Jak do tej pory wszystkie trasy w tym sezonie były „wokół komina”. Ale ileż można się wokół niego kręcić. Grozi rzygiem. Także postanowiłem wziąć się za trasy znakowane, zwane też”szlakowymi”.
Jedziemy autobusem do Gronowa. Znajduje się ono na drodze krajowej nr 15 przed Toruniem. Jest tam duży kompleks szkół zawodowych. Ogólnie to planowałem wyruszyć z Kowalewa, znanego nam już z zeszłorocznej „zielonej” wycieczki (https://maronwedruje.com/2024/05/31/szlak-zielony-3-kowalewo-jablonowo/), ale po przeanalizowaniu mapy okolicy stwierdziłem, że jednak bardziej atrakcyjna będzie ta opcja.

Zatem z przystanku autobusowego w Gronowie kierujemy się około 100 metrów wstecz do skrzyżowania, po czym skręcamy na północ (czyli w lewo) w szlak koloru niebieskiego. Początkowo szeroki asfalt wkrótce zmienia się trochę węższy, żeby po około 2 kilometrach zniknąć całkowicie na rzecz naszej ulubionej szutrówki. Mniej więcej w tym samym czasie wchodzimy do lasu, czyli już w ogóle raj na ziemi. Po kolejnych kilkuset metrach po prawej stronie mamy bardzo ciekawą atrakcję dla miłośników starych grobów, cmentarzy itd. Niestety nie ma tam żadnego drogowskazu, więc trzeba polegać na nawigacji. Zbaczamy ze szlaku o około 200 metrów w prawo. Jest tam mauzoleum rodu Von Wolff. A kim byli owi Von Wolffowie? Już spieszę z wyjaśnieniem.


Władali oni tymi ziemiami w XVIII i XIX wieku. Sam budynek jest okrągły, przypomina nieco rotundę i jest datowany na około 1860 rok. Niestety mimo wpisania na listę zabytków, niszczeje z dnia na dzień. Jest tam niby tabliczka, że obiekt monitorowany, ale ciężko w to uwierzyć.
Ale wracamy na szlak. W dalszym ciągu wędrujemy w kierunku północnym. Troszkę za grobowcem po lewej stronie jest mała polanka wraz z wieżą, która na mapach jest oznaczona jako widokowa, jednak jak się okazuje stanowi ona zaledwie konstrukcję dla telefonii komórkowej.

Idąc dalej przez bukowo-brzozowy las docieramy do torów kolejowych. Jest to linia 353, której nie trzeba chyba przedstawiać, bo wystąpiła już na wieeelu trasach. Wspomnę tu tylko, że dzisiejszy fragment, to akurat okolice przystanku Kamionki-Jezioro. Jak sama nazwa wskazuje, składa się on z dwóch części: Kamionek i Jeziora. Wspomniany akwen mamy zaraz za torami, wraz ze sporą plażą i opuszczonym ośrodkiem wypoczynkowym (jakby zejść ze szlaku stronę wody, to oczywiście są też czynne miejsca). W sezonie pełno tu toruńskich plażowiczów.

Natomiast drugi człon, czyli Kamionki, to właściwie dwie osobne wioski: Kamionki Duże i Kamionki Małe. Akurat ja nie przechodziłem przez żadne z nich. To znaczy szlak prowadzi przez Duże, ja jednak zrobiłem sobie skrót, ale o tym za chwilę.



Idąc dalej wschodnim brzegiem jeziora przechodzimy je prawie całe wzdłuż, pod koniec mijamy nadjeziorne domki letniskowe, a wcześniej nasza ścieżka zmienia się w wąwozową, zarośniętą i wyboistą jednopasmówkę. Za wspomnianymi wyżej domkami szlak prowadzi dalej brzegiem, a my wspinamy się kolejną wąską ścieżką w prawo do nieco szerszej drogi. Wtedy naszym oczom ukazuje się kolejne dzisiaj torowisko, a właściwie jego pozostałości. Są to ślady linii 209. Jak powszechnie wiadomo (albo i nie, ale można się tego dowiedzieć z tego bloga 😀 linia ta została zaorana na odcinku z Brodnicy do Kowalewa. A tu z kolei jest dalszy fragment, znaczy z Kowalewa do Chełmży. On oficjalnie nie został fizycznie zlikwidowany i ciągle widnieje w wykazie linii, jednak jak widać na zdjęciach różnie to wygląda.


Jednak oprócz (staro)torza jest tu jeszcze inna ciekawa rzecz. Mianowicie z drugiej strony drogi, czyli po lewej jest stary cmentarz. A jak stary, to wiadomo, że ewangelicki. A ja jako EwangelikoNekropolioFil (neologizm stworzony przeze mnie na potrzeby tego wpisu, chyba nie muszę tłumaczyć co oznacza) nie mogłem sobie odpuścić takiej okazji żeby odwiedzić to miejsce.


