Pewnie zapytacie skąd ten tytuł wpisu? Co to za dziwna numeracja? Jakieś zero i minus jeden? Już tłumaczę zagadnienie. Otóż szlak żółty zaczyna się między Iławą i Ostródą, a dokładnie we wsi Samborowo. Jednak „muszelka”, jak można wyczytać z mojego bloga prowadzi prawie cały czas tą samą trasą co szlak i jest jakby naturalnym jego przedłużeniem zarówno na wschodzie jak i na zachodzie (w tym przypadku ta pierwsza opcja). W związku z tym nie tworzyłem osobnej serii zatytułowanej „Droga Świętego Jakuba”, bo stwierdziłem, że to nie ma sensu i łatwiej będzie Wam czytelnikom wyobrazić sobie w terenie jak i znaleźć na mapie położenie tej trasy. Dlatego tytuł jest jaki jest 😀
Chciałbym również w tym miejscu zauważyć, że numeracja moich wpisów na temat żółtego szlaku i Drogi Świętego Jakuba (od -1 do 5) jest logiczna i prowadzi ze wschodu na zachód, czyli tak jak Camino przechodzi przeciętny turysta/pielgrzym. Natomiast kolejność w jakiej ja pokonywałem te odcinki jest zgoła odmienna (nie żebym był ponad przeciętny czy coś) 😀
Zatem, bez zbędnej zwłoki, zaczynamy z Olsztyna. Jednak trzeba wspomnieć, że obecnie dojazd do tego miasta z Brodnicy jest bardzo utrudniony. Kiedyś jeździły tam autobusy; obecnie dojeżdżają jedynie do Nowego Miasta Lubawskiego (wiadomo, nowe województwo), a dalej nie mam pojęcia, pewnie jakieś busy itd. Pociągiem nie jest źle, ale żeby ruszyć na trasę o przyzwoitej porze (to znaczy o takiej, żeby całość ogarnąć za dnia) najlepiej przyjechać dzień wcześniej i zanocować 😀 Bo w tygodniu nawet wyjeżdżając pierwszym dziennym, na miejscu jesteśmy dopiero przed 9, a i tak trzeba kombinować, przesiadać się w Jabłonowie i Iławy oraz zmieniać przewoźników (Arriva, PolRegio oraz Intercity). W takiej sytuacji cena za bilet w jedną stronę wyniesie ponad 60 złotych, czyli jest to już koszt noclegu za osobę w przyzwoitych warunkach.
Ja jednak miałem szczęście, ponieważ zanocowałem w Jabłonowie, stamtąd w tygodniu (a nawet w soboty!) jest bezpośredni pierwszy dzienny, wyjazd o 5:06, a na miejscu byłem o 6:40. Także przyzwoicie. Wszystko ładnie, pięknie, czas dobry, tylko jak pech, to pech. Oczywiście musiało prawie cały dzień padać. Ale więcej o tym opowiem w dalszej części wpisu.
Wysiadamy w Olsztynie na stacji… no właśnie. Mamy ten komfort, że możemy sobie wybrać. Jeśli ktoś był już tym mieście, to może wysiąść sobie bliżej, wtedy wycieczka również będzie krótsza. Wtedy w grę wchodzi przystanek Olsztyn Dajtki albo Olsztyn Zachodni. Natomiast jeśli ktoś jest pierwszy raz to polecam wysiąść w Olsztynie Głównym. A w ogóle najbardziej optymalną opcją będzie wysiadka na stacji Olsztyn Śródmieście (między Głównym, a Zachodnim), który jak sama nazwa wskazuje znajduje się najbliżej centrum. Poniżej dołączam mapkę wraz z przebiegiem drogi jakubowej na terenie miasta.

Jak widzimy ze stacji Śródmieście idziemy chwilę ulicą 1 Maja i dochodzimy do starówki. Jest to jedna z cech tego szlaku, gdyż zawsze przebiega on przez centra miast. Przechodzimy przez rynek, następnie ulicą Zamkową oraz Konopnickiej mijamy dworzec zachodni. Ja wysiadłem właśnie tam, ponieważ miasto jest mi dobrze znane 😀


