Jak sobota, to tylko do Lid…. a nie czekaj, to nie ta śpiewka. Jak niedziela, to tylko wycieczka, wycieczka. Bo widoczki tam, lasy, ram pam pam pam. Znaczy w sumie ja byłem w sobotę, ale wstawiam w niedzielę, więc pasuje 😀
Po raz kolejny przekraczamy granice. Dosłownie i w przenośni. W przenośni, bo odwiedzamy nowe tereny, które można powiedzieć „rozdziewiczamy”; a dosłownie, ponieważ byliśmy już w województwach: kujawsko-pomorskim, warmińsko-mazurskim, mazowieckim (co prawda przez chwilę, ale zawsze: https://maronwedruje.com/2024/05/26/wokol-komina-11-z-okalewka-trasa-prawie-v-ksztaltna-przez-okalewo-i-skrwilno-do-rypina/). A tym razem docieramy do pomorskiego. I za prawdę powiadam Wam, że będziemy tu dłużej niż w województwie z tablicami rejestracyjnymi zaczynającymi się na literę „W”.
Tym sposobem podział administracyjny mamy zaliczony, jednak warto tu wspomnieć także o fizyczno-geograficznym, gdyż tu również pojawiają się nowe nazwy. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach rzeka Wisła stanowi granicę regionów. Sama też jest podzielona na kilka części, na terenach obejmujących naszą wycieczkę mamy do czynienia z Kotliną Grudziądzką oraz Doliną Kwidzyńską. Z kolei na zachodnim jej brzegu wędrujemy przez Bory Tucholskie i Pojezierze Starogardzkie.
Zatem bez zbędnej zwłoki, pogoda ładna, słońce świeci, ale też nie jest za gorąco (tak do 22 stopni), więc warunki idealne. Jedziemy Arrivką linią kolejową nr 208 do Grudziądza, gdzie mamy 15 minut na przesiadkę na kolejną do Laskowic Pomorskich. Tu również linia ma ten numer. Na stacji (wbrew obiegowej opinii, która zapewne bierze się z faktu, że są tu aż 3 perony i spory ruch osobowy, o towarowym nie wspominając; Laskowice Pomorskie są „zaledwie” wsią sołecką, nawet nie gminną) przesiadamy się do pociągu PolRegio w stronę Trójmiasta. Tym razem linia nosi numer 131, jest ona najdłuższa w Polsce, prowadzi z Chorzowa Batory niedaleko Katowic do Tczewa. Przy okazji jest też jedną z najbardziej obciążonych na sieci, jeśli chodzi o ruch towarowy, gdyż łączy kopalnie na Śląsku z portami w Trójmieście. Warto jeszcze wspomnieć, że w branży kolejowej nosi ona kryptonim „Magistrala Węglowa”. To tyle na ten temat, zainteresowanych odsyłam do Internetu i wielu pozycji książkowych (linia między innymi doczekała się swojej monografii 😮 )
Wysiadamy na trzeciej stacji, to jest w Smętowie. Kiedyś miała ona jeszcze dopisek „Graniczne”, niestety nigdzie nie znalazłem informacji jaka granica tam przebiegała i kiedy. Może ktoś, coś? Chyba że chodzi o Wisłę, to by się zgadzało 😀 Ale o tym za chwilę.
Poza wspomnianą wyżej magistralą, przez wieś przebiegała kiedyś linia kolejowa numer…. no właśnie. Z jednej strony widnieje jako linia 218, a z drugiej 238. Początkowo cała trasa, patrząc z zachodu na wschód, prowadziła ze Szlachty przez Skórcz, Smętowo, Kwidzyn i Prabuty do Myślic. Obecnie numer 218 nosi odcinek Prabuty – Kwidzyn, który tak na prawdę pozostaje jedynym czynnym fragmentem, z kolei 238 widnieje w wykazie jako linia Smętowo – Opalenie (to ciekawostka, bo jest bardziej zaorane niż linia 209 w okolicach Brodnicy; według Internetów „przed rokiem 2020 linia stała się nieprzejezdna/ jest w remoncie”. No ale nie mnie tu wnikać w tematy zamkniętych/nieprzejezdnych/nieczynnych/i jeszcze wiele innych określeń linii kolejowych, bo bym mógł tak bajdurzyć przez miesiąc 😀
Po tym przydługim (mam nadzieję, że nie przynudnym) wstępie warto jeszcze wspomnieć, o tym skomplikowanym tytule wpisu (coraz dłuższe mi one wychodzą, jednak muszą one coś powiedzieć o trasie, a jednocześnie zasiać w czytelniku nutkę niepewności). Ale wszystko jak zawsze wyjdzie w praniu.
Skupmy się więc na naszej wycieczce. Jest godzina 8.30, więc wcześnie, mamy cały dzień. Ze stacji w Smętowie idziemy zielonym szlakiem przez wieś ulicą Kociewską, Wyzwolenia, następnie Jana Kosznickiego, którą docieramy do Gdańskiej. Dochodzi ona do drogi wojewódzkiej nr 231. Ja oczywiście skróciłem sobie zwiedzanie Smętowa i z dworca poszedłem od razu na południe ulicą Dworcową do Gdańskiej i zaoszczędziłem w ten sposób jakiś kilometr 😀


