Pogoda, jak to pogoda – rządzi się swoimi prawami. Zwłaszcza w tym okresie. Nieprzypadkowe bowiem są przysłowia typu: „W marcu jak w garncu” albo „Kwiecień plecień bo przeplata, trochę zimy trochę lata”. Raz temperatura dochodzi do prawie dwudziestu stopni na plusie, a następnego dnia pada śnieg i jest trzaskający mróz. Nawet w ciągu jednego dnia amplitudy (dla niewtajemniczonych, są to różnice między najwyższą a najniższą wartością badanego zjawiska) bywają rzędu 15-20 kresek.
Także można rzec, że miałem szczęście, bo niedawno był ciepły i słoneczny weekend, więc w mojej główce narodził się pomysł rozpoczęcia sezonu wędrówkowego. Jak pomyślałem, tak też uczyniłem.
Zatem bez zbędnego bajdurzenia, wyruszamy pociągiem do Jabłonowa, które jest już nam znane z kilku wycieczek, więc nie będziemy się zbytnio o nim rozpisywać. Wystarczy wspomnieć o jednej z pierwszych opisanych tu tras, mianowicie czerwonym szlakiem z Brodnicy do tego właśnie miasta (https://maronwedruje.com/2023/07/15/szlak-czerwony-brodnica-jablonowo-pomorskie/). Szlak tego koloru nie jest tu wspomniany przypadkowo, gdyż wcale się on tu nie kończy, tylko idzie dalej w kierunku ogólnie można to nazwać północnym (z kilkoma zawijasami i serpentynami).

Ale przechodząc do meritum, wychodzimy z terenu dworca kolejowego na ulicę, która dziwnym trafem nazywa się Kolejową 😀 Można to zrobić na dwa sposoby. Albo przejść przez zaniedbany budynek dworca, po czym skręcić w prawo; albo zaraz po wyjściu z tunelu zawrócić i idąc po peronie pierwszym dotrzeć do wieży ciśnień, następnie przez park przejść obok starego parowozu. Ja oczywiście wybrałem tę drugą opcję 😀
W tej fazie towarzyszy nam jeszcze szlak zielony, którym w zeszłym roku przyszliśmy z Kowalewa (https://maronwedruje.com/2024/05/31/szlak-zielony-3-kowalewo-jablonowo/), jednak po kilkuset metrach (w okolicach sklepu Biedronka po lewej stronie) skręcamy w prawo do kolejnego tunelu pod torami. Nasza czerwień prowadzi trochę dookoła ulicą Główną i następnie Mostową pod wiaduktem, ale my jak zawsze oszukaliśmy system i skróciliśmy sobie trasę. Po wyjściu z tunelu idziemy dalej ulicą Kościelną, po prawej stronie widzimy kolejowe zabudowania należące do byłej sekcji PKP. Idąc dalej mijamy szkołę podstawową i świątynie, od której wzięła się nazwa ulicy. Jest to kościół pod wezwaniem Chrystusa Króla i Matki Bożej Nieustającej Pomocy.


Po około dwustu metrach docieramy do skrzyżowania. W lewo prowadzi droga do Szczepanek, prosto do Buku Pomorskiego (nie mylić z Góralskim, który leży po drugiej stronie torów), a my skręcamy w prawo wraz ze znakami szlaku w ulicę Starą. Wkrótce dochodzi ona do torów i jakiś czas prowadzi równolegle do nich. Mijamy bloki, domki i domeczki, po około kilometrze mamy również starotorze dawnej linii kolejowej nr 232 z Jabłonowa przez Kisielice do Prabut.


Niedługo po tym miejscu szlak skręca ostro w lewo w kierunku północnym, a my razem z nim. Niestety, od samego Jabłonowa nie widzimy żadnych oznakowań szlaku, także trzeba zachować ostrożność. Dopiero teraz mamy niewyraźny ślad na dawnej studni, która znajduje się pod poziomem drogi na poboczu, także i tym razem ciężko go dostrzec.

