Rozdział IV – Od 131 przez 208 do 201.

Znowu jakiś dziwny tytuł liczbowy. Co to, jakiś szyfr? Czy jakieś działanie matematyczne? Albo może jakiś Kod Ma Ronczi? Nieee. To są oczywiście numery linii kolejowych. Ale co gdzie i kiedy? Już tłumaczę. Zaczynamy w naszych ulubionych Laskowicach Pomorskich.

Ehhh te Laskowice. Las Palmas. L.A. Co się naczekałem tam na przesiadkę, to moje Dlatego tak bardzo lubię tę miejscowość i dlatego kolejna już trasa ma swój początek właśnie tam. Znaczy póki co druga, ale zaprawdę powiadam Was, że będzie tego więcej. Za pierwszym razem szliśmy przez Smętowo do Morzeszczyna (https://maronwedruje.com/2025/06/15/rozdzial-i-laskowice-smetowo-morzeszczyn/), czyli najprościej rzecz ujmując w kierunku północno-zachodnim. Dzisiaj pójdziemy sobie na północny wschód, jednak zdecydowanie bardziej na wschód niż północ 😀 A skąd się wziął w mojej główce taki kierunek? Przecież magistrala prowadzi od Laskowic na południowy wschód, czyli troszkę gdzie idziej. Już tłumaczę. Przypomniałem sobie o istnieniu miejscowości Wierzchucin. Tam znajduje się węzeł kolejowy, mianowicie linia 208 przecina linię 201. Ta pierwsza jest już nam bardzo dobrze znana z wielu wycieczek; prowadzi z Działdowa przez Brodnicę, Jabłonowo, Grudziądz, Laskowice i właśnie Wierzchucin do Chojnic. Obecnie na odcinkach Działdowo – Brodnica oraz Laskowice – Wierzchucin ruch pociągów jest zawieszony, jednak na tym drugim planowane jest jego wznowienie w grudniu 2026 roku (w tym samym terminie mają również powrócić Arrivki z Brodnicy do Rypina, ale to zagadnienie na osobny post).

Ale wracając do Wierzchucina. Postanowiłem sprawdzić, czy da radę ogarnąć trasę z Laskowic w ciągu jednego dnia i ku mojemu zaskoczeniu (oczywiście pozytywnemu) pokazało mi 46 km. Zatem odległościowo bez problemu, pozostaje jeszcze kwestia czasowa. Bo wiadomo, dotrzeć tam z buta to jedno, ale jeszcze trzeba wrócić pociągiem tego samego dnia. W dzień powszedni sytuacja wygląda dobrze, bo można zaliczyć przesiadkę w Grudziądzu na kolejną Arrivkę do Bydgoszczy, wysiąść w Maksymilianowie, tam mamy około 5 minut na przesiadkę i dotrzeć do Wierzchucina. Mi jednak padło wybrać się w weekend, a wtedy ta Arrivka z Grudziądza dociera tylko do Laskowic. Więc trzeba było w drugą stronę. Na szczęście powrót pasuje nawet w soboty i w niedziele. Tylko wtedy przez Szlachtę i Osie, czyli w drugą stronę. No ale trudno się mówi, najważniejsze, że da radę.

