Szlak Czarny/Czerwony/Niebieski – Z Nowego Miasta Lubawskiego przez Wzgórza Dylewskie oraz śladami przedwojennej linii kolejowej do Samborowa

Jeśli widzimy w tytule NML (Nowe Miasto Lubawskie, byliśmy tu już kiedyś podczas wycieczki do Piaseczna (https://maronwedruje.com/2023/07/31/wokol-komina-5-nml-lidzbark-piaseczno/) oraz do Iławy (https://maronwedruje.com/2024/06/16/wokol-komina-12-sladem-dawnej-linii-kolejowej-nr-251-do-ilawy/), to wiadomo, że wycieczka musi odbyć się w dzień powszedni, bo tylko wtedy jeżdżą tam autobusy. Znaczy w weekendy też jeżdżą, ale pierwszy jest dopiero koło 10, więc trochę późno na całodzienne łażenie.

Mamy do wyboru dwa kursy. O 5:30 dookoła prze Ciche i Tereszewo oraz o 6:45 bliższą drogą przez Brzozie. Pierwszy jest na miejscu o 6:30, a drugi o 7:30, więc matematykę zostawiam Wam.

Wysiadamy na końcowym przystanku, to jest na dworcu autobusowym, gdzie obok stoi również dawny budynek stacji kolejowej. Wychodzimy z placu i kierujemy się w lewo w kierunku północnym dawną wylotówką na Ostródę (obecnie większość ruchu tranzytowego przejęła obwodnica miasta) czyli ulicą Grunwaldzką. Po nieco ponad kilometrze po prawej stronie widzimy pole z ogrodzonym murem terenem. Są to ruiny dawnego klasztoru franciszkanów. Jednak jeszcze przed nimi skręcamy w ulicę Mszanowską, która jak sama nazwa wskazuje prowadzi do Mszanowa. (nie mylić z Mszanem pod Brodnicą). Po chwili przechodzimy przez most nad Drwęcą, która w tym rejonie jest znacznie węższa niż w Brodnicy.

Na pierwszym skrzyżowaniu przy urzędzie gminy wybieramy drogę w lewo, następnie znowu w lewo. Początkowo ulica nosi imię Działyńskiego. Mówi Wam coś to nazwisko? Jeśli nie, to radzę zagłębić się w historię naszego miasta Na kolejnym skrzyżowaniu Działyńskiego zmienia nazwę na Leśną. A skoro Leśna, to mamy też las. Przez rzeczony las wędrujemy jeszcze mniej więcej 500 metrów. I tu mamy dwie możliwości. Dalej prosto do centrum wsi Bratian i obok zamku krzyżackiego, albo w prawo mniej uczęszczaną ścieżką pod estakadą drogową. Ja oczywiście wybrałem tę drugą opcję. Jednak jest ona trochę bardziej skomplikowana i można się z lekka zgubić, dlatego pozwolę sobie na małą opisówkę.

Jak już wyżej wspomniałem, z Leśnej skręcamy w prawo, dalej za zabudowaniami przypominającymi tartak wybieramy szutrową ścieżkę w lewo, która prowadzi bezpośrednio do estakady. Za nią po lewej stronie dostrzeżemy rzekę Wel. Jednak póki co jej nie przekraczamy. Nastąpi to dopiero kiedy pojawią się zabudowania i zacznie się asfalt. Owe osiedle według mapy nosi wdzięczną nazwę Młyn na Kaczku (obok znajduje się również właściwa wieś Kaczek).

Za mostem po prawej stronie mijamy pozostałości po dawnym młynie, za którym główna droga skręca gwałtownie w lewo, a my wybieramy wąską ścieżkę pod górkę w prawo. Po chwili docieramy do czarnego szlaku, który będzie nam towarzyszył przez dłuższy czas. Obieramy kierunek na wschód (cytując znany polski film: „Kierunek wschód, to musi być jakaś cywilizacja!”). No i będzie, będzie. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Póki co nie mamy zbyt dużo tej „cywilizacji”. Jedynie las, drzewa i inne takie. Po jakimś czasie mijamy króciutki wąwozik, a po lewej stronie również pojawia się woda. Jest to jezioro Rakowickie. Nie mylić z ulicą Rakowiecką w Warszawie. Nazwa bierze się od wsi Rakowice. Jest to również przystanek kolejowy na linii nr 9 Gdańsk – Warszawa (kolejny cytat z innego filmu: „Ruch jak widzę spory? A tak spory, dziękować”). Niedługo po jeziorku przechodzimy pod torami wymienionej wyżej linii. Sama stacja zostaje z boku, ale wieś mijamy. Co prawda nie przechodzimy przez ścisłe jej centrum, ale zawsze coś.