Po kolejnych kilkuset metrach szutrowa droga zmienia się w asfalt i dochodzimy do pierwszych zabudowań Nowej Wsi Szlacheckiej. Znajduje się tam zabytkowy pałac z przełomu XIX i XX wieku, obecnie wystawiony na sprzedaż. Pamiętam, że w podstawówce byłem tam na biwaku, mieścił się tam ośrodek rekolekcyjny. Po drugiej stronie drogi rozpościera się piękny widok na jezioro Duże, wraz z plażą oraz infrastrukturą sportowo-wypoczynkową. Warto tam przysiąść na chwilkę, co i ja uczyniłem.


a kolejnym skrzyżowaniu wybieramy drogę w lewo, a następnie na kolejnym w prawo, w kierunku Płowężka (nie mylić ze znajdującym się obok Płowężkiem). Po drodze znowu widzimy na drzewie niewyraźne oznakowania czerwonego szlaku. Po mniej więcej 15 minutach docieramy do skrzyżowania z zielonym, tam już szliśmy kiedyś na jesienny spacerek z Ostrowitego do Grudziądza (https://maronwedruje.com/2023/11/16/ostrowite-grudziadz/). Kolejny krótki odcinek pokrywa się nawet z tamtą trasą, jednak po chwili czerwony idzie prosto, a my skręcamy w prawo w niebieski. Mamy tam drogowskaz do posesji w Lisnowie. Docieramy do lasu, po niedługiej chwili również po prawej stronie znajduje się drogowskaz „Do punktu czerpania wody”. Warto podejść tam i nacieszyć się przez chwilkę szumem odwiecznych fal. Spiętrzyło się tam nawet coś w rodzaju małego jeziorka.


Nie wspomniałem, że jest to rzeka Osa. Będzie nam ona jeszcze towarzyszyć przez ponad połowę wycieczki. Wracamy do szlaku, dalej widzimy ogrodzony teren, na którym wisi tabliczka „Uprawa zachowawcza Jarzębu Brekinii”. Na Wikipedii wyczytamy, że jest to zagrożona roślina objęta ścisłą ochroną gatunkową; oraz że w Polsce przebiega jego wschodnia granica zasięgu.

Wędrując dalej w kierunku północnym napotykamy na dwa użytki ekologiczne: Lisnowo III i Lisnowo IV. Ogólnie jest ich sześć, ale na dzisiejszej trasie mijamy tylko te dwa. Wkrótce docieramy do kolejnego skrzyżowania i od tego momentu będziemy szli drogą nieoznakowaną żadnym szlakiem. Skręcamy w prawo w asfaltową drogę pod górkę. Znajduje się tam miejscowość Lisnowo-Zamek, jednak nie ma tam żadnego zamku, prawdopodobnie został kiedyś zburzony albo zniknął w inny nieznany mi sposób.


Teraz droga prowadzi mniej więcej w kierunku wschodnim. Po około trzech kilometrach docieramy do Partęczyn (nie mylić z tymi na Pojezierzu Brodnickim z jeziorami Wielkie i Małe Partęczyny). Jednak nie ma tam nic wartego naszej uwagi, więc szybko maszerujemy dalej do granicy województwa kujawsko-pomorskiego z warmińsko-mazurskim. Ową granicę stanowi wspomniana już rzeka Osa i mostek na niej. Za mostkiem mamy wieś Sumin (nie mylić z Suminem pod Rypinem ani z Saminem niedaleko Brodnicy). Tu również nie natrafiłem na nic interesującego, moją uwagę przykuły jedynie tabliczki z ptasią grypą.


Kolejną wsią na naszej trasie są Małe Babalice. Tu warto odrobinę zboczyć z trasy by dotrzeć do opuszczonego ceglanego młynu. Został on zbudowany na Osie (a jakże). Powstało tu także spiętrzenie i sztuczne jeziorko. Za Małymi Babalicami mamy zwykłe Babalice. Tam na skrzyżowaniu skręcamy w prawo obok kapliczki (niebieskiej), a droga na wprost prowadzi do gospodarstwa i tam się kończy. Dalej mijamy Sędzice, w której prawdopodobnie był PGR. Świadczą o tym ruiny z ceglanym kominem. Docieramy do kolejnego skrzyżowania, tu również mamy kapliczkę, tym razem żółtawą. Wybieramy drogę w lewo, po kilkuset metrach mamy most na… (zgadnijcie na jakiej rzece). Oczywiście na Osie. Za przeprawą wodną naszym oczom ukazują się zabudowania, które nawet wyglądają na miasto. Jest to Biskupiec, zwany czasami Pomorskim, znany nam już z jednej wycieczki (link). Tu warto przytoczyć trochę historii tej miejscowości. Stacja kolejowa Biskupiec Pomorski znajduje się właściwie we wsi Bielice. Leży ona przy ważnej linii kolejowej 353 z Poznania do Olsztyna, a właściwie nawet dalej do Okręgu Kaliningradzkiego. A sam Biskupiec jest oddalony od stacji 3 kilometry. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1920 roku stacja leżała w naszym kraju, ale miasto należało już do Niemiec. W związku z tym zbudowano linię kolejową łączącą je z Kisielicami (które z kolei były umiejscowione na wspomnianej już wcześniej linii 232 z Jabłonowa do Prabut). W związku z tym powstała nowa stacja Biskupiec Pomorski Miasto, dziś już nie ma śladu po budynku. W 1945 roku miasto zostało zniszczone przez zajmujące je wojska radzieckie. Wtedy też straciło prawa miejskie i od tego czasu jest wsią.





