Kolejna wycieczka należy do kategorii „Wokół komina”, jednak równie dobrze mogłaby znaleźć się w wycieczkach oznaczonych, gdyż nie potrzeba do niej mapy i na prawdę ciężko się zgubić. Ale przejdźmy do konkretów.
Jak możemy domyślić się z tytułu wpisu, wycieczka ta ma charakter wybitnie kolejowy. Tym razem nigdzie nie jedziemy, ani autobusem, ani pociągiem. Zatem nie ma dolnego ograniczenia czasowego. Możemy wstać o której chcemy, tak jak ja to uczyniłem (około 4:20). Jako że obecnie jest połowa czerwca, to dni są jednymi z najdłuższych w roku, więc już o tej porze jest jasno.
Wychodzimy z Brodnicy w kierunku wschodnim ulicą Lidzbarską. Mijamy po lewej stronie piekarnię, następnie prywatny staw, dalej droga skręca lekko w prawo. Za zakrętem my również skręcamy, tylko w lewo w ulicę Boczną. Początkowe domki dalej zamieniają się w ogródki działkowe z obu stron. Po mniej więcej kilometrze docieramy do toru linii kolejowej nr 33, jednak go nie przekraczamy. Przed przejazdem wybieramy wąską ścieżkę w lewo i dochodzimy do żelaznego mostu nad Drwęcą. Przechodzimy nim na drugą stronę rzeki (uwaga na pociągi, bo lubią tam przejeżdżać towarowe o tej porze dnia). Za przeprawą tor idzie dalej nasypem, a ścieżka schodzi w dół, ale dalej prowadzi równolegle. Po jakichś sześciuset metrach ich poziomy się wyrównują, przechodzimy na drugą stronę toru, gdzie odbija ścieżka w prawo do lasu. Po kolejnych pięciu minutach dochodzi z lewej strony droga i docieramy do Osiedla Brodnickiego Towarzystwa Budownictwa Społecznego znanego bardziej jako Kałaska. Niestety nie sfotografowałem tych okolic, bo akurat jacyś lokalsi siedzieli na ławeczce i bałem się, czy nie zarobię w ryj (niestety ta dzielnica nie ma zbyt dobrej opinii w naszym mieście).





Z Kałaski idziemy dalej prosto i docieramy do znanej nam z kilku wycieczek trasy do Tamy Brodzkiej. Prowadzi tam żółty szlak i muszelka. Po chwili po prawej stronie ukazuje nam się jezioro Ostrów zwane przez miejscowych Śliskim. Dalej ścieżka skręca w lewo i przecinamy zarośniętą niestety na tym odcinku linię kolejową nr 208. Nawet krzyż Świętego Andrzeja jest przekrzywiony i nikt nic z tym nie robi…
Maszerujemy jeszcze około 1,5 kilometra prawą stroną toru i docieramy wreszcie do stacji Tama Brodzka, gdzie zaczyna się właściwa część naszej wycieczki.



Jak zapewne powszechnie wiecie (albo niektórzy nie widzą, w takim wypadku wyjaśnię) obecnie Tama Brodzka jest opuszczoną i zapomnianą stacją. Jednak jeszcze przed rokiem 2000 ta niewielka wioska, gdzie znajdują się ledwie 3 domy była ważnym węzłem kolejowym (czyli, że zbiegają się tam linie przynajmniej z 3 kierunków). Oprócz wspomnianej już wcześniej linii nr 208 z Działdowa do Chojnic, swój początek miała tu trasa nr 251. Prowadziła ona do Iławy między innymi przez Nowe Miasto Lubawskie. Niestety polityka na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych (zwłaszcza celowe wygaszanie popytu przez układanie mało atrakcyjnego rozkładu jazdy) doprowadziła do zamknięcia ruchu kolejowego na wielu lokalnych liniach (w okolicy Brodnicy oprócz 251, dotyczyło to również zaoranej linii 209 do Kowalewa, oraz 33 do Kutna przez Rypin i Sierpc, która jednak jakoś przetrwała trudne czasy z uwagi na spory ruch towarowy). Natomiast opisywana tu trasa nie miała tyle szczęścia, gdyż już w 2010 roku uległa fizycznej likwidacji (czytaj: również została zaorana). Szerzej zainteresowanych tą tematyką odsyłam do ciekawej, a zarazem smutnej dla kogoś takiego jak ja książki Karola Trammera – „Ostre cięcie. Jak niszczono polską kolej”
Zatem postanowiłem odbyć sentymentalną podróż i przejść się starotorzem przez całą długość linii, co jak się okazuje, nie na całej trasie jest takie proste, ale o tym w dalszej części wpisu 😀