Niestety wieś oznacza również nasz ulubiony asfalt. W poprzednim wpisie obliczaliśmy współczynnik asflatyzacji, tutaj też będzie on spory. Z Rakowic czarnym szlakiem przez Targowisko Dolne (niedaleko jest również Targowisko Górne) docieramy do największej miejscowości po drodze, to jest do Lubawy. Zaraz za zieloną tabliczką z nazwą miejscowości mijamy jeszcze jedno torowisko, tym razem pojedyncze. Jest to bocznica do zakładów produkujących meble dla Ikei (coś podobnie jak nasz SiTS). Odgałęzia się ona od głównej linii nr 252 Zajączkowo – Lubawa i szczerze mówiąc gdyby nie owa bocznica, to ruch dawno by tu ustał.

W Lubawie zatrzymajmy się na chwilę. Nowe Miasto Lubawskie, Zajączkowo Lubawskie, Ziemia Lubawska, Garb Lubawski. Dlaczego wszystko wzięło nazwę od tego miasta? Odpowiedź jest prosta. Rozwinęło się ono jako pierwsze na tym terenie. W 1216 roku papież Innocenty III potwierdził przekazanie tej ziemi (czyli, a jakże by inaczej, Ziemi Lubawskiej) biskupowi pruskiemu. Od tego czasu nastąpił prężny rozwój tych terenów. Samo miasto liczy ponad 10 tysięcy mieszkańców, czyli jest całkiem spore. Jednak nie jest siedzibą powiatu, bo należy do iławskiego.

Warto jednak zwrócić uwagę na jedną rzecz. Zarówno Nowe Miasto jak i Lubawa mają około 10 tysięcy mieszkańców, czyli są trzy razy mniejsze od Brodnicy. A zarówno tu i tu funkcjonuje kino. A u nas? Ahh, szkoda gadać, szkoda strzępić ryja.

Przechodzimy przez miasta główną arterią wschód – zachód. Najpierw jest to ulica Przemysłowa, za pierwszym rondem dochodzą do nas drogi wojewódzkie, odpowiednio nr 541 i 536. W tym miejscu ulica zmienia też nazwę na Gdańską. Cały czas wędrujemy czarnym szlakiem. Mijamy kolejne rondo, dalej po prawej mamy kościół pw. Św. Jana Chrzciciela i Św. Michała Archanioła, a za nim park miejski. A właściwie oficjalnie nazywa się on „Łazienki Park”; nie wiem skąd to nawiązanie do Warszawy, ale się domyślam. Na jego terenie znajdują się dwa stawy połączone rzeczką. Megalomania połączona z kompleksem małego miasteczka w czystej postaci. Z kolei po lewej stronie widzimy ruiny zamku. Znaczy widzimy nowoczesny obiekt, który powstał na ruinach i w ogóle nie przypomina dawnej warowni. Ulica tymczasem zmieniła nazwę na Krzysztofa Kupnera. Maszerujemy nią jeszcze chwilkę do skrzyżowania z Polną, gdzie skręcamy wraz z czarnym szlakiem w prawo.

Owa Polna na początku tylko z nazwy jest polna, bo towarzyszą nam zabudowania. Dopiero po pół kilometrze i skręcie w lewo zaczynają się faktyczne pola. Z resztą nazwy sąsiednich ulic są adekwatne: Rolna i Zbożowa. Plusem tego jest fakt, że kończy się asfalt i wchodzimy na szuter. Po około 2 kilometrach mamy kilka domków, na mapie oznaczonych jako Fiugajki. Dalej podchodzimy delikatnie pod górkę i trochę bardziej stromo z górki. Kolejną miejscowością na trasie jet Omule. My jednak je omijamy, przed wsią skręcamy w lewo według drogowskazów na Napromek. Niestety, wiadomo, że jak są drogowskazy, to musi być też asfalt. W Napromku krzyżujemy się po raz kolejny z drogą wojewódzką nr 537. Ściślej mówiąc docieramy do niej i cofamy się nią około 200 metrów, po czym skręcamy w prawo. Po drugiej stronie szosy mamy czerwone znaki „Park Krajobrazowy Wzgórz Dylewskich”. Czyli nasz cel jest blisko.

