Skoro w tytule jest „Szlak Kopernikowski”, to zapewne zaczyna się w Toruniu? No bo przecież tam urodził się wybitny astronom. A tu niespodzianka. Bo szlak prowadzi z Grudziądza w kierunku północnym między innymi przez Kwidzyn, Malbork, Elbląg, Frombork, Braniewo, Lidzbark Warmiński oraz Dobre Miasto do Olsztyna. Łączna jego długość wynosi prawie 379 km (doświadczeni piechurzy pokonują go w całości przez kilkanaście dni). Szlak przebiega przez teren 3 województw: kujawsko-pomorskie, pomorskie oraz warmińsko-mazurskie. Ja postanowiłem przejść jego początkową część do Kwidzyna. Oczywiście, jak zawsze, nie obyło się bez wpadek (czytaj – bez zawracania i zgubienia trasy). Ale o tym później.
Do Grudziądza, jak wszyscy zapewne wiedzą, dojazd jest prosty. A jak ktoś nie wie, to już objaśniam zagadnienie. Z Brodnicy jeżdżą bezpośrednie pociągi Arrivy. Znaczy teraz na czas remontów na odcinku Jabłonowo – Brodnica mamy zastępczą komunikację autobusową, ale od 14 grudnia, wraz z wejściem w życie nowego rozkładu jazdy, pociągi mają wrócić na tory. Przed remontem czas przejazdu na tym odcinku wynosił 29 minut, a po ma być równy tylko 20! Zatem przyspieszenie jest. Ale jak to mawiał klasyk: „Nie chwal dnia przed zachodem słońca”, czy jakoś tak. Pożyjemy, zobaczymy.

W każdym bądź razie bynajmniej wysiadamy na słynnym popeerelowskim relikcie kultury, czyli na sławetnym głównym dworcu kolejowym. Kto chociaż raz się tam przesiadał, to wie o czym mówię. Teoretycznie planowany jest remont obiektu, ale w praktyce ani widu ani słychu. Ze stacji musimy dostać się na rynek, bo tam zaczyna się szlak. Możemy zrobić to na kilka sposobów. Od dworca wzdłuż torów tramwajowych ulicą Dworcową, następnie Hallera, Aleją 23 Stycznia oraz Szewską. Ta trasa jest troszkę dłuższa, ale na pewno się nie zgubimy. Ja oczywiście poszedłem inaczej. Prosto ulicą Wilsona między blokami do Rapackiego (jak widać w Grudziądzu nie słyszeli o ustawie o dekomunizacji), kawałeczek również Hallera, tylko troszkę bardziej na północ; następnie skręcamy w lewo w Mickiewicza, którą to bezpośrednio docieramy do głównego placu w mieście.

Szlak konkretnie zaczyna się w północno-zachodnim narożniku Rynku. Jest tam nawet ławka z Kopernikiem (który, nawiasem mówiąc, mi osobiście bardziej przypomina Miłościwie Nam Panującego Premiera Tuska z dłuższymi włosami, ale może to tylko moje odczucie) oraz drogowskaz. Zatem bez zbędnego bajdurzenia wyruszamy według niego ulicą Kościelną (przy której jak sama nazwa wskazuje znajduje się kościół, a konkretnie Bazylika Kolegiacka Świętego Mikołaja Biskupa) w kierunku północnym. Na pierwszym skrzyżowaniu skręcamy w lewo w Ratuszową, którą docieramy do pomnika Ułan i Dziewczyna, za którym rozpościera się przepiękna panorama Wisły. Śmiało, można robić zdjęcia. Następnie pokonujemy kolejny zakręt, tym razem wybieramy kierunek w prawo. Teraz maszerujemy ulicą Spichrzową (tak, dobrze myślicie. Przy ulicy Spichrzowej znajdują się Spichrze. Czy jak kto woli Spichlerze). Z resztą panorama na te ceglane budynki z drugiego brzegu Wisły jest jednym z najbardziej charakterystycznych widoków oraz wizytówek tego miasta. Co tu będę dużo gadać, w zeszłym roku miałem przyjemność dochodzić do Grudziądza (nie mylić z „dochodzić w Grudziądzu”), kiedy to towarzyszył mi ten piękny widok. Jak zawsze odsyłam do wpisu: https://maronwedruje.com/2024/06/09/szlak-czarny-zielony-camino-ze-smetowa-dolina-wisly-przez-nowe-do-grudziadza/.