Zatem spod zarośniętego budynku stacji Tama Brodzka idziemy prosto krajową pietnastką, mijamy dwie knajpy, a po około pół kilometra skręcamy w prawo, wraz z zielonym szlakiem prowadzącym do Górzna (https://maronwedruje.com/2023/07/15/szlak-zielony-gorzno-brodnica/). Jednak szlak idzie dalej w miarę szeroką drogą do kolejnego mostu na Drwęcy, a my wybieramy wąską ścieżkę w lewo. Zejście znajduje się mniej więcej na wysokości drogowskazu „Nowy Dwór 1”. Szerokość drogi na tym odcinku nie zachęca do marszu, ale trudno, trzeba się poświęcić 😀 Po chwili przechodzimy przez pozostałości mostu na Skarlance, jest to ostatnia przeprawa na tej rzece, która za jakieś dwieście metrów wpada do Drwęcy. Na moście po lewej stroni widoczne są jeszcze stare drewniane podkłady, my jednak idziemy „po prawicy” (nie mylić z Maryją, która „zasiada po prawicy ojca”). Za mostem droga prowadzi najpierw nasypem, który po jakimś czasie zmienia się w wąwóz. W tym miejscu idziemy lasem. Również zaraz za mostem po prawej stronie rozciąga się bardzo ładny widok na Bagienną Dolinę Drwęcy. Po drodze szukamy pozostałości torów, ciężko dzisiaj cokolwiek znaleźć, ja jedynie na tym etapie napotkałem dwa dawne słupki hektometryczne i oczywiście pozostałości po słupach z linią telegraficzną. Po chwili starotorze skręca w prawo, mijamy pozostałości wiaduktu, później droga staje się chwilowo szersza, prawie dwupasmówka. Po kolejnym zakręcie, tym razem w lewo wychodzimy z lasu i dookoła mamy pola uprawne. Maszerujemy teraz w kierunku północnym, podobnie jak prawie podczas całej wyprawy. Idąc jeszcze około kilometra mamy kolejny wiadukt, tym razem w całości. Górą przebiega droga do Kantyły. Później mamy kolejny zakręt w lewo i docieramy do pierwszego miejsca, gdzie trzeba opuścić starotorze, bo niestety dawny wiadukt pod drogą krajową nr 15 został zasypany, obecnie prowadzi tam jedynie przepust wodny.












Zatem wspinamy się po betonowych schodkach i docieramy do Jajkowa. A właściwie na razie tylko do przystanku autobusowego. Właściwa wieś znajduje się za skrzyżowaniem w lewo. Ten odcinek starotorza sobie darujemy, jest masakrycznie zarośnięty, a po deszczu łatwo wpaść w głębokie kałuże. Idziemy przez wieś, gdzie możemy się zaopatrzyć w sklepach spożywczych. Za zabudowaniami z lewej strony dochodzi niebieski szlak z Bachotka, którym już kiedyś wędrowaliśmy (link). Idziemy nim jakiś czas, gdyż tor jest dalej zachwaszczony. Znajduje się tu również budynek stacji w Jajkowie, który był pierwszym przystankiem na tej linii. Pozostałości peronu są do dzisiaj widoczne. Następnie szlak odchodzi w prawo w stronę wsi Kuligi, tam też można wrócić na tor, gdyż zaczyna się przyjemny wykarczowany odcinek, znowu prawie dwupasmówka. Na początku prowadzi po równi, następnie po raz kolejny idziemy rowem, który znowu zmienia się w nasyp 😀








Po kilku kolejnych zakrętach w lewo i w prawo, kilku przejazdach przez polne/leśne drogi, między innymi przez muszelkę, wreszcie po lewej stronie ukazuje nam się za drzewami jezioro Szramowskie, a po prawej pierwsze zabudowania tej wsi. Za kolejne kilkaset metrów docieramy do dawnej stacji. Jednak jeszcze przed nią widzimy po prawej stronie dawny nasyp, prawdopodobnie była tam kiedyś jakaś bocznica (później wyczytałem w czeluściach Internetów, że prowadziła ona do zakładów Prebut). Docieramy do ceglanego budynku stacji, w którym znajdują się pozostałości dawnej nastawni, Widzimy również, że równia stacyjna jest dosyć szeroka, czyli kiedyś musiało być tam kilka torów. W odległości około 500 metrów za stacją znajduje się kolejny charakterystyczny dom z czerwonej cegły, było to oczywiście kiedyś miejsce zamieszkania lokalnych kolejarzy. Później mamy następny przejazd drogowy, na którym widoczne są nawet stare podkłady betonowe! Za Szramowem już nie wiem który raz wchodzimy do lasu (natrafiłem nawet na kilka jadalnych grzybków) Cały czas równolegle prowadzi muszelka. Zbliżamy się do granicy województwa kujawsko-pomorskiego i warmińsko-mazurskiego. Jednak wcześniej docieramy do pięknie położonej w lesie stacyjki, to jest do Kaługi. Właściwy budynek poprzedza mała czerwona chatka, prawdopodobnie był to szalet stacyjny. W tym miejscu peron jest dosyć wyraźny i nawet długi (w porównaniu na przykład z Jajkowem).









