Co to znowu za po***** tytuł w trakcie świąt? Czy ten Maron znowu coś ćpiał? Owszem. Ćpię piękno otaczającej nas przyrody. Pochłaniam zapachy lasu. Zapachu pól raczej nie polecam, bo o tej porze roku, to przeważnie gnojówka. Ale wiosną i latem „można, jak najbardziej. Jeszcze jak”. „Nawet trzeba”. Nawiasem mówiąc, zawsze myślałem, że mój sezon wycieczkowy trwa od marca do października, jednak w tym roku się przekonuję, że nawet jesienią i zimą można coś ciekawego trafić. Ale to pewnie kwestia pogody, a konkretnie tego, że jest dosyć ciepło jak na tę porę roku. No bo sorry, ale jednak nie mam zamiaru szlajać się przy dwudziestostopniowym mrozie. Ale póki temperatura oscyluje lekko na plusie, czyli koło pięciu stopni, to bardzo chętnie się przejdę.

No dobrze, ale co się kryje pod tym zawiłym tytułem? Jakieś liczby, jakieś neologizmy. Już spieszę z wyjaśnieniem. Dwadzieścia jeden, to wiadomo. Kolejny numer wycieczki nieoznaczonej, czyli moich i Waszych ulubionych „wokół komina”. Znaczy nie wiem w sumie czy Waszych, na pewno moich. Bo nie trzymam się ściśle utartego szlaku o jakimś tam kolorze. Tylko daję się ponieść fantazji i wyobraźni. I nigdy nie wiem gdzie wyjdę, którą ścieżkę wybiorę i co spotkam po drodze. Bo niby mam tam jakąś trasę zaplanowaną w głowie, ale w terenie okazuje się, że zawsze jest coś ciekawego o czym nie wiedziałem i trzeba to zobaczyć. I z planowanych czterdziestu kilometrów robi się pięćdziesiąt pięć. Pozwolę sobie sparafrazować cytat z Forrest Gumpa: „Wycieczka wokół komina jest jak pudełko czekoladek. Nigdy nie wiesz, co się trafi”. Bardzo mądry i życiowy film, jednak cytat akurat nie trafiony. Bo wystarczy owe pudełko czekoladek odwrócić i ukażą nam się wszystkie smaki i kształty. No, ale może w tamtych latach nie było takich bombonier? Nieistotna dygresja filmowo-historyczno-cukiernicza.


Ale wracamy do meritum. Bo ja tu gadu gadu, już leci trzeci akapit, a jeszcze nawet nie mamy wyjaśnionego tytułu 😀 Trzydzieści oznacza kilometry przebyte podczas tej wycieczki. W sumie wyszło trzydzieści jeden i troszkę, ale można sobie zaokrąglić. Dwadzieścia w tym przypadku odnosi się do daty przebycia trasy, czyli dwudziesty dzień grudnia. Warto dodać, że chodzi o 2025 rok, bo za kilka dni przejdzie on do historii.


Skoro taka data, to kolejne dwa słowa, czyli „Późnojesienne” i „przedzimowe” chyba się wyjaśniły. Bo 21 grudnia zaczyna się astronomiczna zima (nie mylić z kalendarzową). Bo kalendarzowe pory roku, to są daty umowne. A astronomiczne to są ściśle ustalone dni, a nawet godziny i nie zawsze wypada to o tej samej porze. W skrócie chodzi o letnie i zimowe przesilenia oraz równonoce. Oraz kiedy słońce wchodzi w dany znam zodiaku. W tym przypadku jest to akurat koziorożec. Ale takie rzeczy powinniście wiedzieć. A jak nie wiecie, to macie pecha 😀

Członu „deszczowe” chyba nie trzeba wyjaśniać. Co tu dużo gadać, prawie całą drogę występowały przelotne opady. Nie że taka ulewa czy nawałnica, tylko taki kapuśniaczek. Co trochę potrafi zdenerwować, bo trzeba co chwilę przecierać telefon; a ten pod wpływem kropel deszczu żyje własnym życiem i uruchamiać, albo wyłączać różne dziwne aplikacje, o których istnieniu przy słonecznej pogodzie nigdy bym nawet nie wiedział 😀 Ale ta mżawka również dodaje swoistego charakteru filmom i zdjęciom, podobnie jak mgła z poprzedniej wycieczki (https://maronwedruje.com/2025/12/13/20-walka-z-ostrym-cieniem-mgly-czyli-z-gorzna-do-rybna-pomorskiego/).

Jeśli chodzi o „Bobrowanko”, to jest to mój czysty neologizm. Nie należy jednak mylić tego słowa z podbrodnicką miejscowością Bobrowiska, bo to zupełnie gdzie indziej. No może, nie zupełnie, bo jednak będziemy przechodzić kilka kilometrów od tej wsi, ale o tym później. A „bobrowanko” oznacza po prostu liczne napotkane po drodze ślady żerowania bobrów. Czyli tak zwane zgryzy. Nie mylić ze zgrzytami.