Więc ulica Spichrzowa prowadzi pod górkę, po czym zmienia nazwę na Zamkową. Chyba nie muszę mówić, że przy niej stoi zamek? Właściwie to, podobnie jak w Brodnicy głównie wieża. Warto wspomnieć, że wstęp na nią jest bezpłatny, a z góry rozpościera się wspaniała panorama na miasto i rzekę. Niestety, ja byłem tam zbyt wcześnie i jeszcze było zamknięte. Ale ogólnie polecam. Za zamkiem cały czas droga prowadzi pod górkę, asfalt wkrótce się kończy i dalej wędrujemy ścieżką pieszo-rowerową. Po prawej stronie mijamy Centrum Szkolenia Logistyki, następnie Cytadelę oraz Twierdzę Grudziądz. Ja nie byłbym sobą, gdybym troszkę nie zszedł ze szlaku. Bo postanowiłem przejść bliżej cmentarza garnizonowego. Moje „zboczenie” jak zawsze przedstawiam na mapce. Powiem tylko, że nie jest to ostatnie tego typu odejście dzisiejszego dnia, ale to wyjdzie w praniu.





Punktem, w którym moja trasa i szlak się zeszły był pomnik przyrody w postaci kasztanowca. Dalej idziemy ulicą Forteczną, pokonujemy kilka serpentyn i ulicą Leśną pośród schronów i bunkrów przez las docieramy do pierwsze wsi na naszej trasie, czyli do Parsków (w mianowniku Parski). Tu również miało miejsce zboczenie z trasy, tym razem nieświadome. Ale wiadomo, nie będę zawracał, dlatego znalazłem alternatywną trasę. Podobnie jak w pierwszym przypadku, wszystko przedstawia mapka. Tym razem punkt zbiegnięcia znajdował się na nadwiślańskim wale przeciwpowodziowym. Tą groblą wędrujemy prawie 2 kilometry na północ (czy jak niewtajemniczeni mówią – do góry). Przed sobą widzimy dosyć strome wzgórza. Jak się okazuje, są to Góry Łosiowe. Nazwa pochodzi z faktu, że przebiega tędy korytarz migracyjny tych zwierząt. Aczkolwiek nie wiem, czy to nie ta pora roku, czy jak zawsze miałem pecha, ale jedynym łosiem, którego spotkałem, byłem ja sam. W Internetach można wyczytać, że Park Krajobrazowy Góry Łosiowe wraz z Chełmińskim Parkiem Krajobrazowym oraz Nadwiślańskim Parkiem Krajobrazowym (ponownie odsyłam do linku z wcześniejszej części tego wpisu) tworzą Zespół Parków Krajobrazowych nad Dolna Wisłą. Zatem do ogarnięcia został tylko Chełmiński. Całe życie przed nami.




Ale wracamy do meritum. Czyli do wału przeciwpowodziowego. Tuż przed samymi górami, skręca on w prawo na wschód. Przedtem jednak pokonujemy jeden z ostatnich mostów nad rzeką Osą, która to zaraz obok wpada do Wisły. Za mostem ponownie skręcamy na północ i docieramy do Zakurzewa. Za wsią znowu wchodzimy pod górkę (to już właściwe Góry Łosiowe). Zaczyna się tam również krótki żółty szlak, który towarzyszy nam przez kilkaset metrów. Są tam też drogowskazy do punktu widokowego. Nie muszę chyba wspominać, że z moim szczęściem, czy raczej nieszczęściem akurat był on zamknięty z powodu budowy platformy. Także doszło kolejne miejsce do odwiedzenia w przyszłym roku 😀




Nie wspomniałem jeszcze, że zaraz za Zakurzewem wchodzimy do lasu. Jest to o tyle istotne, że leśny krajobraz będzie nam towarzyszył przez następne prawie 30 km. Generalnie (nie lubię tego słowa, ale tu go użyję) przez kolejne 10 kilometrów nie dzieję się nic ciekawego, klasyczne leśne, zadrzewione tereny. Jako że wycieczka miała miejsce pod koniec pa/iździernika, towarzyszą nam spadające liście i piękny żółto/czerwone dywany. No i co za tym idzie, oczywiście wspaniały odgłos chrupania. Jako że jesień, to napotykamy też sporo Przysmaków Teściowej. Szlak prowadzi najpierw na północ, potem skręca na wschód. Po wspomnianych dziesięciu kilometrach po lewej stronie natrafiamy na małe śródleśne jeziorko. Jak się okazuje, nosi ono nazwę Jezioro Głęboczek. Czyli znowu mamy zbieżność z naszymi regionami.