Z dworca idziemy dalej w kierunku południowo-zachodnim wzdłuż torów, pod którymi przechodzimy ulicą Bałtycką. Na rondzie idziemy prosto w kierunku północnym dalej ulicą o tej samej nazwie. Po prawej stronie w dole widzimy jeden z olsztyńskich zbiorników wodnych, to jest jezioro Długie. Po około pół kilometra skręcamy wraz z muszelką w lewo w ulicę Jeziorną. Na rogu mamy sklepy spożywcze, gdzie możemy uzupełnić zapasy, a po prawej znajduje się Skwer Wolnego Tybetu, który wcale nie jest wolny 😀 Wędrujemy teraz na zachód, przechodzimy pod torem linii 220 (pierwszy raz w moich opowieściach, prowadzi ona z Bogaczewa do Olsztyna Głównego). Dalej po prawej stronie ukazuje nam się kolejne jeziorko, tym razem o nazwie Ukiel. Warto mieć je na uwadze, bo będzie nam ono towarzyszyło przez kilka ładnych kilometrów. Oczywiście w okolicach tego akwenu nie idziemy uczęszczanymi asfaltowymi ulicami, tylko elegancką ścieżką rowerową. W tym miejscu pomyślałem, że będzie to trasa idealna, gdyby nie ten deszcz 😦 W każdym bądź razie bynajmniej (słowa celowo użyte błędnie i w złym kontekście) schodzimy z ulicy Kapitańskiej na bulwar bez nazwy Po prawej mamy plażę, oraz przystań jachtową.



Ta część jeziora jest nie nazwana, jednak po minięciu pomostów znajduje się Zatoka Grunwaldzka, a za pierwszym półwyspem kolejna Zatoka Miła. Tam też dołącza do nas szlak pieszy koloru czarnego. Także na drzewach mamy teraz 2 znaki, a właściwie trzy, bo dodatkowo jest oznaczenia Biegu Ukiel. Po około 2 kilometrach dochodzimy do ulicy Lotniczej, gdzie znowu mamy niewielką przystań dla jachtów oraz plażyczkę. Obok znajduje się kolejny półwysep wraz ze zwężeniem jeziora, które nosi nazwę Przesmyk Lwia Paszcza (następna otwarta część Uklu nosi nazywa się Pacyfik, ot, taka ciekawostka).




My jednak idziemy dalej w las ścieżką zgodnie ze wskazaniami szlaków. Po chwili szlak czarny i muszelka się rozdzielają, ale tylko na chwilkę. Maszerujemy dalej wzdłuż jeziora w kierunku zachodnim, po jakimś czasie las się kończy i ukazują się jednorodzinne zabudowania. Są to domki należące do osiedla Łupstych (nie wiem jak to odmienić przez przypadki 😀 Znajdujemy się już na skraju miasta, o czym informuje nas charakterystyczna zielona tablica z przekreśloną nazwą. Dalej od Łupstycha (?) wchodzimy ponownie do lasu, który póki co będzie nam towarzyszył przez długi czas.





W tym miejscu muszę pochwalić województwo warmińsko-mazurskie (i niestety podciąć gałąź, na której siedzę poprzez skarcenie kujawsko-pomorskiego), gdyż u nas oznakowanie szlaków pieszych (z rowerowymi nie jest tak źle) jest często niewyraźne, przedawnione (czyli szlak biegnie już dawno inną trasą, a znaki pozostały), albo w ogóle występuje sporadycznie i co chwilę trzeba zerkać na mapę papierową, czy też online. A na tym odcinku muszelka jest bardzo wyraźna i występuje dosyć często, tak że nie sposób się zgubić. Wędrujemy dalej, ten odcinek przebiega praktycznie w całości przez pustkowia, jedynymi wioskami po drodze są Szelągowo i Szelążek. W tej drugiej miejscowości znajduje się także niewielkie jezioro o tej samej nazwie. Towarzyszą nam również niebieskie znaki z kolejnymi numerami stacji. Są to oznaczenia Ekstremalnej Drogi Krzyżowej. Szerzej zainteresowanych tą tematyką odsyłam w czeluście internetu.









Po około 12 kilometrach licząc od Łupstycha wreszcie wychodzimy z lasu i mamy po prawej stronie pierwsze zabudowania Gietrzwałdu. Następnie wędrując ulicą Leśną docieramy do asfaltowej drogi, która prowadzi już do centrum wsi. Niestety, owy asfalt będzie nam uprzykrzał życie przez kilkanaście ładnych kilometrów. Niedogodności wynagradzają nam 3 murale, które przedstawiają lokalnych mieszkańców (później wyczytałem, że jednak są 4, tylko oczywiście ostatni został z boku. Smuteczek). Na głównym skrzyżowaniu Camino skręca w lewo ulicą Szkolną w kierunku południowo-wschodnim. Jednak ja, mimo że z wiarą u mnie kiepsko, pokusiłem się o zboczenie ze szlaku i nawiedziłem słynne źródełko z wodą święconą, gdzie podobno w 1877 roku ukazała się Matka Boska (znaczy nie ukazała się w źródełku, tylko na klonie). Można tam uzupełnić zapas płynów (w wersji dla leniwych, można tę samą wodę święconą kupić nieco bliżej w kilku punktach za drobną opłatą). Znajduje się tak również trochę restauracji, informacja turystyczna, dom kultury i inne takie. No i przede wszystkim jest tam również kościół pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Poniżej trochę zdjęć z tej miejscowości.











