Znowu tego Marona pogrzało, co on za dziwne tytuły wpisów wymyśla? Wszystko się wyjaśni wraz z czytaniem 😀
Obudziłem się przed 4 rano, jak to zwykle bywa przy Świętej Niedzieli. Pomyślałem sobie: „A c**j tam, trzeba iść na wycieczkę”. Poczekałem jeszcze troszkę aż się rozjaśni (bo nie ma co marnować baterii telefonu na zdjęcia w trybie nocnym) i pomaszerowałem.
Musiałem się dostać do ulicy Krańcowej w Brodnicy. Jak sama nazwa wskazuje, znajduje się na skraju miasta. Są dwa sposoby żeby tam dojść. Pierwszy, nudniejszy ulicą Lidzbarską ze sporym ruchem, oraz drugi spokojniejszy i trochę bardziej dookoła. Ulicami Matejki, dalej Korczaka i Prostą, która dochodzi do rzeczonej Lidzbarskiej. Przy tej drugiej trasy znajduje się nawet kilka atrakcji. Pierwszym jest Dąb Leona (nie wiem do końca o co chodzi w tej inicjatywie, ale wisi tam tabliczka z tą informacją i z rokiem 1955).

Na końcu ulicy Korczaka skręcamy w lewo w Litewską i znajdujemy tam plac, na którym stoi tak zwana Karawaka, albo krzyż choleryczny. Pierwsza nazwa pochodzi od miasta w Hiszpanii, a druga od choroby. Stawiano takie obiekty aby uchronić społeczeństwo od epidemii i innych klęsk żywiołowych. Jesteśmy w dzielnicy Michałowo, nie mylić z Wybudowaniem Michałowo. Z placu skręcamy w Prostą, znowu wędrujemy wzdłuż toru. Zaraz na początku stoi charakterystyczna żółtawa kapliczka. Po niecałym kilometrze docieramy do Lidzbarskiej.

Przechodzimy przez wiadukt nad linią kolejową 33 (tutaj smutna ciekawostka, mianowicie kilka miesięcy temu jeden mężczyzna rzucił się z niego pod przejeżdżający akurat pociąg TLK Flisak. Oczywiście nie miał szans na przeżycie).

Ale wracamy do rzeczywistości. Wspomniana już wyżej ulica Krańcowa odchodzi od Lidzbarskiej w lewo zaraz za wiaduktem. Prowadzi równolegle do Bocznej, którą szliśmy w zeszłym roku do Iławy (https://maronwedruje.com/2024/06/16/wokol-komina-12-sladem-dawnej-linii-kolejowej-nr-251-do-ilawy/). Tylko Krańcowa odchodzi dalej, obie ulice rozdzielają ogródki działkowe. Po nieco ponad kilometrze obie drogi zbiegają się i prowadzą dalej jako jedna. Po drodze cały czas po lewej stronie mamy piękny widok na Drwęcę. Warto wybrać któreś zejście nad rzekę i nacieszyć się szumem odwiecznych fal.


Wędrujemy dalej znaną już nam drogą z wycieczki z Górzna do Brodnicy (https://maronwedruje.com/2023/07/15/szlak-zielony-gorzno-brodnica/) w kierunku północno-wschodnim. Po jakimś czasie po lewej stronie mijamy kolejną kapliczkę i kilka zrujnowanych wiejskich chatek.


A dalej docieramy do placu postojowego z wiatą. Tam zaczyna się przyrodnicza ścieżka dydaktyczna „Bagienna Dolina Drwęcy”. Prowadzi ona nad sam brzeg rzeki, gdzie kilka lat temu zbudowano wieżę obserwacyjną z widokiem na rozległą dolinę o szerokości prawie 3 km. W czasach wiosennych roztopów jest ona przeważnie w całości zalana. W tym okresie jest to też miejsce wylęgu wielu gatunków wodnych ptaków (sytuacja podobna jak na jeziorze Karaś z poprzedniej wycieczki). Ścieżka ma długość około kilometra, ale ciężko się na niej zgubić, gdyż co kilkadziesiąt metrów stoją tabliczki informacyjne.




Po przejściu ścieżki idziemy dalej we wcześniej obranym kierunku. Po kolejnych dwóch kilometrach docieramy do skrzyżowania z zielonym szlakiem (wspomniana już wycieczka do Górzna, jak i do Biskupca (https://maronwedruje.com/2023/07/19/szlak-zielony-2-bobrowiska-lakorz-biskupiec/). Obok rozstaju znajduje się kolejna kapliczka. W lewo doszlibyśmy przez most do Tamy Brodzkiej, a my idziemy w prawo w kierunku Nowego Dworu. Wcześniej jednak mijamy tor linii kolejowej nr 208 (linia ta będzie nam jeszcze towarzyszyć przez jakiś czas). Za torem mijamy zabudowania Nowego Dworu, jest tam kilka domków jak i świetlica środowiskowa z placem zabaw.