Wyżej wymienioną wojewódzką dochodzimy do Luchowa i póki co maszerujemy zgodnie ze znakami zielonego szlaku. Zatem po kilkuset metrach skręcamy w lewo w stronę Czerwińska (nie mylić z Grodami Czerwieńskimi znanymi nam z historii Polski). Po kolejnym kilometrze po prawej stronie mijamy leśniczówkę Dębowo z pamiątkowym pomnikiem/grobowcem leśniczych poległych podczas wojny. Zaraz za tym obiektem jest skrzyżowanie, zielony szlak idzie dalej prosto, a my skręcamy w czarny, który ma tu swój początek. W tym miejscu chciałbym obalić pewien mit, który krąży wśród turystów. Mianowicie – kolor szlaku pieszego oznacza jego trudność. W sensie, że im ciemniejszy szlak, tym trudniejszy. Są to plotki wyssane z palca, wzięły się zapewne z faktu, że tak to działa w przypadku szlaków narciarskich. A jeśli chodzi o piesze, to ich kolory mają jedynie za zadanie odróżnienie ich od reszty.



Zatem wracając do meritum, wędrujemy teraz czernią na zachód. Po chwili napotykamy wiadukt, który wyglądem przypomina raczej tunel znany brodniczanom z księżego lasku. Jest to pierwszy (zapewniam Was, że nie ostatni) wiadukt na wspomnianej wyżej linii 238. Przechodzimy pod pozostałościami toru i dalej idziemy lasem. Po dwóch kilometrach (tak jak mówi drogowskaz przy leśniczówce) docieramy do leżącej przy drodze krajowej nr 91 wsi Mała Karczma. Droga ta stanowi starą trasę z Gdańska na Śląsk, obecnie główną arterią jest autostrada A1, zwana bursztynową, jednak tu nadal panuje spory ruch. Obok Małej Karczmy jest również Stary Młyn, ciekawa zbieżność nazw 😀 Przechodzimy przez szosę, po lewej stronie mijamy Pałac Kończewskich, gdzie obecnie znajduje się agroturystyka. Przy mijaniu jezdni, warto spojrzeć w prawo, bo tam stoi kolejny wiadukt linii 238, tym razem taki normalny.





Ogólnie w tym miejscu (jakże często padają te słowa na moim blogu) planowałem iść niebieskim i żółtym szlakiem, jednak trochę by za daleko wyszło, a tak znalazłem trasę wzdłuż naszej dwieście trzydziestki ósemki. Załączam mapkę, która wszystko wyjaśnia. W sumie dobrze, że tak wyszło, bo po drodze natknąłem się na dawną stację Mała Karczma, oraz na ruiny wiaduktu nad tą linią. Ten odcinek trasy prowadzi asfaltową leśną drogą, jednak ruch jest dosyć mały. Po kilku kilometrach dochodzimy do Opalenia (taka nazwa wsi), po drodze po lewej stronie mamy rezerwat przyrody, stanowi on formę ochrony dla pluskwicy europejskiej, paprotnika kolczystego i groszku wieloprzylistkowego.