Ale idziemy dalej, tym razem na zachód. I w tym kierunku maszerujemy ogólnie rzecz biorąc przez kilka kolejnych godzin. Cały czas towarzyszy nam linia 209, czy tam jej pozostałości. Szyny pojawiają się i znikają, jak zebra na przejściu dla pieszych. Następnie przechodzimy pod autostradą A1, a szlak niebieski, który opuściliśmy robi tu objazdówkę przez Kamionki Duże. A my prosto jak w mordę strzelił wzdłuż torów docieramy do Lipowca. Rzecz jasna nie jest to ten obok Pokrzydowa, tylko inny. Za tą wsią wracamy na szlak. Cały skrót i trasę szlaku widzimy na poniższej mapie.


Następnie przechodzimy przez tor i skręcamy lekko w prawo. Po lewej stronie w oddali zobaczymy charakterystyczny czerwony budynek z cegły. Jest to oczywiście dawna stacja kolejowa w Mirakowie. Jedna z dwóch oprócz Mlewca na odcinku do Chełmży. Poza tym po drugiej stronie drogi pojawia się Jezioro Chełmżyńskie. Jest to typowe rynnowe, podobnie jak nasz Bachotek, Sosno itd. Nie jest ono bezpośrednio przy naszej trasie, tylko troszkę oddalone, ale cały czas prześwituje. Znajduje się tam między innymi plaża wojskowa z wieżą widokową, oczywiście zamknięta dla cywili. Na szczęście dużo jest też otwartych i dostępnych dla wszystkich. Także widoczki ładne. z jednej strony dawne torowisko, a z drugiej jeziorko. Ale jak zawsze jest jakieś „ale”. Cały odcinek aż do Chełmży prowadzi dosyć uczęszczaną szosą, czyli wiadomo, że nasz „ulubieny” asfalt…

Nie chcę wybiegać w przyszłość, ale praktycznie do końca będzie czarno ;( Jest to jak do tej pory jedna z „najtwardszych” i „najczarniejszych” wycieczek. No ale trudno, czego się nie robi dla widoków.




Ale wracamy do Chełmży, a właściwie do jej przedmieść. Za wspomnianym wyżej Jeziorem od kilku kilometrów rozpościera się widok na kościelne wieże, jak i na silosy cukrowni. Wreszcie nasz szlak w kolorze błękitu przecina po raz ostatni linię nr 209, w tym miejscu dochodzi też linia 207 z Torunia, którą również przecinamy dochodząc do głównej drogi, która nazywa się Toruńska. Wędrujemy nią teraz na północ do kolejnego przejazdu kolejowego.



Ogólnie szlak prowadzi do dworca PKP, ale warto jeszcze przy okazji zajrzeć na starówkę oraz na plażę. Wszystko jest w kilkaset metrów od siebie, więc dużo czasu nie stracimy. Znajdują się tam między innymi: Kościół pw. Świętego Mikołaja Biskupa oraz Bazylika pw. Świętej Trójcy.


Opuszczamy miasto żółtym szlakiem w kierunku północno-zachodnim ulicą Dworcową. Przecinamy pora któryś tam (aczkolwiek zapewniam Was, że nie ostatni tego dnia) torowisko, tym razem znowu jest to linia 207. 209 zostaje z boku prowadząc do Bydgoszczy, jest to jedyny używany w ruchu odcinek tej linii. A nam już do końca towarzyszy kolej nadwiślańska (jest to żargonowe określenie Mikoli na tę trasę. Wzięło się stąd, że praktycznie na całej długości od Torunia do Malborka prowadzi bliżej lub dalej równolegle do najdłuższej polskiej rzeki.

No i oczywiście niezmienny asfalt. Jak już wcześniej wspomniałem, jest to najbardziej asfaltowa wycieczka w mojej dotychczasowej karierze. No ale widać tak chciał los. Za przejściem przez tory dochodzimy do skrzyżowania. W lewo mamy kolejny przejazd, tym razem przez linię 209. A my wraz ze szlakiem idziemy w prawo w kierunku północnym. Chwilę później znajduje się kolejne jezioro. to jest Głuchowskie. Nazwa wzięła się od wsi oraz stacji Głuchowo na linii 209. Nie wspomniałem wcześniej, że wszystkie jeziora należą do Pojezierza Chełmińskiego. Jest ono częścią większego Pojezierza Chełmińsko-Dobrzyńskiego. Granicę między regionami stanowi Drwęca.


Za akwenem zaczynają się zabudowania wsi Bielczyny. Kolejną miejscowością na naszej trasie jest Kucborek. Mamy tablicę z tą nazwą wraz z drugą graniczną dla powiatu chełmińskiego. W Kucborku nasz szlak prowadzi trochę okrężną drogą, a główna droga idzie prosto. Można oczywiście zastosować skrót jak ktoś jest leniwy.