A co jest tym naszym celem? Najwyższe wzniesienie morenowe w okolicy i drugie w Polsce (po Wieżycy) wzniesienie w pasie pojezierzy. Pierwszy szczyt ma 329 m.n.p.m, a Góra Dylewska 312 m.n.p.m. Ale do szczytowania jeszcze chwila. Eehh, te skojarzenia, ale to dopiero ich początek. Bowiem zaraz za Napromkiem napotykamy na pierwszy z kilkudziesięciu dziś erotyków. No dobra, specjalnie tak napisałem. Chodzi mi oczywiście o eratyki, zwane też głazami narzutowymi. Ale skąd taka kojarząca się z pornografią nazwa? Wbrew pozorom nie ma to nic wspólnego z tą branżą. Owe głazy porwał podczas swojej ekspansji na południe lądolód i tak sobie rzucił je gdzie popadnie. Samo słowo eratyk pochodzi od łacińskiego „errare” czyli „mylić się, błądzić”. Między innymi od tego mamy angielski słowo „error” czy polską „erratę”. Pasuje do tej sytuacji w stu procentach, bowiem owe skały niejako „zbłądziły” podczas swojej podróży.

Ale nie są to jakieś tam małe kamyczki, które możemy zabrać do plecaka na pamiątkę. Głazy narzutowe przeważnie są wyższe od człowieka, nie wspominając już o wadze. A w tym regionie jest ich tyle, że większość ma swoje przydomki, podobnie jak szczyty w górach.

Tak więc mamy między innymi Szaraka, Śpiącego Psa, Strażników Krajobrazu (dwa eratyki obok siebie); Lubstynecki Moai (od tutejszej wsi Lubstynek, nie mylić z Łubstychem z tej wycieczki (https://maronwedruje.com/2024/05/15/szlak-zolty-czesc-0-1-olsztyn-lubajny/) oraz Kobyłę.

Za Lubstynkiem krążymy trochę w lewo, trochę w prawo i docieramy do Glaznoty (wbrew pozorom nie Głaznoty). Wcześniej jednak znajduje się odkrywkowa żwirownia, podobna do tej jaką napotkaliśmy w zeszłym roku w Brzezinkach (https://maronwedruje.com/2024/04/10/wokol-komina-9-jablonowo-ciche-brodnica/). W samej wsi mamy również agroturystykę Koń na Biegunach, gdzie jak sama nazwa wskazuje możemy sobie trochę poklaczyć, czy jak kto woli porumaczyć.

Jednak dla mnie najciekawsze jest to co za końmi, czyli zabytkowy wiadukt na dawnej linii kolejowej z Turzy Wielkiej do Samborowa. Same tory zostały zaorane (czytaj: wykradzione) jeszcze w trakcie drugiej wojny światowej przez naszych przyjaciół zza wschodniej granicy, z resztą podobnie jak większość w północno-wschodniej Polsce. Oczywiście ślad i nasypy pozostały. W związku z tym, że to już baaardzo dawna historia, linia nawet nie posiadała swojego numeru. A sam wiadukt jest czynny do dziś i jako zabytek został nawet odrestaurowany. Można śmiało przejść się nim, na drugiej stronie znajdują się nawet tablice informacyjne oraz miesjce parkingowo-postojowe.

Wędrując dalej napotykamy na czerwony i czarny szlak (ale inny niż przedtem). Nawet znajdują się tam drogowskazy dla pieszych. My wybieramy czerwień i kierunek na Wysoką Wieś. Wreszcie pierwszy raz czujemy namiastkę prawdziwych „gór”, bo wyraźnie się wspinamy. Po drodze po lewej stronie jest kilka luksusowych domków, zwanych tutaj siedliskami. Nawet prowadzą do nich drogowskazy o konkretnym numerze. Okazało się, że są to ośrodki wypoczynkowe Spa Wellness Pani Ireny Eris czy jakoś tak. Nie wiem, nie znam się na mitologii greckiej.