W Opaleniu również znajdują się ruiny dawnej stacji kolejowej, jednak obecnie jest to teren prywatny, więc wejście niemożliwe. Dochodzimy do centralnego skrzyżowania, tuż przed nim po lewej stronie mamy stary ceglany młyn. Dochodzą do nas szlaki: Camino, żółty oraz czarny. Ten ostatni i muszelka będą nam teraz towarzyszyć przez dłuższy czas. Za skrzyżowaniem jest również Plac Świętego Józefa wraz z jego rzeźbą, oraz kościół pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Stoi tam również drogowskaz, gdzie możemy sprawdzić ile kilometrów już przeszliśmy i ile zostało. Idziemy dalej ulicą Czapskiego, przechodzimy pod dawną linią kolejową (a jakże, nr 238), za którym muszelka prowadzi prosto, my jednak skręcamy w lewo wraz ze szlakiem czarnym wzdłuż pozostałości toru. Po niecałym kilometrze docieramy wreszcie do Wisły, która to będzie naszym towarzyszem praktycznie do końca wycieczki. Do tej pory maszerowaliśmy głównie na zachód, od teraz głównym kierunkiem jest południe. Wchodzimy pod górkę na wał przeciwpowodziowy, którym będziemy szli około kilometra. Wał jest trochę zarośnięty, więc tępo spada, ale da się przejść. Wcześniej jednak można rozkoszować się panoramą na Wisłę i jej drugi brzeg, na pierwszym planie widzimy między innymi miasto Kwidzyn wraz z zamkiem, a dalej nawet zamek w Malborku. Ogólnie rzecz biorąc, jeszcze będzie kilka interesujących punktów widokowych, jednak ten zachwycił mnie szczególnie, bo był pierwszy z kolei 😀 Oprócz drugiego brzegu, znajdują się też tu ruiny mostu kolejowego na naszej linii kolejowej, na środku stoją dawne przyczółki. Wyczytałem w Internetach, że większość tej przeprawy została wykorzystana do budowy mostu drogowego w Toruniu znanego z nam z tej wycieczki (https://maronwedruje.com/2024/05/11/szlak-zolty-5-golub-dobrzyn-torun/)













Po zejściu z wału przez chwilę wędrujemy drogą z kostki w kształcie plastrów miodu, po czym schodzimy w dół kilkoma serpentynami, które prowadzą ulicą Jabłoniową. Po minięciu zrujnowanej chatki szlak skręca w prawo, gdzie mamy pierwsze na naszej trasie dosyć strome podejście. Mijamy Rezerwat Wiosło Małe (znajdują się tu wsie Małe Wiosło i Duże Wiosło), następnie jest zejście ze szlaku do obelisku pamięci Gotlieba Schmidta (ja jednak byłem pochłonięty szlakiem i go ominąłem). Cały czas nasza trasa prowadzi w kolorach czerni (w sensie czarnym szlakiem), po chwili znowu dołącza do nas muszelka i mamy asfalt, jednak tylko na chwilę, bo po kilometrze szlak ostro skręca w lewo z górki. Znajduje się tam tablica Małe Wiosło. Jakiś czas idziemy wąską ścieżką, po lewej stronie mamy dwa domki wypoczynkowe. Za zabudowaniami należy uważać, przed sobą mamy zrujnowany domek, która przywodzi na myśl chatkę Shreka (co prawda nie ma na dachu starego pnia, ale obok podobnie jak w bajce znajduje się mały wychodek). Jednak przed tym szlak skręca w prawo, ciężko jest to miejsce przegapić, nawet na słupie jest wykrzyknik wraz z czarnym znakiem. Droga prowadzi teraz stromo pod górkę, początkowy etap jest zarośnięty kopro podobnymi roślinami, następnie trzeba pokonać kilka zwalonych pniaków drzew. Jednak te trudy wynagradza to co jest na szczycie, mianowicie wieża widokowa, z której rozpościera się kolejna panorama na Wisłę i okolice. Wstawiam zdjęcia, więc możecie sobie porównać który widok Wam najbardziej odpowiada. Po zejściu z wieży znowu mamy drogowskazy z kilometrami, następny odcinek przebiega wąską zarośniętą ścieżką, która tym razem prowadzi w dół. Po kilku zakrętach docieramy wreszcie do przyjemnej dwupasmowej ścieżki, gdzie mamy również znaki czarnego (no bo jakiego by innego?) szlaku rowerowego.