Za Kucborkiem jest Papowo Biskupie (nie mylić z Papowem Toruńskim na linii 353). I tu zatrzymamy się na chwilkę. Dosłownie i w przenośni. We wsi znajduje się bowiem Kościół pw. Św. Mikołaja Biskupa (w końcu Biskupie) oraz ruiny zamku krzyżackiego. Kościół jaki jest, każdy widzi. Za to zamek wyróżnia się wśród innych z wielu powodów. Przede wszystkim dlatego, że jest zamknięty dla zwiedzających z uwagi na niebezpieczeństwo spadnięcia kamienia na głowę, o czym oczywiście informuje stosowna tablica. Drugim wyróżnikiem jest fakt, że większość zamków z tych czasów była zbudowana z cegły, a tu dominują kamienie.





Jeśli ktoś ma czas i chęć, to może maszerować dalej od zamku czerwonym szlakiem (który tutaj krzyżuje się z żółtym) i dojść do Chełmna czyli miasta zakochanych itd. Ale my nie mamy czasu na pierdoły, więc zawracamy do głównego skrzyżowania we wsi, obok którego znajduje się także cmentarz oraz remiza strażacka. Kierujemy się teraz na wschód czerwonym szlakiem według drogowskazów na Lisewo. Oczywiście cały czas mamy asfalt (a jakże). Po mniej więcej czterech kilometrach docieramy do Wrocławek, gdzie możemy zakończyć trasę wsiadając do pociągu. Oczywiście na linii 207. Jednak na liczniku mamy dopiero 34 km, więc trochę siara teraz zakończyć. Przechodzimy przez tory i wędrując dalej napotykamy na zieloną tablicę Dubielno. Rzecz jasna jest to inna miejscowość niż stacja na linii 208 koło Laskowic Pomorskich o tej samej nazwie. Mijamy skrzyżowania, na którym idziemy w lewo według drogowskazów na Lipienek. I tu miła niespodzianka. Za zabudowaniami droga zmienia się w szutrową. Ale pochwaliliśmy dzień przed zachodem słońca, po 2 kilometrach z powrotem asfalt…



Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W Lipienku znajduje się kolejny zamek. I on również wyróżnia się spośród innych. Przede wszystkim dlatego, że są tu jeszcze bardziej zrujnowane ruiny niż w Papowie (celowy pleonazm). Ledwo fundamenty widać. Poza tym ciężko się do niego dostać, należy przejść obok dawnego pałacu (który prawdopodobnie był też kiedyś częścią PGR-u, sądząc po okolicznych budynkach). Za pałacem należy zeskoczyć z podmurówki i kierować się przez górzyste zarośla w lewo. Ale widoki są zacne, także warto poświęcić czas i buty. Z resztą nie ma co opowiadać, niech zdjęcia powiedzą wszystko 😀











Z Lipienka znowu wędrujemy w kierunku północnym czerwonym szlakiem. Po lewej stronie napotykamy Jezioro Kornatowskie. Szlak prowadzi nas dookoła, jednak warto skrócić sobie drogę nad samym brzegiem. Tam mamy ciągle w budowie (stan na kwiecień 2025 roku) coś w rodzaju bulwaru/plaży/terenu rekreacyjnego z ławeczkami, plażą, miejscem na grilla, boiskiem do siatkówki plażowej itd. Z plaży wychodzimy pod górkę, skręcamy w lewo, a potem w prawo. To już ostatnia dwukilometrowa prosta do stacji kolejowej. Na liczniku 44 km.




Jednak jeśli mamy jeszcze siły i czas, to możemy nie kończyć tutaj, tylko wędrować dalej na północ przez Pniewite i Kajęcin do Gorzuchowa. Jest tam około 7,5 km. Ja jednak zakończyłem trasę tutaj, ze względu na pogarszające się warunki atmosferyczne, oraz z uwagi na fakt, że za kilka minut miałem pociąg powrotny, a na następny musiałbym czekać około 3 godzin.
Specjalnie na potrzeby tej wycieczki wymyśliłem nową jednostkę matematyczno-statystyczno-geograficzną. Jest to Współczynnik Asfaltyzacji. Wbrew nazwie, nie chodzi tu o odsetek ludności ciemnoskórej w ogóle społeczeństwa, tylko o udział dróg asfaltowych na trasie całej wycieczki. Ale o jaki asfalt chodzi? Można różnie mierzyć. Mamy utwardzone drogi ze ścieżką rowerową, czy chodnikiem. Ale mi chodzi stricte o asfalt, czyli taka sytuacja, gdzie zapierdzielasz poboczem, a jak go nie ma, to środkiem jezdni. Jeśli interesuje Was te zagadnienie, to mogę obliczyć współczynnik dla innych wycieczek. W tym przypadku jest on wysoki, wynosi 58,14 % (dla celów statystycznych przyjmuję, że jest on wysoki jeśli przekracza połowę).


Jedna odpowiedź na “Szlak Niebieski/Żółty/Czerwony – Z Gronowo przez Chełmżę do Kornatowa”