Za stacją mamy przejazd z asfaltową drogą, którą kiedyś już szliśmy (https://maronwedruje.com/2023/07/24/wokol-komina-2-do-brzozia/) i wspomnianą wcześniej granicę województwa. Widać to wyraźnie, gdyż zaraz za drogą zaczyna się elegancka droga rowerowa, która towarzyszy nam praktycznie do końca trasy (szczegóły wkrótce). W tym miejscu znajduje się również miejsce postojowe z ławeczkami, stolikami oraz placem zabaw. Stoją również tablice informacyjne, na całej trasie będzie ich jeszcze kilkanaście. Stanowią one ciekawe urozmaicenie trasy. Można między innymi dowiedzieć się z nich, że naszą linię otwarto w 1902 roku, zatem ruch na niej nie przetrwał nawet 100 lat (zamknięto go 3 kwietnia 2000 roku). Inną formą zagospodarowania turystycznego są występujące co około pół kilometra ławeczki wraz ze stojakami na rowery.




Także tym sposobem mamy teraz asfalt, na szczęście nie mamy ruchu samochodowego 😀 W dalszym ciągu wędrujemy w kierunku północnym, jednak w pewnym momencie, mniej więcej na wysokości wsi Lipowiec (nie mylić z inną wsią o tej samej nazwie znajdującej się troszkę na południe jeszcze w województwie kujawsko-pomorskim) mamy wyraźny zakręt na wschód. Z lewej strony widzimy pagórki, po prawej również, zwłaszcza jeden, znany szerzej jako Kurza Góra, gdzie znajduje się ośrodek narciarski, wieża widokowa, restauracja itd.
Niedługo docieramy do jedynej na tej trasie stacji leżącej na osi wschód-zachód (czy jak kto woli równoleżnikowo, a nie południkowo) to jest do Kurzętnika. Po lewej stronie stoją zakłady Prefabet produkujące prefabrykaty betonowe, a po prawej silosy zakładu Do-Rol. Przed budynkiem stacji (tak, zgadliście, również z czerwonej cegły) stoi dawna nastawnia. Za dworcem mamy kolejny budynek kolejowy i przejazd, a dalej po lewej stronie sklep spożywczy wraz ze stadionem piłkarskim drużyny KS Zamek.





Kolejny odcinek naszej wycieczki, a zarazem ścieżki rowerowej, prowadzi niestety ulicą z dosyć sporym ruchem. Na szczęście mamy wytyczony pas zarówno dla rowerów jak i dla pieszych. Wynagrodzeniem za hałas silników są również widoki po prawej stronie, a konkretnie meandry Drwęcy (w tym miejscu jest ona znacznie węższa niż w Brodnicy). Przez krótką chwilę również zbaczamy z dawnego przebiegu toru (ja bym przeoczyłem ten fakt, tylko że ujrzałem w pewnej odległości dawną tarczę ostrzegawczą odnoszącą się do semafora wjazdowego od strony Brodnicy). Fakt ten oznacza, że zbliżamy się do stacji w Nowym Mieście Lubawskim, która również była kiedyś węzłową. Mianowicie prowadziła tam trasa do Zajączkowa Lubawskiego (tego na linii nr 9 między Iławą, a Działdowem) między innymi przez Pacołtowo i Gwiździny. Znajdował się tam również przystanek Nowe Miasto Lubawskie Południe (niektóre źródła podają nazwę Południowe). Jednak trasa ta, została zaorana jeszcze wcześniej niż 251, czyli w 1993 roku. Pozostałości nasypu widzimy podczas naszej wycieczki wraz z dawnym wiaduktem.











Zbliżamy się do centrum miasta, za wiaduktem nad ulicą 3 Maja znowu wędrujemy dawnym torem. Zaraz za wiaduktem prowadzi pod górkę ulica Zatorze i docieramy do dawnej nastawni (obecnie znajduje się w niej zakład kosmetyczny). Następnie po prawej stronie mamy wreszcie budynek stacyjny, jednak różni się wyglądem od innych na tej linii, nie jest z czerwonej cegły. Z drugiej strony budynku znajduje się dworzec PKS, jest to bardzo częsty zabieg w miastach tej wielkości. Z kolei po drugiej stronie jest plac zabaw z siłownią itd.
Kolejnym punktem orientacyjnym jest druga nastawnia, tym razem opuszczona. Dalej stoją również dwa semafory, jeden kształtowy, drugi świetlny. Zostały one prawdopodobnie zachowane żeby przypominać o dawnym przeznaczeniu ścieżki rowerowej i tym co się kiedyś znajdowało na jej miejscu. Wychodzimy z Nowego Miasta, dalej trasa jest podzielona na pół biała linią, jedna część dla pieszych, a druga dla rowerzystów. Wchodzimy do Łąk Bratiańskich, a dalej do właściwego Bratiana, gdzie mamy kolejną na trasie stację z czerwonej cegły.