W ogóle ten odcinek jest dosyć kręty i pagórkowaty, w jednym miejscu nawet zgubiłem na chwilę szlak (prowadził wąskim wąwozem, a ja poszedłem dookoła ścieżką rowerową). W tym miejscu również znajduje się granica województw, zatem wchodzimy do kujawsko-pomorskiego (home, sweet home!). Teraz około 2 kilometrów mamy trochę wytchnienia, szlak prowadzi prawie prosto, po prawej stronie gnie nie gdzie prześwituje nam Wisła. Docieramy do wsi Kozielec, gdzie (oczywiście bez znaków, co na tej trasie jest ewenementem, bo do tej pory wszystko było czytelne i wyraźne) szlak nagle i niespodziewanie skręca ostro w lewo. Przechodzimy wśród zabudowań gospodarskich, między innymi stoi tam stara ceglana stodoła i… znowu zaczyna się stromy etap prawie bezdrożami. Schodzimy prawie 40 metrów ku Dolinie Wisły. Jednak wertepy, to mały pikuś w porównaniu z tym, co spotka nas na dole. Mianowicie niedaleko stawu na środku drogi leży zwalone drzewo. Niestety jest sporych rozmiarów i nie da się go obejść bokiem. Jedynym sposobem jest przejście górą przechodząc po konarach (uwaga na pokrzywy). Drzewo jest już porośnięte mchem, przez co jest też dosyć śliskie, także podwójnie należy zachować ostrożność. Świadczy to też, że leży już jakiś czas. Jednak jak wiemy z ostatniej wycieczki (https://maronwedruje.com/2024/05/31/szlak-zielony-3-kowalewo-jablonowo/) często PTTK na w głębokim poważaniu przebieg szlaku i bezpieczeństwo turystów 😀








No właśnie, wspomniałem przed chwilą o poprzedniej wycieczce z Kowalewa do Jabłonowa. A tu mamy deja vu. Kolejne trzy kilometry prowadzą przez pola uprawne, akurat kiedy ja przechodziłem, to na drodze było pełno ściętej trawy czy coś. Często nie widać drogi, jest zarośnięta i tak dalej. Jednak widoki po raz kolejny wynagradzają nam trud wędrówki, po lewej stronie cały czas jest Wisła, o po prawej zarośnięte zbocza doliny rzeki. W takich okolicznościach przyrody docieramy wreszcie do końca pól, gdzie czeka nas ostatnie i w sumie najbardziej strome podejście podczas całej wycieczki. Tu również trzeba pilnować szlaku, bo łatwo go zgubić. Wchodzimy prawie 70 metrów pod górkę i docieramy do Nowego (po prostu, jest to niewielkie miasteczko na krajowej dziewięćdziesiątce jedynce). Tu również znajduje się ostatni i moim zdaniem najciekawszy punkt widokowy. Na górze szlak prowadzi środkiem trawnika, po lewej stronie mijamy figurkę Jezusa i docieramy do ulicy Myśliwskiej, którą wędrujemy do skrzyżowania z Tczewską. Znajduje się tu kilka sklepów, więc można zrobić zapasy. Dalej czarny szlak skręca w prawo do dawnej stacji kolejowej (kiedyś prowadziła tu krótka sześciokilometrowa linia numer 242 z Twardej Góry na magistrali węglowej). My natomiast skręcamy w lewo wraz ze znakami muszelki w stronę centrum miasta. Ulicą Gdańską docieramy do rynku, na którym skręcamy w prawo w Grudziądzką. Niedaleko znajdują się dwa gotyckie kościoły: Świętego Mateusza Apostoła i Ewangelisty oraz Świętego Maksymiliana Marii Kolbe. Stoją tam również ruiny zamku. My jednak z Grudziądzkiej kierujemy się ulicą Garbuzy na dół (dosłownie, najpierw mamy strome metalowe schody, a następnie łagodne betonowe). Na dole skręcamy w lewo, gdzie po chwili przechodzimy przez most nad Mątawą.