Zaraz po minięciu jeziorka nadszedł czas na trzecie już dzisiaj odejście od szlaku. Tym razem troszkę dłuższe, bo prawie pięciokilometrowe. Jednak było ono konieczne, żeby skrócić sobie drogę, bo tamtą trasą zamiast 5 km, by było 10. Czyli, jak nie trudno policzyć, dwa razy więcej. Ale na pewno w tym miejscu znajdą się maruderzy, którzy powiedzą: „Hola, hola! Skoro idziesz szlakiem, to powinieneś iść całą trasą tak jak on przebiega” Owszem, macie rację, ale jak widać na załączonej mapce, szlak przebiega przez wieś Gardeja. A tę miejscowość mam w planach na inną wycieczkę, także nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.



Podczas pokonywania skrótu przechodzimy obok zarastającego Jeziora Kaczego (wiadomo, że żadnej kaczki nie spotkałem). Później wzdłuż świeżo wyremontowanej linii kolejowej nr 207 z Torunia do Malborka docieramy do przystanku Dziwno. Jakaś dziwna ta nazwa, ale miejscowość jak każda inna. Jedyną atrakcją jaką tam napotkałem były 3 wilczury (które to z daleka wydawały się być wilkami, bo przeszły w poprzek drogi samopas, dopiero za nimi pojawiły się właścicielki. Ale coś się chłop najadł strachu, to jego).





Niecałe dwa kilometry od Dziwna spotykamy się po raz kolejny z naszą kopernikowską czerwienią. Następne siedem tysięcy metrów idziemy prosto na północ razem. A potem wiadomo, jak to w życiu bywa. Rozstania i powroty. Przy okazji przechodzimy obok Sadlinek oraz Białek (w mianowniku Białki). Praktycznie pod samym Kwidzynem ma miejsce czwarte i ostatnie rozstanie. Spotykamy się dopiero w okolicach samego końca trasy, czyli pod stacją kolejową.


Ostatnia rozłąka, podobnie jak ta trzecia miała na celu skrócenie trasy. Co prawda, jak widać na kolejnej mapce trasa szlaku przebiega przez bardzo interesujące turystycznie tereny, między innymi znajduje się tam Mini Zoo oraz Rezerwat Przyrody Kwidzyńskie Ostnice (nie musicie googlować, ostnice to „ozdobne trawy należące do wiechlinowatych, znane z delikatnych włosowatych liści i zwiewnych kwiatostanów, które falują na wietrze”. Jeśli jednak ewentualnie owy opis kogoś zaintrygował i chce zobaczyć jak to wygląda, to może sobie sprawdzić). Natomiast ja znalazłem trasę mniej uczęszczanymi drogami, która teoretycznie miała być bliższa od „szlakowej”. Ale jak to w takich przypadkach bywa, mapa jedno, a życie drugie. Po drodze było jedno interesujące dla mnie miejsce, a mianowicie jaz na rzece Liwie, która przepływa przez Marienwerder (niemiecka nazwa Kwidzyna).




Jak widzimy na kolejnej mapce (trochę dzisiaj ich dużo, ale cóż począć, są one niezbędne do zrozumienia mojego położenia), a zwłaszcza chodzi mi o fragment zaznaczony czarnym kółeczkiem, w małym powiększeniu widzimy, że przerywana droga łączy się z białą namalowaną linią ciągłą, która to droga przebiega wokół 3 kwadratowych i prostokątnych zbiorników. Już sam fakt tych nienaturalnych i regularnych kształtów, powinien mi w tym momencie dać do myślenia. A konkretnie, że nie są to naturalne zbiorniki, tylko sztucznie utworzone przez człowieka. Dopiero po fakcie sczaiłem, że są to twory oczyszczające wodę w oczyszczalni ścieków. A jak oczyszczalnia, to zakład zamknięty. A jak zakład zamknięty, to sorry, przejścia nie ma. Dopiero w dużym powiększeniu (to przedstawia jeszcze jedna mapka) widać, że jednak owe dwie drogi wcale się nie łączą. Ale ponieważ ja byłem zajarany skrótem, to nie przybliżyłem sobie tej mapki tak jak się należy. I znalazłem się pod tylną bramą oczyszczalni. I teraz co robić? Zawrócić do szlaku? Przecież to ponad 3 kilometry. Tak być nie będzie. Jak wiadomo, tonący chwyta się brzytwy. A ową „brzytwą” okazała się również widoczna na mapce prostopadła ścieżka. I tu podobnie jak w poprzednim przypadku, przy małym powiększeniu przechodzi przez tory i łączy się z białą drogą. Natomiast w terenie jest ona ślepa, wcale nie dochodzi do torów tylko kończy się na rurach ciepłowniczych. No ale zawsze lepiej zawrócić te kilkaset metrów niż 3 kilometry. Jak się powiedziało „A”, to trzeba powiedzieć „B”. Więc kolejną ślepą ścieżką dotarłem do wspomnianych rur i natrafiłem na kolejny płot. Tym razem był to troszkę większy, a właściwie potężny zakład zamknięty, to jest MM Kwidzyn. Może więcej Wam powie stara nazwa, która brzmi International Paper Kwidzyn. Czyli po prostu celuloza, która zajmuje w*****j potężny obszar. O jego ogromie niech świadczy fakt, że posiada on mocno rozbudowaną bocznicę kolejową. Nie jeden tor rozładunkowy i jeden załadunkowy jakie kiedyś były w używaniu przez brodnicki SiTS (piszę to w czasie przeszłym, bo obecnie bocznica jest nieużywana), tylko całą rozbudowaną sieć torów wraz z sygnalizacją, swoimi słupkami hektometrycznymi i tak dalej. Z resztą widać to na mapkach.