I znowu się rozgadałem, ehhh. Z dworca kolejowego w Laskowicach ruszamy na wprost niebieskim szlakiem do ulicy Długiej. Jest to dosyć uczęszczana droga wojewódzka nr 272, na szczęście wędrujemy nią jedynie krótki odcinek. Ciekawostką jest fakt, że w tak małej wsi, która nawet nie jest gminną znajdują się dwa męskie zakony. Są to Werbiści i Oblaci (nie mylić z „obleci”). Oba mijamy na swojej drodze. Zaraz za nimi w prawo odchodzi ulica Oska (w sensie, nie że „ośka” czyli dzielnica; tylko Oska, czyli że prowadzi do Osia). Docieramy wreszcie do przejazdu kolejowego na liniach nr 131 oraz 208, jednak my nie mijamy torów, tylko idziemy dalej wzdłuż nich szlakiem koloru nieba. Po 2 kilometrach docieramy do Osłowa, gdzie wbrew nazwie nie spotkałem żadnego osła. Zaraz za nią tory rozdzielają się. My jednak odchodzimy od nich wraz ze szlakiem. Chwilowo mamy asfalt, ale to tylko na kilkadziesiąt minut; bowiem w pewnym momencie główna droga prowadzi prosto, a my skręcamy szlakiem w lewo w szutrówkę. Po kolejnych kilku serpentynach i zakrętach w lewo i w prawo. Docieramy do pierwszego większego (w tym przypadku to słowo idealnie pasuje) interesującego obiektu na naszej trasie. Jest to Kamień Św. Wojciecha, lub jak kto woli Diabelski Kamień. Pierwsza nazwa wzięła się stąd, że według legendy Święty Wojciech wygłosił stąd jedno ze swoich kazań podczas pielgrzymki do Prus. A druga pochodzi od innej historii, że diabeł przenosił głaz żeby zablokować nim nurt rzeki Wdy, jednak nie zdążył przed świtem i pozostawił go w tym miejscu. Sam obiekt jest oczywiście eratykiem (znamy już to słowo w wycieczki na Dylewską Górę: link). Jednak ten jest dużo większy. Jak podaje Wikipedia jego obwód wynosi 24,5 m, wysokość 3,8 m, a szerokość 8,8; i jest on trzecim co do wielkości głazem narzutowym w Polsce. Zatem przy tych rozmiarach można spokojnie się wspiąć na górę i podziwiać panoramę. Obok mamy również kilka tablic informacyjnych, a nie co z boku znajduje się nawet wiata przystankowa z miejscem do siedzenia. Tak więc możemy sobie zrobić przerwę.

Nam jednak jeszcze nie przerwa w drodze, dopiero pokonaliśmy niecałe 10 km. Za kamieniem, mniej więcej 200 metrów docieramy do skrzyżowania z trochę szerszą, ale nadal nie asfaltową drogą, gdzie mamy nawet parking dla samochodów. Od tego momentu należy zachować czujność, bowiem szlak niebieski zaczyna być słabo oznakowany. Ja skręciłem w prawo, dopiero po kilku minutach skumałem, że prowadzi on dalej prosto pod małym kątem. Jednak nie dałem się wyprowadzić w pole, bowiem wraz z błękitem prowadzi również szlak konny. Jego oznakowanie jest w tym miejscu dużo bardziej wyraźne i po kilku kilometrach docieramy do pierwszego przystanku na odcinku Laskowice – Wierzchucin, to jest do Leosi. Jak ktoś zmęczony, to może oczywiście sobie odpocząć, ale moja godzina jeszcze nie nadeszła. Przy dawnym budynku dworca zaczyna się również szlak żółty i od tego momentu wędrujemy barwami ukraińskimi. Jednak tylko przez chwilę, bo niedługo błękit skręca w lewo, a nam dalej towarzyszy sama żółć. Wędrujemy teraz w kierunku północno-zachodnim. W tym miejscu mamy do czynienia ze starotorzem, bowiem około roku 1950 wyprostowano nieco odcinek do Drzycimia. Żółty szlak prowadzi wschodnią częścią dawnego torowiska, potem jednak skręca bardziej na północ. Minęło już od tej daty ponad 70 lat, jednak, jak już nieraz pisałem, ślad po torach pozostaje na dłuuugo, W tym przypadku jest podobnie. Oczywiście jak zawsze w takich sytuacjach, wszystko pokażę Wam na mapce 😀