Po kilku kilometrach ponownie czerń i czerwień spotykają się. Jesteśmy już w Wysokiej Wsi. Idziemy na skrzyżowaniu w prawo, po czym znowu w lewo według drogowskazów do Góry Dylewskiej. Szczerze mówiąc z tej strony nie wygląda to nawet jak góra, tylko bardziej jak płaskowyż. Sam szczyt jest dosyć sporych rozmiarów i nawet nie czuć który punkt jest najwyższy. Stoi tam kilka wież: jedna telewizyjna, jedna telefoniczna, jedna do wykrywania pożarów oraz czwarta, która nas najbardziej interesuje. Czyli widokowa. Przypomina popularne ostatnimi czasy konstrukcje tego typu, jest zbudowana na planie czworoboku, a na szczyt prowadzą zakręcone schody skręcające o 90 stopni na każdym piętrze. Co ciekawe, wieża ta wcale nie znajduje się na samym szczycie, według moich pomiarów jest tu „zaledwie” 308 m.n.p.m. Najwyżej stoi pożarowa konstrukcja w białym kolorze.

Przeczytałem w ciekawostkach, że przy dobrej widoczności z samej góry widać Obwód Kaliningradzki. Bardzo ciekawa i śmiała teoria. Ale wracajmy na ziemię.

Dalej mamy kolejne trudne słowo i znowu jest ono związane z geologią. Dobrze, że tym razem nie kojarzy się dwuznacznie. Chodzi mianowicie o lapidarium. W skrócie jest to muzeum skał. Jak nie trudno się domyśleć, chodzi o eratyki. Ale niech zdjęcia dopowiedzą szczegóły.

W okolicy lapidarium zaczyna się też ścieżka edukacyjna z licznymi tablicami informacyjnymi. Na jej końcu mamy jezioro Francuskie, które stanowi pozostałości wytopiska po zlodowaceniu bałtyckim, czyli ostatnim jak do tej pory znanym nam tego typu wydarzeniu.

Także nad jeziorem dołącza do nas szlak niebieski, który będzie nam towarzyszył już nam do końca. Ogólnie rzecz biorąc schodzimy z górki aż do wysokości około 100 m.n.p.m. Docieramy do Pietrzwałdu i niestety zaczyna się asfalt (znowu, ehhhh). Za Pietrzwałdem jest Napromek, a za nim krzyżujemy się z drogą krajową nr 15. Jednak wędrujemy nią tylko chwilę, po 200 metrach skręcamy w prawo. Od tego momentu szlak prowadzi starotorzem wspomnianej już wcześniej linii z Turzy Wielkiej do Samborowa. W początkowej fazie napotykamy niestety na liczne przeszkody, jak na przykład krzaki, drzewa i inne zarośla. Widać, że nikt nie dba o swobodny przebieg szlaku. Dopiero mniej więcej w połowie, w okolicy wsi Gruda dochodzi do nas ścieżka rowerowa, także od tego momentu mamy trasę like a boss.

Próbowałem po drodze natknąć się na jakieś ślady dawnych stacji i innych budowli, ale minęło tyle lat, że nic już nie widać. Może lokalsi wiedzą gdzie szukać, ale ja oprócz kilku ziomeczków na ciągnikach nikogo nie spotkałem. Dopiero pod samym Samborowem przejeżdżało kilku rowerzystów, a tak to bieda. We wsi szlak prowadzi dalej prosto do głównej ulicy Ostródzkiej i do dworca kolejowego, ja jednak skróciłem sobie drogę Szkolną i przez kładkę koło Dino również do dworca. Tuż przed nim dochodzi żółty szlak, którym w zeszłym roku przyszliśmy z Iławy (https://maronwedruje.com/2024/05/19/szlak-zolty-czesc-1-ilawa-lubajny/).

Jak wrócić z Samborowa do Brodnicy? Oczywiście pociągiem przez Iławę i Jabłonowo.

Łączna długość trasy wyniosła 54,3 km, czyli jak do tej pory jest to najdłuższa wyprawa. Współczynik asfaltyzacji wyniósł jedynie 30,64 procenta, czyli mniej niż się spodziewałem 😀 Jako ciekawostkę wstawiam wykres przedstawiający wycieczki o jak do tej pory najwyższym współczynniku. Enjoy!!!

Zapomniałem o jeszcze jednej ciekawostce. Mianowicie jest to profil wysokościowy trasy. Też dosyć przydatna rzecz.

Opublikowane przez Maron_wędruje

Pochodzę z Brodnicy w kujawsko-pomorskim, lubię piesze wycieczki po okolicy i nie tylko

Jedna odpowiedź na “Szlak Czarny/Czerwony/Niebieski – Z Nowego Miasta Lubawskiego przez Wzgórza Dylewskie oraz śladami przedwojennej linii kolejowej do Samborowa

Dodaj komentarz