No i dotarliśmy do końca, czyli do Bachotka. Ktoś, a konkretnie „Pan Maruda, niszczyciel dobrej zabawy, uśmiechów dzieci” (pozdro dla fanów twórczości Dema) powie: „Ehh, znowu ten Bachotek. Przecież to takie oklepane jezioro. Przecież tam nic nie ma, tylko ośrodki wypoczynkowe i parę plaż.” No i macie trochę racji, ale ja Wam pokażę, że jednak owe jezioro ma swoje drugie oblicze. Trochę mniej oczywiste i nieznane. Może nawet lekko mroczne. „Bystre, awanturnicze, czułe, kochające, wierne… ciut szalone, ciut łajdackie…..” Dobra, dosyć tych cytatów filmowych na dziś, bo stwierdzicie, że nic nie potrafię powiedzieć od siebie 😀



Ale wiadomo. Żeby coś zobaczyć innego niż zawsze, trzeba zejść z utartego szlaku. W górach tego nie polecam, bo grozi połamaniem kończyn, albo można nawet zemrzeć. Ale przy naszym brodnickim ukształtowaniu terenu, raczej nic takiego się nie stanie (znaczy jak ktoś chcę na siłę złapać kontuzję i dostać zielony papierek L4, to wiadomo, że ogarnie temat bez problemu). Jednak mi chodzi o to, żeby dotrzeć bezpiecznie do domu i unaocznić wszystko moim fanom i czytelnikom.


Docieramy nad jezioro… No właśnie. „Jest tyle różnych dróg”. Zależy gdzie chcemy zacząć. Można dotrzeć do Tamy Brodzkiej i skręcić tam w zielony szlak prowadzący do Łąkorza (którym to szlakiem szliśmy parę lat temu – https://maronwedruje.com/2023/07/19/szlak-zielony-2-bobrowiska-lakorz-biskupiec/). Ową zielenią możemy iść cały czas docierając aż do pomnika wdzięczności w kształcie orzełka. Po drodze można zejść nad jeziorko, bo szlak jest trochę od niego oddalony, przynajmniej w początkowej, południowej fazie, potem się zbliża.



Niestety ja miałem ograniczony czas, dlatego musiałem skrócić swoją trasę. Wyszedłem z Brodnicy ulicą Kolejową, dalej Klubową przez Karbowo (chodzi mi o wieś Karbowo, a nie o dzielnicę zwaną u nas „płytą karbowską”) koło dawnego PGR-u i masarni przez Małgorzatkę do lasu. Prosta droga, ciężko się zgubić. Stamtąd już niecałe dwa kilometry i jesteśmy nad wodą. Natrafiamy na wspomnianą wyżej zieleń oraz na „muszelkę”. Wędrujemy razem do pomnika, przy którym skręcamy w prawo na Mostek Jadwigi. Łączy on dwa brzegi Skarlanki, która w tym miejscu stanowi połączenie jezior Bachotek i Strażym. Za mostkiem jeszcze chwilę wędrujemy czymś co do złudzenie przypomina groblę. Po mniej więcej trzystu metrach zielony szlak idzie prosto, a my skręcamy w prawo w żółty. Tak, to jest ten słynny długi żółty szlak z Samborowa do Torunia. Mamy go już ogarniętego w kilku etapach. Znaczy ja mam, nie wiem jak Wy 😀

Żółć prowadzi nad brzegiem jeziora wąską ścieżką. Po nieco ponad kilometrze docieramy do pierwszego na trasie ośrodka. Mojego ulubionego. Jest To Stanica Wodna PTTK imienia Marię Okołów-Podhorksą. Owa Pani była założycielką tego miejsca w 1954 roku. Także jak widać lokalizacja ta ma dosyć długą historię. W sezonie można posilić się w niewielkiej budce z żarciem. Kantynie? Stołówce? Jadłodajni? Wiadomo o co chodzi.

Zapomniałem wspomnieć, że szlak ogólnie omija ośrodek. Prowadzi on wgłąb lądu, a ścieżka na plażę biegnie dalej nad brzegiem jeziora. Wszystko jak zawsze pokazuję na mapie.

Ale wracamy na szlak. Ja tu byłem akurat w grudniu, więc brama ośrodka była zamknięta. Znaczy samochodowa, bo dla pieszych jest otwarta całym rokiem. Parę, czy raczej paręnaście lat temu z Brodnicy w sezonie kursował bezpośredni autobus. Kiedyś dojeżdżał pod samą bramę i były chyba nawet z cztery kursy dziennie. Z czasem kurs skrócono do skrzyżowania trzysta metrów dalej i ograniczono ilość połączeń do dwóch: jeden rano i drugi wieczorem. A obecnie nic tam nie jeździ 😀

