobrym stanie.

Wędrujemy dalej żółtym szlakiem na południe, po drodze spotykamy zielony. I we dwóch mijamy bagna będące fragmentem Jeziora Faltyjańskiego. Wędrujemy w ciszy przez las (znaczy w tym przypadku ciszę przerywały odgłosy deszczu), ale w pewnym momencie coraz wyraźniej słyszymy odgłosy szosy. Zbliżamy się do drogi S7, lub jak ktoś woli E77. Łączy ona Trójmiasto z przejściem granicznym ze Słowacją w Chyżnem. Prowadzi między innymi przez Warszawę i Kraków. Zatem, cytując klasyka: „Ruch jak widzę spory? A tak spory, dziękować”.

My oczywiście nie wędrujemy samą drogą, bo jest to zabronione, a jedynie poboczem. Jednak nawet tam przejeżdżało dużo samochodów. Na szczęście te szkodliwe warunki towarzyszą nam tylko przez niecałe pół kilometra. Wtedy to przechodzimy pod estakadą na drugą stronę i docieramy do Pilawek. Tam oprócz żółci i zieleni dołącza do nas również błękit. My jednak na skrzyżowaniu wybieramy trasę prosto pod górkę, gdzie akurat nie prowadzi żaden szlak. Podejście w ty miejscu jest dosyć strome, można nawet odnieść wrażenie, że jesteśmy w górach, zwłaszcza przy takiej pogodzie.

Wędrujemy około dwóch kilometrów nieoznakowaną ścieżką na południe (z lekkim odchyłem na zachód) i docieramy do charakterystycznej ścieżki rowerowej oznaczonej pomarańczowym znakiem z kołem młyńskim. Prawdopodobnie symbol wziął się stąd, że ścieżka prowadzi do Miłomłyna 😀

Jednak nie jest to zwykła droga dla jednośladów. Mamy tu do czynienia z podobną sytuacją, jaka spotkała warmińsko-mazurski odcinek dawnej linii kolejowej nr 251. Tu również kiedyś biegły tory! A konkretnie numer 257 z Ostródy do Morąga. W internecie można wyczytać, że ruch zawieszono tu w 1992 roku, więc dużo wcześniej niż u nas. Ciężko zatem dostrzec pozostałości dawnego torowiska, ale dla wprawnego oka coś się znajdzie. Tak było i w tym przypadku 😀 Znajdują się między innymi fundamenty dawnych słupów (klasyk); jak również pozostałości po wiadukcie. Napotkałem nawet jeden słupek hektometryczny. Jednak najciekawsze według mnie są schody donikąd. Znaczy obecnie donikąd, bo patrząc na lokalizację można stwierdzić, że należały one do infrastruktury pierwszego przystanku na trasie, to jest do Kliniaka (w mianowniku „Kliniak”). Nazwa kojarzy się jednoznacznie wiadomo z czym. Ale tu chodzi prawdopodobnie o półwysep, który klinem wdziera się w jezioro. Przez ostatnie kilka kilometrów równolegle do naszej trasy biegnie również Camino, by ostatecznie tuż przed Ostródą dołączyć do nas.

Zaraz za tym miejscem docieramy do grobli na Jeziorze Drwęckim, którego wody oblewają Ostródę z dwóch stron. Prowadzi tędy zabytkowy most nad akwenem. Za przeprawą wędrujemy jeszcze kilkaset metrów ulicą Słowackiego do stacji kolejowej.

Dziś krótki spacerek, niecałe 33 kilometry. Ale to nie moja wina, tylko deszczu 😀

Opublikowane przez Maron_wędruje

Pochodzę z Brodnicy w kujawsko-pomorskim, lubię piesze wycieczki po okolicy i nie tylko

Dodaj komentarz