Kolejny etap, właściwie prawie do końca prowadzi płasko po asfalcie. Z jednej strony wiadomo, asfalt, ale z drugiej jest to odskocznia od poprzednich wzgórz, bezdroży i lasów. Muszę tu wspomnieć, że spodziewałem się, że będzie to jedynie ścieżka rowerowa, jednak niestety ruch samochodowy też nam towarzyszy 😀 Istnieje również alternatywna opcja, można maszerować środkiem wału przeciwpowodziowego, który cały czas mamy w bliskiej odległości po lewej stronie. Jednak tam wszystko zarośnięte i marsz utrudniony, więc z dwojga złego już wolę ten asfalt (muszę zapisać w kalendarzu, że chwalę tę nawierzchnię).
Oczywiście trasa ta ma też swoje zalety. W razie gdyby nas dopadło nagłe zmęczenie czy coś, to praktycznie to 2-3 kilometry znajdują się przystanku autobusowe, gdzie można sobie przysiąść i trochę zregenerować siły. W początkowej fazie towarzyszy nam także aleja lipowa, które są pomnikami przyrody. Po minięciu Nowego mamy wieś o nazwie Tryl (z angielskiego „Thrill”, he he he. Nie no, taki żarcik sytuacyjny, nie wiem skąd się wzięła ta nazwa). Wiem jednak na pewno, że kiedyś osiedlili się tu osadnicy holenderscy, którzy mieli za zadanie zagospodarowanie obszarów w Dolinie Wisły. Do dziś zachowały się zabytkowe podcieniowe chatki, oraz dawny cmentarz. Zarówno jedno jak i drugie znajduje się przy głównej drodze, więc nie mam mowy o zgubieniu 😀






Ogólnie od tablicy z nazwą wsi do jej centrum jest prawie 5 kilometrów, więc jest to spora miejscowość. Dalej idąc na południe znajdują się: Mątawy z kościółkiem pw. Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski oraz kolejnymi chatkami osadników; Wielkie Zajączkowo, gdzie znajduje się następny dawny cmentarz, i wreszcie Wielki Lubień, gdzie dochodzi do nas główna wojewódzka numer 402. Na skrzyżowaniu stoi również niewielki kościół pw. Świętego Jakuba Apostoła. Skręcamy tam w lewo, wraz z muszelką oraz znakami ścieżki rowerowej. Droga zbliża się do Wisły, oraz do wału, w końcu prowadzi on w odległości kilku metrów. Tu również mamy do wyboru marsz asfaltem lub zarośniętym nasypem. Po kolejnych (prawie) trzech kilometrach dochodzimy do Dragacza, gdzie przebiega droga krajowa numer 16. Skręcamy w nią w lewo do Mostu im. Bronisława Malinowskiego na Wiśle. Przed nami po lewej stronie ukazuje piękna panorama Grudziądza ze słynnymi spichlerzami i wieżą zamkową. Po minięciu przeprawy (która ma ponad kilometr długości, swojego czasu byłą najdłuższą w Polsce) po lewej stronie mamy śmieszny obrazek. Najpierw są tablice z nazwą stacji Grudziądz Śródmieście, co by sugerowało, że znajdujemy się w centrum miasta. Jednak nic bardziej mylnego, bo za chwilę mamy zielone tablice z nazwą Grudziądz. Czyli w tym przypadku śródmieście leży poza granicami miasta 😀 W ogóle nie wiadomo po co powstał ten przystanek, znajduje się on w odległości niecałego kilometra od głównej stacji. Ale widać mieszka tam ktoś ważny, gdyż w ostatnich latach poza tym zostały otwarty przystanek Grudziądz Tuszewo. Trzeba tu również nadmienić, że wspomniany wyżej Dragacz i znajdująca się tam stacja również była zamknięta dla ruchu osobowego przez ładnych kilkanaście lat, jednak od zeszłego roku ponownie jest otwarta. W sumie dobrze, bo jest to wieś gminna i trochę wstyd żeby nie miało stacji. A jeszcze większy wstyd, to mieć stację, ale nie móc z niej korzystać 😀













Ale wracamy do trasy. Wchodzimy do miasta, po lewej stronie znajduje się galeria handlowa Alfa Centrum, a my skręcamy za nią w lewo w ulicę Chełmińską, a następnie na pierwszym skrzyżowaniu w prawo w ulicę Józefa Włodka. Po prawej mamy kolejną galerię, tym razem jest to Stara Kuźnia. Na kolejnym skrzyżowaniu główna droga skręca, a my maszerujemy dalej prosto Dworcową. Po zakręcie w lewo docieramy wreszcie do kresu naszej wyprawy, czyli do dworca Grudziądz. Ten właściwy, główny Grudziądz.








2 myśli na temat “Szlak Czarny/Zielony/Camino – Ze Smętowa Doliną Wisły przez Nowe do Grudziądza”