Za tą wsią przeplatają się pola i lasy wraz z pagórkami i po kolejnych czterech kilometrach docieramy do ostatniego przystanku na dawnej linii, to jest do Radomna. Jednak wcześniej mamy kolejne miejsce parkingowe, prawdopodobnie powstało w czasach, kiedy ścieżka rowerowa się tam kończyła. Obecnie prowadzi ona znacznie dalej i jest cały czas na bieżąco dobudowywana.





Za Radomnem starotorze skręca delikatnie w lewo, to jest w kierunku zachodnim. Docieramy do dzisiejszego (15 czerwca 2024 roku) zakończenia ścieżki rowerowej. Znajduje się on na skrzyżowaniu z żółtym szlakiem, którym kiedyś szliśmy z Iławy do Ostrowitego (https://maronwedruje.com/2023/07/17/szlak-zolty-czesc-1-ilawa-ostrowite-kolo-jablonowa/). Pamiętam, że podczas tamtej wycieczki, a było to w lipcu 2022 roku końcówka ścieżki była wyraźna, jednak dziś widać postęp, bo trasa jest w budowie. Normalni ludzie w tym miejscu zeszli by z trasy i poszli tym szlakiem w stronę Iławy, jednak kto powiedział, że ja się do takowych zaliczam? Oczywiście poszedłem dalej prosto, pierwszy odcinek „budowy” przebiega po utwardzonym piasku, następnie mamy świeży asfalt, jeszcze bez namalowanych znaków. Po drodze mamy skrzyżowanie z drogą z Jamielnika do Radomna.






Około 5 kilometrów prze Iławą budowana trasa rowerowa się kończy i znowu mamy podobne widoki jak na odcinku Tama Brodzka – Jajkowo. Czyli dżungla, las, drzewa i jeszcze jakieś zielone gałęzie. Tu również, podobnie jak na początku możemy jeszcze spotkać kilka słupków hektometrycznych. Ostatni po prawej stronie (37,7 km) nie wytrzymał jednak próby czasu i jest przewrócony. Co ostatecznie jest dobrym rozwiązaniem, przez to stanowi punkt orientacyjny, zwłaszcza, że zaraz za nim docieramy do linii kolejowej nr 353. Ostatnie ponad dwa kilometry naszej trasy przebiegało wzdłuż niej, aż do stacji w Iławie. Jednak obecnie wędrówka tam jest znacznie utrudniona, gdyż piasek jest miękki. Możemy wybrać jedną z wielu równoległych do torów ścieżek biegnących w odległości kilkudziesięciu metrów. Ja oczywiście poszedłem tym miękkim piaskiem 😀










Po jakimś kilometrze naszym oczom ukazują się tarcze ostrzegawcze do semaforów wjazdowych od strony Jabłonowa, następnie mamy po dwa powtarzacze z każdej strony. Przed pierwszym mijamy wiadukt nad linią nr 9 (pociągi Intercity oraz towarowe w stronę Działdowa, które przejeżdżają przez stację bez zatrzymania kursują po tych torach, a pociągi Regio jeżdżą z drugiej strony łącznicami nr 967 i 968).











Na koniec czas na małe przemyślenia. Linia 251 już definitywnie została zaorana, przez niektórych nawet zapomniana. Przypuszczam, że mieszkańcy Nowego Miasta Lubawskiego czy Kurzętnika, którzy należą do pokolenia tak zwanych „Milenialsów”, czyli urodzonych po roku 2000 widząc u siebie ulicę Kolejową albo Dworcową zastanawiają się o co chodzi. Kim był ten Rosjanin Dworcow, albo Kolejow? Pewnie jakiś uczony. Torów nie ma, ale nazwy pozostały. Zapewne przyzwyczajenie, albo bardziej koszta zmiany (podobnie było jak weszła ustawa o dekomunizacji). Rodzice albo dziadkowie wytłumaczą o co chodzi. Jak widać w województwie warmińsko-mazurskim można jakoś te stare tereny zagospodarować i wybudować ścieżkę rowerową. A w naszym „kuj-pomie”? Jest jak jest…
6 myśli na temat “12. Śladem dawnej linii kolejowej nr 251 do Iławy”