Ale bez wnikania w szczegóły, po dojściu do płotu z rurami, postanowiłem na ślepo iść wzdłuż niego na północ. Stwierdziłem, że gdzieś kiedyś wyjdę. No i miałem więcej szczęścia niż rozumu, bo płot skończył się za niecałe pół kilometra. I dotarłem do asfaltowej szosy. Jednak to jeszcze nie była właściwa droga publiczna, tylko dojazdowa do zakładu, więc praktycznie ruch samochodów tu nie istniał. Jedyne auto jakie tu napotkałem, to służbowy czarny pick up ochrony (to również świadczy o ogromie zakładu, że obchód trzeba robić samochodem, a nie z buta). Na szczęście pan ochroniarz okazał się bardzo miły i troskliwy, sam zatrzymał się przy mnie i zapytał czy mam jakiś problem. Ja mówię, że owszem, że troszkę zabłądziłem i chce dotrzeć do miasta. Odpowiedział mi, że powinienem iść dalej prosto w tamtym kierunku, co też uczyniłem. I po około kilometrze zobaczyłem przystanek komunikacji miejskiej. Zatem cywilizacja! Zaraz było też skrzyżowanie, a za nim wrócił normalny ruch pojazdów.

Idąc dalej prosto ulicą Żwirową dotarłem do ronda, gdzie finalnie i ostatecznie spotkałem się z moim czerwonym szlakiem. W dalszej części przechodząc ulicą Sportową, Żwirową oraz Grudziądzką, przy okazji mijając tory i Skwer im. Jerzego Kosacza dotarłem do mojej destynacji. PKP Kwidzyn Wita i pozdrawia! Drogę powrotną, jak pewnie nie trudno się domyślić, odbyłem pociągiem z przesiadką w początkowym tego dnia Grudziądzu.


Jeśli chodzi o samo miasto Kwidzyn, to warto tu wymienić kilka ciekawostek o nim. Według Internetu mieszka w nim ponad 36 tysięcy mieszkańców, czyli nieco więcej niż w Brodnicy. Poza tym miasto stanowi węzeł kolejowy; oprócz wymienionej linii 207 przebiega tędy fragment trasy nr 218. To znaczy jedyny czynny fragment do Prabut. Sama ta trasa była już wspomniana w wycieczce ze Smętowa do Grudziądza, do której link znajduje się na początku tego wpisu. Chodzi mi głównie o pamiętane przez Was ruiny mostu w Opaleniu (z Kwidzyna do tego miejsca odległość wynosi około 10 km). Z innych mniej ważnych i już nieczynnych należy wymienić linię bez numeru do Kisielic (prawdopodobnie nie była numerowana, bo przestała istnieć już w 1951 roku; jak również sieć wąskotorówek. No i oczywiście wspomniana już niejednokrotnie bocznica do zakładów papierniczych.


Innym interesującym obiektem w tym mieście jest dosyć charakterystyczny zamek krzyżacki z najdłuższym w Europie gdaniskiem (nazwa kojarzy się troszkę z Gdańskiem, ale nie ma z nim nic wspólnego. To znaczy według jednej z teorii ta nazwa miała upokorzyć gród nad Motławą, który to wielokrotnie się buntował przeciw Krzyżakom, jednak do dziś ta kwestia pozostaje sporna). Jest to po prostu zamkowa latryna, czyli, mówiąc mało delikatnie, kibel.

Łączna długość trasy wyniosła 44,5 km. Chociaż gdybym szedł cały czas szlakiem to wyszło by pewnie z 50 😀