Na wspomnianym skrzyżowaniu droga w lewo prowadzi do Pokrzydowa, a my skręcamy w prawo wraz ze szlakiem. Po kolejnych kilkuset metrach po prawej stronie widzimy następny ośrodek. Tym razem jest to Stepol, czyli dawny ośrodek Polmowski. Kiedyś istniał jeszcze między tymi dwoma ośrodek kopalniany. Tak, tu nie ma mowy o pomyłce. Kopalniany. Ale skąd tu kopalnia, przecież wungiel to się na Śląsku wydobywa. To prawda. Ale górnicy zechcieli sobie za te czternaste i piętnaste pensje i inne „pod gruszą” wypocząć z dala od zgiełku, hałasu i pyłu. To wybrali do tego nasze pojezierze. Oczywiście, jak nie trudno się domyślić, kopalnia już dawno upadła, a z nią ośrodek. Ale podobno można na tym terenie dalej uprawiać urbex. Ja akurat niestety musiałem z tego zrezygnować, bo pogoda była jaka była (czytaj: deszczowo i wietrznie). Ale pewnie jeszcze kiedyś będzie okazja.

Troszkę za „Stepolem” szlak robi kilka zawijasów w lewo i w prawo. Po kolejnych dwóch kilometrach wychodzimy z lasu, po lewej stronie mijamy pagórkowate pola. A w prawo prowadzi wąska ścieżka nad jezioro. Nie sposób jej pomylić z żadną inną bo znajduje się tam znak informujący nas, że droga ta prowadzi do pola namiotowego Związku Harcerstwa Polskiego. Nigdy nie byłem harcerzem, ale lubię takie warunki i klimaty, więc bez wahania skręcamy. Uwaga, bo będzie się działo.

Kolejne ponad trzy kilometry prowadzą stromą wąską ścieżką nad Bachotkiem. Jak to w życiu bywa, raz jest pod górkę, raz z górki. A że dodatkowo było mokro i ślisko, to lepiej mieć tam dobre buty. Na kolejnej mapce widać owe nierówności terenu. Ale jeśli ktoś jest niekumaty i nie umie czytać mapy, to macie krótką lekcję geografii czy raczej topografii. Widzimy tu sporo poziomnic. Co to jest poziomnica? Jest to linia łącząca punkty o tej samej wysokości. W tym przypadku mamy do czynienia z wysokością stu metrów nad poziomem morza.

Docieramy wreszcie do południowego krańca jeziora. Znajduje się tam ostatni ośrodek, jakby chyba najbardziej luksusowy z tych wszystkich. Wystarczy wspomnieć, że jest on zamknięty dla przeciętnego Kowalskiego. Jest to miejsce należące do UMK, czyli Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Tak, profesorowie również wybrali nasze pojezierze jako miejsce do wypoczynku. Poza tym studenci geografii odbywają tam ćwiczenia terenowe.


Za ośrodkiem docieramy do znanej nam drogi krajowej nr 15. I przy okazji krzyżujemy się z trasami dwóch wycieczek, w tym jednej tegorocznej (https://maronwedruje.com/2025/10/12/19-meandrujacy-pajak-kantylsko-swiecki-a-w-dalszej-czesci-zbiczenska-petla-z-mykologia-w-tle/). Z kolei drugą przeszedłem w 2024. Ale za chwilę docieramy do miejsca, które jest niejako uzupełnieniem tej trasy. Chodzi o dawną linię kolejową nr 251 (link: https://maronwedruje.com/2024/06/16/wokol-komina-12-sladem-dawnej-linii-kolejowej-nr-251-do-ilawy/) i uszkodzony most na Skarlance (ale nie na tyle uszkodzony, żeby nie można było po nim przejść). A konkretnie o to co jest pod mostem. Bo żeby to zobaczyć, trzeba zejść po stromym nasypie w stronę wody.

Wracamy na górę i po kilkuset metrach docieramy do stacji Tama Brodzka. W sensie nie do takiej knajpy, tylko do dawnej stacji kolejowej. Tak, to była stacja i to nawet węzłowa, bo linie odchodziły w trzech kierunkach. Ale to pewnie wiecie. W tym miejscu już byliśmy tyle razy, że nawet nie zliczę. Także trzeba było znaleźć jakąś alternatywną trasę powrotu. Miałem do wyboru: albo marsz ruchliwą drogą krajową nr 15, ale torem. Asfalt odpada, bo wiadomo. A torem też niewygodnie, bo podkłady są poukładane w takiej odległości, że co drugi jest za daleko, a stając na każdy za blisko. I pozostaje iść bokiem czyli tłuczniem, czy tam podsypką. Albo wersja dla desperatów i niedorozwiniętych, czyli po szynie. Ale to by zajęło tydzień czy nawet dłużej. Więc szedłem tędy tylko do najbliższego przejazdu. Tam skręcamy w lewo dookoła jeziora Ostrów, nad Drwęcą, przez luksusowe osiedle apartamentowców (czytaj Kałaskę). I tak docieramy do świeżo wyremontowanej linii kolejowej nr 33. Przechodzimy przez tor i wchodzimy do tak zwanego lasku „miejskiego”, którym to dochodzimy do Alei Leśnej. A dalej to już wiadomo.