Po około 1500 metrach zbaczamy ze szlaku w lewo w kierunku bardzo widowiskowych meandrów Drwęcy. Można tam dostrzec wysoce zaawansowany proces erozji bocznej. Płynąca woda podmywa brzegi i coraz bardziej „odcina” dostęp do półwyspu. Za kilkadziesiąt/kilkaset lat powstanie tam zapewne odcięte starorzecze, a rzeka zmieni swój bieg i go znacznie skróci oraz wyprostuje. Ale nic z tym nie zrobimy, są to naturalne procesy przyrodnicze.


Ogólnie tej ścieżki nie ma na mapie, jest ona tylko do rzeki, a dalej brak. Ale w terenie istnieje, więc spokojnie. Po jakimś czasie skręca ona znowu w kierunku południowym i docieramy z powrotem do szlaku. Znowu zbliżamy się do linii 208, szlak go przecina, ale my wędrujemy tą samą stroną. Za krótką chwilę po raz kolejny krzyżujemy się jedną z naszych poprzednich tras (tym razem Długi Most (https://maronwedruje.com/2023/12/03/wokol-komina-6-do-dlugiego-mostu-i-dawnej-zwirowni/). Chwilę nawet wędrujemy tą samą drogą (ogólnie, jak wiadomo staram się tego unikać, podobnie jak i asfaltu, ale czasami się nie da). Przed Maderą skręcamy jednak w lewo, stoi tam znaki wskazujące drogę leśną do Bindugi. W tym przypadku jest to nazwa osady leśnej, ale jak podaje Internet, jest to też miejsce nad rzeką, służące do przygotowania drewna do spławu. Czyli wszystko się zgadza.


Mijamy następnie Użytek Ekologiczny bez nazwy (Z angielska „Unknown”, dobrze że nie z Archangielska, hehe. Taki suchar geograficzno-lingwistyczny). Na kolejnym skrzyżowaniu prosto dojdziemy do zerwanego mostu do żwirowni (po raz kolejny kłania się trasa do Długiego Mostu), a w lewo do rzeczonej bindugi. Należy dojść do rzeki i tam mamy kolejną ścieżkę, tym razem w prawo. Wreszcie docieramy do ujścia Brynicy do Drwęcy. Znajduje się tam dawne grodzisko, jest ono wyraźnie widoczne kiedy wespniemy się na górę. Można chwilę posiedzieć nad brzegiem rzeczki, po czym wracamy w okolice Madery.



Wędrujemy dalej wzdłuż torów, które znowu mijamy, troszkę dalej w kierunku wschodnim. Będzie to ostatnia taka operacja tego dnia, ale jeszcze nie żegnamy się definitywnie z kolejowym światem. Jakiś czas wędrujemy jeszcze równolegle do torowiska, mniej więcej pół kilometra. Wtedy dochodzi do nas asfaltowa (ehhh, no niestety, nic nie prowadzimy na te niedogodności) droga, która po chwili odbija w kierunku południowym do głównej drogi wojewódzkiej nr 544. Czyli w Brodnicy jest to ulica Lidzbarska, a tu nosi ona nazwę… Brodnickiej 😀 Docieramy do dużej wsi Bartniczka. Po lewej stronie mijamy stawy rybne, a po prawej krzyż z napisem Jezu ufam Tobie (czy jak mówią na Podlasiu „Jezu ufam dla Ciebie”).

Po następnych paru minutach droga skręca w prawo, po lewej mijamy budynek urzędu gminy, a po drugiej sieciowe sklepy spożywcze. Wreszcie naszym oczom ukazuje się skrzyżowanie z drogą do Górzna. Później tam pójdziemy, jednak póki co idziemy prosto, mijamy restaurację nad Brynicą, dalej most nad tą rzeczką i dochodzimy do przystanku (dawniej nawet stacji kolejowej, ale obecnie pozostał tylko jeden tor), który nie wiedzieć czemu nazywa się Radoszki. Piszę tak, ponieważ wieś o tej nazwie leży 2 kilometry dalej, ale któż jest w stanie zrozumieć kolejowe sposoby nazewnictwa.



Zachowały się jeszcze dwa perony jak i semafory kształtowe z obu stron (od Brodnicy i Lidzbarka). Zaraz za torami widzimy coś, co może na pierwszy rzut oka przypominać nam szyby naftowe. Są to jednak zewnętrzne naprężacze kolejowe, podobne znajdują się w Jamielniku.