Jak widzimy, obecny przebieg jest sporo krótszy od starego. A czemu uczyniono taki zabieg? Nie mam pojęcia. Może ktoś kompetentny się wypowie? 😀 Wprawne oko dostrzeże również sporą ilość poziomnic, zwłaszcza na zachodzie, czyli dla niewtajemniczonych po lewej stronie. Oznacza to, że teren jest stromy. Co ma oczywiście swoje odbicie w rzeczywistości; znajduje się tam bowiem dolina Wdy. Jak ktoś był w Jarze Brynicy, albo w bardziej znanym Jarze Raduni, to tu droga wygląda podobnie, tylko oczywiście na mniejszą skalę i na znacznie krótszym odcinku. Tak więc etap z Leosi do Gródka jest jednym z najtrudniejszych dzisiejszego dnia. No ale to jeszcze troszkę, najpierw mijamy wiatę przystankową z dosyć osobliwym pomnikiem Papieża, następnie przez kładkę dla pieszych przechodzimy na drugi brzeg Wdy. Dalej mijamy oznaczenia w kształcie dębowego liścia, bo jak się okazuje prowadzi tędy szlak czarny dębowy. Obok przechodzi również Taki sam tylko niebieski. Oczywiście podane trasy nie występują na wszystkich mapach. Stromym zboczem opuszczamy starotorze i drogą w dół docieramy do kolejnego mostu, tym razem jest to Stara Wda. W tym miejscu należy znowu zachować ostrożność, bowiem „most” to jest dosyć górnolotne określenie. Mamy tu raczej do czynienia z kilkoma starymi spróchniałymi kłodami położonymi w poprzek rzeki. I to nawet nie na całej jej szerokości, tylko mniej więcej do trzech czwartych, więc i tak trzeba skakać. Za przeprawą mamy kolejne strome podejście i wychodzimy z dzikich terenów. Docieramy do wspomnianego wyżej Gródka. I zaraz na początku wsi kolejny alert. Bowiem szlak w aplikacji prowadzi prosto, a w terenie przebiega on przez prywatną działkę. Zapewne jest to kwestia kilku ostatnich miesięcy, bowiem dopiero widziałem tam palety z pustakami, także budowa jest w powijakach. Co nie zmienia jednak faktu, że szlak prowadzi przez środek działki, a my musimy wybrać ścieżkę w prawo, żeby rzeczoną działkę ominąć. Aha, żeby było śmieszniej, tej „objazdowej” drogi też nie ma na mapie 😀 No ale wszystko się wyjaśni jak zobaczycie screena z tego fragmentu.

Docieramy zatem do Gródka, po prawej stronie mijamy cmentarz i dalej główny plac we wsi. Tam skręcamy wraz z żółtym szlakiem w prawo w ulicę Kościelną, a następnie w Szkolną. Nią osiągamy rzekę Wdę, a wraz z nią koniec zabudowań. Na skrzyżowaniu idziemy w lewo w kierunku północnym. Po niecałych dwóch kilometrach oczom naszym ukazuje się sztuczne jezioro na Wdzie o nazwie Zbiornik Gródek. Znajduje się na nim tama oraz kapliczka maryjna na wyspie. Przechodzimy niedaleko wspomnianej tamy przez wodę (kolejnym wątpliwym mostkiem) i wchodzimy do lasu. W tym miejscu zgubiłem szlak, jednak go odnalazłem. Ale znowu na chwilę. Bo ogólnie plan był taki żeby ze wsi Spławie udać się dalej żółcią na północ przez Tleń i inne wsie, ale znalazłem na szybkiego informacje, że troszkę bardziej na południe jest Rezerwat Cisów Staropolskich. To ja oczywiście wybrałem wersję południową. Jak się potem okazało dałem się zrobić w przysłowiowego balona, ale o tym później.

Więc w Spławiu wybrałem drogę prosto przez las, dalej na skrzyżowaniu w lewo na południowy zachód, nad Jeziorem Sierosławek przez wieś Sierosław dotarłem do Lniana, a konkretnie do stacji kolejowej. Tu postanowiłem nieco zagłębić się w temat rezerwatu. No i wszystko bardzo fajnie, pięknie, najstarszy rezerwat przyrody w Polsce i drugi w Europie; nosi on imię malarza Leona Wyczółkowskiego, który wielokrotnie tam przebywał, przelewając później swoje przyrodnicze inspiracje na płótno. Tylko znalazłem dopisek, że rezerwat jest od 2022 roku zamknięty z powodu obumarłych drzew, powodujących zagrożenie dla życia i zdrowia zwiedzających.

No ale niestety, słowo się rzekło. Od rozstaju z żółtym szlakiem przeszedłem ponad 12 km i już nie da rady się cofnąć. Myślę sobie: „A c**j tam, jak nie da rady wejść do środka, to chociaż przejdę się obok”. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Zatem od Lniana (które na marginesie jest ostatnim przystankiem przed Wierzchucinem) poszedłem dalej na zachód czarnym szlakiem. Początkowo wzdłuż toru, dalej przez Słępiska i Hutę dotarłem do wsi Cisiny. Czyli pewnie to gdzieś tutaj, sądząc po nazwie. Nie myliłem się, niedługo ukazał się płot wraz z tabliczką informującą o zakazie wstępu. Cały rezerwat jest sporych rozmiarów i w jego wnętrzu znajduje się również jeziorze o nazwie Mukrz. Dotarcie do jego końca (w sensie rezerwatu, nie jeziora) pochłania prawie 2 kilometry.