Osobiście uważam, że Biskupiec z powodzeniem mógłby być miastem (w porównaniu z niektórymi wygląda bardziej „miejsko”), jednak nie mnie to oceniać. W każdym razie mamy tam dwa kościoły, ratusz, główny plac przypominający rynek i kilka dużych sklepów sieciowych.



Docieramy do centrum miasta/wsi i kierujemy się drogą wojewódzką numer 538 na wschód w kierunku wspomnianych już Bielic. Ktoś by pomyślał: „ehhh, znowu główna droga, znowu będzie asfalt..”. A tu miłe zaskoczenie. Po prawej stronie szosy prowadzi elegancka ścieżka rowerowa. Także te 3 kilometry przechodzimy w dosyć przyzwoitych warunkach.


Docieramy do torów kolejowych linii 353, które przecinamy i zaraz za nimi skręcamy w szutrową drogę w lewo. Chwilkę idziemy równolegle, ale po dwustu metrach wchodzimy w las. Bedzie nam on towarzyszył przez dłuższy czas. Po lewej stronie mamy dwa torfowiskowe rezerwaty przyrody: Kociołek i Łabędź. Oba są zarośniętymi jeziorami. Przy okazji krzyżujemy się też z trasą wycieczki z Konojad do Jamielnika (https://maronwedruje.com/2023/07/28/wokol-komina-4-do-jamielnika/). O Jamielniku jeszcze dzisiaj będzie.





Ogólnie przez las możemy iść kilkoma wariantami. Całkowicie nad Jeziorem Lękarty, albo częściowo. Wszystko zależy od czasu i naszych sił. Ja chciałem iść jak najbliżej wody, jednak nie starczyło czasu. Znad jeziora maszerujemy prostą ścieżką, która wkrótce zmienia się w ulicę Podleśną. Docieramy do Jamielnika. Z prawej strony mijamy cmentarz, a dalej kościół pod wezwaniem Świętej Faustyny Kowalskiej. Podleśną docieramy do Kościelnej, dalej jest Szkolna, skrzyżowanie na którym wybieramy drogę w lewo (jest to ulica Nowomiejska). Przechodzimy wiaduktem pod torami linii 353 (a jakże) i ulicą Lipową docieramy do zakrętu w lewo, gdzie idziemy prosto szutrową ścieżką do najbliższego skrzyżowania. Tam znowu zaczyna się nasz ulubiony asfalt. Po jakimś czasie docieramy do wsi o wdzięcznej nazwie Szepierzyzna; kolejną miejscowością jest Karaś. Pierwszą tamtejszą atrakcją jest dawny ewangelicki cmentarz. Niestety, w przeciwieństwie do niektórych lepiej zachowanych tego typu atrakcji, tu mamy jedynie tablicę pamiątkową.




Mniej więcej 300 metrów za nekropolią, również po lewej stronie widzimy drogowskazy prowadzące do Jeziora Karaś. Jest to rezerwat przyrody, ustanowiony dla ochrony zarastającej linii brzegowej, a tym samym siedliska wielu gatunków ptaków wodno-błotnych. Znajduje się tam też tablica informacyjna wraz z wieżą widokową. Bezpośrednio przed nimi jest duże miejsce parkingowe, jak i sporo ławeczek z grillem do zorganizowania tak zwanej posiadówy.



Wracamy do głównej drogi. Wędrujemy dalej w kierunku północnym, mniej więcej półtora kilometra. Tam skręcamy w prawo, gdzie po chwili docieramy do Leśnictwa Karaś. Oczywiście jak leśniczówka, to i las. Od tego momentu możemy wybrać kilka opcji, każdą dotrzemy do naszego celu czyli do Iławy, a konkretnie do dworca PKP. Ja osobiście wybrałem trasę jak na mapce. Po drodze napotkałem wieżę ciśnień (tym razem nie kolejową) oraz kościół pod wezwaniem Św. Brata Alberta.




Łączna długość trasy wyniosła w tym przypadku 52,5 km.
Jedna odpowiedź na “13. Z Jabłonowa nad Karasiem do Iławy”