Opuszczamy Gietrzwałd i idziemy dalej muszelką. Wspomnianą ulicą Szkolną mijamy most nad Giłwą, następnie przechodzimy pod wiaduktem drogi krajowej nr 16. Oczywiście cały czas asfaltem, który w tym miejscu zdecydowania wymaga remontu 😀 Po około 3 kilometrach mijamy tory kolejowe linii nr 353 i docieramy do wsi Łajsy. Przechodzimy wśród zabudowań, by po kilometrze dojść do rozwidlenia. Wybieramy tam opcję w prawo, według znaków na Pęglity. Na wprost mamy jezioro Gajszak. Idąc dalej przechodzimy prze kolejny mostek nad Giłwą oraz, jak to na maj przystało mijamy żółte pola rzepaku. W Pęglitach droga prowadzi lekko pod górkę, jednak ten fakt wynagradza nam koniec asfaltu. Wchodzimy ponownie do lasu, wędrujemy teraz w kierunku południowym. Po 2 kilometrach oczom naszym ukazuje się polanka wraz z kilkoma domkami. Są to budynki należące do osady Smoleń (tak jak ten aktor/kabareciarz, który dla większości jest znany z roli Listonosza Edzia w serialu Świat Według Kiepskich). Tam również znajduje się most, tym razem jest to rzeka Pasłęka, (wbrew temu co można by pomyśleć, miasto Pasłęk nad nią nie leży), która stanowi na całej długości rezerwat ochrony bobrów, na tej samej zasadzie rzeka Drwęca jest rezerwatem ichtiologicznym (czyli rybnym).







Później dochodzimy do kolejnego skrzyżowania, na którym idziemy prosto, na nasze nieszczęście znowu zaczyna się utwardzana droga. Mijamy po drodze kilka miejscowości o ciekawych nazwach (Śródka, Guzowy Piec, Parwółki czy Buńki). Ten odcinek znowu prowadzi przez las w kierunku zachodnim. W Parwółkach po lewej stronie mamy dwa jeziora, odpowiednie Małe i Wielkie Parwółki. Także tam krótki fragment prowadzi najgorszym typem nawierzchni (nawet gorszym od asfaltu) czyli kocimi łbami. Na szczęście jest to tylko nieco ponad kilometr. Jak do tej pory cały czas znajdowaliśmy się w powiecie olsztyńskim, w okolicach Buniek wchodzimy na teren ostródzki. Również po tej miejscowości po raz kolejny mamy asfalt, na szczęście jest chodnik i wchodzimy do Starych Jabłonek. Wieś jest malowniczo położona nad jeziorem Szeląg Mały oraz Szeląg Wielki, jest popularnym miejsce wypoczynkowym oraz słynie z corocznych rozgrywek w siatkówkę plażową na poziomie międzynarodowym. My jednak nie mamy czasu na takie pierdoły, idziemy dalej bo deszcz coraz mocniej pada. Przechodzimy przez wieś i docieramy do stacji kolejowej, gdzie skręcamy w lewo. Niestety, asfalt będzie nam już towarzyszył do końca wyprawy…











Idąc dalej wzdłuż torów po lewej stronie mijamy po raz kolejny jezioro Szeląg Mały oraz sporych rozmiarów bunkier. Następnie szosa skręca w lewo i ostatni już dzisiaj raz wychodzimy z lasu. Droga prowadzi znowu w kierunku zachodnim, po drodze mamy skrzyżowania z krajową szesnastką (uwaga na duży ruch, ja akurat przechodziłem tam po godzinie 15, a od tego skrzyżowania do Lubajnów nasza trasa stanowi starą drogę Ostróda – Olsztyn, więc lokalsi często używają tego odcinka jako skrót).







Jeszcze przed końcem naszej trasy mijamy drugi raz linię 353 i po kilometrze osiągamy nasz cel, czyli przystanek kolejowy w Lubajnach. Na dzień dzisiejszy (10 maja 2024 roku) tor w kierunku Olsztyna jest zamknięty z powodu robót torowych i wszystkie pociągi odjeżdżają z toru do Ostródy.


Ogólnie miałem taki plan, żeby tego dnia dojść dalej na wschód, czyli do Ostródy, jednak pod koniec opady deszczu osiągnęły apogeum, więc przemoczony i zmarznięty postanowiłem zakończyć w tym miejscu marsz. Z perspektywy czasu okazała się to dobrym posunięciem, gdyż kolejna wycieczka miała prawie taką
samą odległość, ale o tym w niedalekiej przyszłości 😀
Łączna długość wędrówki wyniosła prawie 47 km.
2 myśli na temat “Szlak Żółty Część 0/-1 – Olsztyn – Lubajny”