Finalnie docieramy do przejazdu kolejowego na linii nr 201, tam też znajduje się skrzyżowanie szlaków. Żółty i zielony prowadzą na zachód, a my dalej czarnym maszerujemy w kierunku północnym. Oczywiście jak zawsze czekała mnie niespodzianka. Mianowicie od skrzyżowania do wsi Mukrz, czy ponad 1,5 kilometra szlak prowadzi najpierw przez zarośnięty las, potem przez trzęsawiska, czy tam bagna. I to takie bagna, że nawet jak wszędzie panuje susza, to tam i tak jest woda. Ja miałem to szczęście, że tylko raz wpadłem jedną nogą, ale ogólnie na tym trudnym terenie nie ma żadnego czarnego znaku i trzeba się posiłkować nawigacją, bo inaczej można krążyć w kółko. W Mukrzu mamy granicę powiatu świeckiego i tucholskiego, szlak czarny skręca w lewo przez tory, gdzie spotyka się z niebieskim. Jednak znowu tylko na chwilę, bo błękit prowadzi w lewo w kierunku Wysokiej, a czerń prosto na północ wzdłuż torów do Wierzchucina. Po około 2 kilometrach docieramy do otynkowanego budynku stacji kolejowej.

Ktoś w tym momencie może spytać skąd w środku lasu taki duży węzeł? W końcu linia 208 krzyżuje się tu z 201. Ta pierwsze to wszyscy wiedzą, ale 201? Jest to tak zwana stara magistrala, jej temat poruszałem już we wstępie do Magistrali (https://maronwedruje.com/2025/06/12/zamiast-wstepu/). Obok stacji Wierzchucin mamy drugą, mianowicie Wierzchucin Stary. Bowiem linia 208 była na pierwsza, w tym miejscu mamy również do czynienia ze starotorzem. Jeśli ktoś ma chwilkę tak jak ja, to warto przejść się czerwonym szlakiem do wspomnianego przystanku, zajmie nam to około 20 minut. Po drodze mamy 3 tabliczki informujące nas o dawnym niemieckim poligonie oraz wieżę ciśnień w trochę lepszym stanie niż nasza brodnicka (to znaczy, że można wejść do góry, ale na własne ryzyko).

Ale wspomniałem o kolejnym starotorzu dzisiejszego dnia. Linia 201 powstała później niż 208 i skrzyżowanie obu tras wymusiło budowę węzła troszkę na wschód od Starego Wierzchucina i niejako „zakrzywienie” toru linii nr 208, który z Wierzchucina w kierunku Tucholi przebiega teraz ostrym łukiem (teraz czyli od lat 30 XX wieku, kiedy to linia była budowana). Ślady po słupach są naturalnie nadal widoczne, a na miejscu dawnego toru biegnie droga.

W ogóle sama stacja jako taka jest niejako ciekawostką i swoistym skansenem kolejowym. Wszędzie mamy do czynienia z semaforami kształtowymi, nawet występuje rarytas w postaci trójstawnych tarcz ostrzegawczych. Niektórzy mogą nie wiedzieć co to znaczy, dlatego wstawiam zdjęcia. W Brodnicy jeszcze niecałe 10 lat temu też mieliśmy do czynienia z kształtówkami, jednak zmienili je na świetlne. Moim zdaniem jeśli coś działa, to po co zmieniać. Ale to tylko moja opinia, PKP ma swoje teorie, których nikt nie zrozumie.

Z Wierzchucina wracamy z przesiadkami w Szlachcie, Laskowicach i Grudziądzu. Ale wszędzie elegancko po kilka do kilkunastu minut. Przy okazji należy wspomnieć, że zarówno linia 201 jak i trasa 215 z Czerska przez Szlachtę do Laskowic są po kapitalnym remoncie, także jazda tędy to sama przyjemność.

Opublikowane przez Maron_wędruje

Pochodzę z Brodnicy w kujawsko-pomorskim, lubię piesze wycieczki po okolicy i nie tylko

Dodaj komentarz