Wracamy do skrzyżowania na Górzno. Jest to ulica Pocztowa. Jednak nie maszerujemy nią długo, za chwilę skręcamy w prawo w ulicę Prostą (już dziś była jedna o tej nazwie) 😀 Po kilkuset metrach zmienia ona nazwę na Długą. Pierwszy etap naszej wycieczki wprowadził wzdłuż Drwęcy, teraz towarzyszy nam Brynica. Niedługo kończy się wieś, tam kończy się też asfalt. Mijamy tabliczkę z nazwą Pólko. Czyli w sumie takie… mniejsze pole. Z atrakcji mamy tam ładne ruiny i coś w rodzaju małego jeziorka zaporowego. Kolejną miejscowością jest… Bachor. Można powiedzieć, że zaliczamy Bachora. Na prawdę nie wiem skąd wzięła się ta nazwa. być może pierwszymi mieszkańcami były jakieś dzieci? Jedyne co wiem, to że tam również są ruiny jak i jezioro Bachor, przez które przepływa dopływ Brynicy, czyli Pissa.

Pissa, mówi to Wam coś? W Brodnicy powiada się „Za Pisiakiem”, czyli tak zwane Antki. Tak jest, przebiegała tu kiedyś granica zaborów. Także w tym miejscu miał miejsce ostatni akt Powstania Listopadowego. Oddziały pod dowództwem generała Rybińskiego przekroczyły tam ową granicę i złożyły broń. Dla upamiętnienia tego wydarzenia we wsi powstał pomnik wodza.


Zatem przekraczamy „Granicę” i wchodzimy na teren „Prus”, czy jak kto woli „Krzyżaków”. Szutrowa droga po jakimś czasie znowu zmienia się w asfalt. Mijając pola, pomarańczową kapliczkę i mostek na bezimiennej rzeczce wkraczamy do Jastrzębia. Jest to kolejna duża wieś na naszej trasie, Znajduje się tam kilka sklepów, kościół, cmentarz jak i duże zakłady przemysłu samochodowego Gotec. Te ostatnie są z drugiej strony miejscowości.
Ale po kolei od Bachora dochodzimy do skrzyżowania z główną drogą. Skręcamy w nią w prawo i teraz maszerujemy w kierunku północno-zachodnim. Najpierw mijamy odnogę na Komorowo w lewo, potem na Łaszewo w prawo. Po chwili w sąsiedztwie (nie przy głównej drodze, ale kilkaset metrów od niej) stoi wspomniany kościół pw. Najświętszej Maryi Panny i Błogosławionego Księdza Stefana Wincentego Frelichowskiego. Wreszcie mamy cmentarz i Gotec. Jest to ostatnie zabudowanie we wsi. Od Jastrzębia zaczyna się ścieżka rowerowa, która prowadzi do samej Brodnicy, więcej od tej pory idziemy „like a boss”. Jastrzębie rozpoczyna też ciąg miejscowości z odzwierzęcymi nazwami. Zatem najpierw zahaczamy o Sokołowo, następnie Nowe Świerczyny (również nam już znane z wycieczki do Długiego Mostu). Finalnie docieramy do Cieląt, gdzie też już byliśmy. Znowu natrafiamy na drogę nr 544. Jednak z uwagi na ścieżkę rowerowa, zupełnie nam to nie przeszkadza.

Z tego miejsca już tylko kilka kilometrów do Brodnicy. Za ostatnimi zabudowaniami wsi, jakiś kilometr dalej mamy tak zwane osiedle leśne, czy tam drewniane. Nie jest to powszechnie stosowana nazwa, lecz sam ją wymyśliłem na potrzeby tej historii. Wzięła się ona z występujących tu nazw ulic: Dębowa, Bukowa, Grabowa, Klonowa i Jesionowa. Do tej pory byłem święcie przekonany, że należy ono do Wybudowania Michałowo, jednak jak się przekonałem są to dalej Cielęta.

Za „drzewnymi” mamy jeszcze ulicę Krajobrazową, po czym znowuż… Krańcową. Tak, dotarliśmy do miejsca, gdzie rano skręcaliśmy w „teren”. Wtedy szliśmy bocznymi drogami, więc żeby nie było monotonnie, tym razem wędrujemy prosto Lidzbarską. Co mam tu napisać, nic tam nie ma ciekawego pod względem przyrodniczym, ewentualnie kolejną rzeczkę bez nazwy i staw przy piekarni. Reszta jest milczeniem.

Ogólnie trasa według moich obliczeń miała wynosić 32-34 km, jednak z uwagi na liczne odgałęzienia i cofki wyszło 41.

3 myśli na temat “14. Naddrwęczno – Nadbryniczno – Nadpissiakowo – Dwustuósemkowa Niedzielna Impresja o Poranku”